Wiecie czemu nie lubię chodzić na świąteczne zakupy? Ponieważ wszędzie widzę piękne zabawki, które chciałabym sobie kupić, zanieść do domu i poustawiać na komodzie w mojej sypialni. Mam 25 lat, a chcę mieć swoje zabawki. Czemu? Wszystko przez to, jak moja matka odebrała mi dzieciństwo.
Gdy byłam małą dziewczynką, mój tato traktował mnie jak swoją księżniczkę! Byłam jego oczkiem w głowie. Spędzałam z nim każdą wolną chwilę, gdy miał wolne w pracy, razem się bawiliśmy, jeździliśmy na wycieczki rowerowe itd. Lubił mnie rozpieszczać i praktycznie podczas każdego powrotu z pracy do domu kupował mi jakaś ładną lalkę, pluszaka czy figurkę przedstawiającą dane zwierzę. Kupował też karteczki, na które kiedyś był szał (zbieranie, wymienianie się itd). Byłam mu za to bardzo wdzięczna, ale nie chciałam przywiązywać się do moich zabawek..
Zawsze, gdy wychodziłam do szkoły (miałam z 7-10 lat) chowałam zabawki gdzie się tylko dało, a z resztą, którą nie mogłam nigdzie upchnąć.. .żegnałam się.
Moja matka wyrzucała moje zabawki, rozdawała swoim znajomym, "weźcie dla swoich dzieci" czy po prostu niszczyła je. Nie, rodzice nie mieli problemów w małżeństwie. Moja mama po prostu uważała, że zabawek mam za dużo. Potrafiła wyrzucić do śmieci lalkę, która tata kupił mi dzień wcześniej. Było mi wtedy bardzo przykro - płakałam i prosiłam ją, żeby tak więcej nie robiła. Ona nie widziała problemu.
Najcenniejszy dla mnie był segregator z karteczkami. Karteczek miałam naprawdę dużo i bardzo o nie dbałam. Gdy byłam w szkole na lekcjach, to z przerażeniem myślałam o tym, co matka wyprawia w moim pokoju z moimi zabawkami. Oczami wyobraźni widziałam, jak pluszaki lądują w śmietniku, a figurki są rozdawane sąsiadom. Lecz tylko myśl o zniszczeniu moich karteczek przyprawiała mnie o mdłości.
Pewnego dnia wróciwszy ze szkoły zobaczyłam, że znowu ubyło kilka zabawek. Zrobiło mi się smutno, ale od razu ruszyłam sprawdzić co z segregatorem. Zamarłam, gdy zobaczyłam, że go nie ma. W histerii pytam matki gdzie on jest! Usłyszałam "Tak długo zbierałaś to gówno i miałaś tego tak dużo, że oddałam dzieciom sąsiadki z domu obok". Wybiegłam z domu ze łzami w oczach, prosto do sąsiadki. Pukam w drzwi jak szalona. Otwiera sąsiadka, wyraźnie przerażona widokiem zapłakanej 10-latki - "Asiu, co się stało?!". Powiedziałam, że mama przez pomyłkę oddała mój segregator i chciałam prosić, żeby mi go oddano.
Niezręczna cisza, a po niej "Nie mam już tego segregatora.. Moje dzieci nie zbierają karteczek, więc wrzuciłam to wszystko do pieca. Przykro mi".
Coś we mnie pękło. Nie pamiętam nawet drogi do domu. Niby takie głupie karteczki, ale były dla mnie ważne.
Tak więc chyba teraz rozumiecie, czemu tak bardzo chcę mieć jakieś zabawki - bo nikt mi już niczego nie odbierze, nie zniszczy, nie wyrzuci.
Wiele się kiedyś słyszało o wyłudzaniu pieniędzy metodą "na wnuczka" czy "na policjanta", ale mój piętnastoletni pierworodny może pochwalić się kreatywnością. Otóż on pieniądze próbował wyłudzić metodą "na geja".
A konkretnie: szedł sobie na końcówkę mszy i stawał na końcu pod kościołem z karteczką "Jestem gejem, zbieram na terapię". Dzięki "dobroczynności" starowinek z miasta zebrał niezłą sumkę, zanim z żoną się zorientowaliśmy. Kary żadnej nie dostał, ale nigdy nie zapomnę jego miny, kiedy żona rzuciła żartem, żeby faktycznie nie został gejem.
Puenty brak, chciałem tylko podzielić się anegdotką.
Wczoraj chciałem zrobić mojemu ojcu żart i gdy wrócił z pracy, wziąłem go na bok i z bardzo poważną miną powiedziałem mu, że parę dni wcześniej widziałem go na ulicy idącego za rękę z kobietą, która definitywnie nie była moja mamą.
Myślałem, że będzie z tego kupa radości, tymczasem mój tata wcale się nie zaśmiał, tylko uciszył mnie zasłaniając mi usta dłonią. Następnie sięgnął do kieszeni, wyjął portfel i wcisnąwszy mi do rąk 300 zł kazał, pod żadnym pozorem, nie wracać do tego tematu przy mamie…
No i teraz nie wiem, czy mój ojciec faktycznie ma kochankę, czy to ja padłem ofiarą wyrafinowanej wkręty mojego rodziciela. To najbardziej „niezręczne” 300 złotych jakie kiedykolwiek zarobiłem.
Kupa, sraczka i podróż: o tym będzie to wyznanie.
Wracałem na święta do domu. Mieszkam za granicą. Po godzinnej podróży dojechałem na lotnisko, poszedłem do toalety i spocząłem na relaksacyjną dwójeczkę. Po kilku sekundach w kabinie obok rozpoczęła się następująca rozmowa telefoniczna: "Zesrałem się, zesrałem się k###a w gacie jadąc autobusem na lotnisko, nie wiem co ja teraz zrobię, mam obsrane gacie, spodnie, nawet buty. Wszystko wywaliłem do worka. Takiej jelitówki nie miałem od lat '80". Po czym rozłączył się i dalej klął, że nie wie co ma zrobić i to pierd####i.
Już myślałem żeby spuścić moje nesquicki i wyjść, ale coś mnie tknęło. Nie wiem czy to był patriotyzm i chęć pomocy rodakowi za ziemiach wroga czy zwykłe współczucie. Miałem w torbie tabletki na biegunkę (tak na wszelki wypadek). Wcisnąłem mu je między kabinami. Pan chciał mi podziękować osobiście, ale w porę zdał sobie sprawę, że nie może wyjść z kabiny bo nie ma spodni ani gaci.
W tym momencie wyszedłem bez słowa.
Wiem, że tak samo jak ja nie lubicie wyznań bez zakończeń i morałów.
Morał? W sumie sam nie wiem czy jest jakiś. Jak widzicie swojego w potrzebie to pomóżcie mu, może kiedyś karma wróci.
Zakończenie? Sam jestem jego bardzo ciekawy, mam nadzieję, że ten Pan czyta anonimowe i sam nam opowie jak dokonał wyjścia z nory i czy zdążył na samolot.
Kiedy chodziłam do przedszkola, po zrobieniu dwójki w przedszkolnej ubikacji wyciągałam papierem toaletowym klocka z kibla i bawiłam się, że jestem naukowcem i robię badania, a potem wyrzucałam klocka za kibel.
Jakiś czas temu było wyznanie dziewczyny co po rzuceniu palenia miała problemy z swoimi funkcjami organizmu. Poranna tradycja - śniadanie kawa, fajka i cyk dwójeczka. Było to dla mnie trochę śmieszne, że aż niemożliwe. Do dzisiaj, gdy po 10 latach nałogu, mija 6 dzień bez papierosa, a jak nie zmęczę tematu, to wg zaleceń lekarza, który zna już temat, mam zgłosić się do szpitala na, ładnie to nazwę "czyszczenie ręczne".
Ostatnio tak dużo pracuję i jestem tak potwornie zmęczona, że gdy idę koło ulicy, to mam ochotę wejść pod jakiś przypadkowy, nadjeżdżający samochód. Nie po to, żeby mnie zabił, tylko żeby mocno mnie poturbował. Myślę sobie, że wtedy trafiłabym do szpitala i wyspałabym się za te wszystkie nieprzespane noce i zbyt wczesne pobudki. Jedyne co mnie przed tym krokiem powstrzymuje, to że mogłabym zniszczyć życie jakiemuś kierowcy.
Dodam tylko, że w mojej pracy nie tak łatwo wziąć urlop, a praca mimo że satysfakcjonująca i że całe życie o niej marzyłam, to jest też koszmarnie obciążająca psychicznie i wcale nie przynosi dużych zysków - i dlatego muszę tyle pracować, żeby związać koniec z końcem. Dlatego nie tak łatwo wyplątać mi się z tej trudnej zawodowej sytuacji...
Było o komisji wojskowej, to też opowiem.
Kolejka do parawanu. Jestem już dość blisko, żeby usłyszeć, co za nim słychać. Wchodzi koleś, chwila szeptania, po czym:
- Ha, ha, ha! Tak.
Ooookej. Następny. Szepty, szepty, szepty.
- HA, HA! Tak.
Hmm... Następny. Szeptyszeptyszepty. Co to za pytanie pada na końcu?
- He, he... Tak!
CO TO ZA PYTANIE?! Rozrywa mnie z ciekawości. W końcu moja kolej. Za parawanem siedzi sympatycznie wyglądająca lekarka, wita się ze mną, każe usiąść i zadaje kilka pytań o stan zdrowia. Żadnych łyżeczek, wzierników, teleskopów doodbytniczych - sama rozmowa. No i w końcu pada ostatnie pytanie:
- A dwa jądra pan ma?
5 lat temu pracowałam w małym spożywczaku. Miałyśmy tam taki zeszyt "nasze zakupy". Mogłyśmy brać towar bez płacenia, wpisywałyśmy go właśnie w ten zeszyt i płaciłyśmy za jakiś czas, zazwyczaj po wypłacie.
Wszystko nabijałyśmy sobie nawzajem na kasę, podkreślałyśmy to za co płacimy i ta, która liczyła podpisywała się.
W jednym miesiącu rozchorowałam się, musiałam wykupić leki. Zabrakło mi na życie, więc miałam troszkę produktów wpisane do zeszytu, łącznie na kwotę około 120 zł. Przyszedł dzień wypłaty, kilka dni nie było mnie w pracy, tak że było tych pieniędzy mniej, wiedziałam, że mi zabraknie. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale w zeszycie przy swoich zakupach sfałszowałam podpis koleżanki, która była ciągle rozbiegana, cały czas czegoś zapominała, a na dodatek akurat po wypłacie wybierała się na kilka dni wolnego.
Nikt się nie zorientował. Bardzo gryzło mnie sumienie, ale wstydziłam się przyznać do tego, co zrobiłam.
Jakieś 3 miesiące po tym incydencie byłam sama na zmianie, wsadziłam 120 zł do kasy i nabiłam kilka pozycji, żeby wyszła taka kwota. Poczułam się troszkę lepiej, bo chociaż szef nie był już stratny, ale do tej pory bardzo się tego wstydzę. Mam wyrzuty sumienia wobec szefa, który był naprawdę wspaniałym pracodawcą, oraz wobec koleżanki, której podpis podrobiłam.
Była to moja pierwsza i mam nadzieję ostatnia kradzież w życiu, bo tak to właśnie można nazwać.
Tutaj autorka wyznania #ljywY. Po przeczytaniu komentarzy przypomniało mi się, że niestety było też jedno smutne zdarzenie. Opowiem wam o tym.
Jak wiecie (albo i nie), jestem niepełnosprawna od urodzenia i chodzę przy kulach. W podstawówce po długich bataliach mojej mam,y przyznano mi nauczanie indywidualne w szkole. Zrozumcie, była to wiejska szkoła na początku lat dwutysięcznych i nie było takiej świadomości integracji jak teraz.
Główne lekcje miałam indywidualne, ale takie lżejsze lekcje typu muzyka, plastyka, technika, religia - miałam już z klasą.
W szóstej klasie, na lekcji plastyki mieliśmy narysować bratka, mimo iż jestem wiejskim dzieckiem, nie miałam pojęcia jak ten kwiat wygląda. Całkiem rozsądnym ruchem wydawało mi się zapytanie nauczycielki. Co usłyszałam w zamian?
"Skoro nie wiesz jak wygląda bratek, to pewnie jesteś też upośledzona umysłowo, nie tylko fizycznie".
Ja jak to ja, siedziałam jak debilny kołek, którym byłam. Dzisiaj bym jej wygarnęła, no ale każdy jest najmądrzejszy po fakcie.
Szukałam ratunku wzrokiem po klasie, ale spotkałam się albo z drwiącymi uśmieszkami albo uciekaniem wzrokiem.
Zapytacie gdzie w tym wszystkim rodzice? Oczywiście zauważono, że coś ze mną nie tak, wypytywano, ale ja milczałam jak stado upartych osłów. Przyznałam się dopiero rok później kiedy już chodziłam do gimnazjum integracyjnego, które było już położone w pobliskim mieście, więc już nigdy nie miałam do czynienia z upiorną nauczycielką.
Dodaj anonimowe wyznanie