#ePIqK
Co w tym anonimowego?
Otóż moja współlokatorka dostawała szewskiej pasji na widok poplamionych blatów i podłogi. Nic jej tak nie potrafiło rozsierdzić, jak plama z błota na parkiecie czy rozlane mleko na blacie. Wpadała wtedy w szał i sprzątała całe pomieszczenie, nieważne, czy to był jej tydzień, czy nie (zazwyczaj słusznie dochodziła do wniosku, że nie jest naszą sprzątaczką i nie sprzątała w nasze tygodnie dyżuru). Kiedy więc miałam zapierdziel na uczelni i nie miałam czasu/siły na sprzątanie w czasie mojego tygodnia, niby przypadkiem wychodziłam z mokrymi rękami z łazienki, żeby nachlapać w korytarzu, czy rozlewałam kleistą substancję na blacie. Tym sposobem moja biedna współlokatorka sprzątała za mnie i w moim tygodniu.
Oczywiście zwalam winę za brud na drugiego współlokatora, razem z nią psiocząc na jego niechlujność.
Nikt nie wie, że to ja z premedytacją maziałam dżemem po stole. Nikt.
Mi to wygląda nie tyle na pedantyzm, co na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. A autorka już praktykowała efektywne zarządzanie zasobami ludzkimi:)
A mogliście jej płacić za sprzątanie co tydzień.
A ten chłopak co z wami mieszkał nie mógł sprzątać? Niby dlaczego zawsze kobiety robią takie rzeczy?