#WZkJN

11 lat temu moja matka zostawiła mnie z ojcem, znalazła sobie nowego faceta za granicą. Zorganizowałam jej transport na lotnisko.
Może to podłe, ale ucieszyłam się z jej decyzji.
Mój tata jest teraz z inną kobietą od 9 lat, jest szczęśliwy - w końcu!
Ja mam z "macochą" lepszy kontakt niż z własną matką i to ją mianuje mamą.


Jak się możecie domyślić, matki nie widziałam 11 lat i nie mam z nią kontaktu. Z tego co wiem, z innymi członkami rodziny się kontaktuje. Ze mną nie. Mam do niej o to mimo wszystko żal.
Gdy odeszła, miałam 16 lat.

#A4ziK

Święta coraz bliżej, dom wysprzątany, udekorowany... Nastrój pełną gębą. Jako że ten nastrój udzielił mi się w tym roku bardzo mocno, to jakoś tak nawet z rozczuleniem przyjąłem do swojego domu kątnika, który wkradł się do mnie najprawdopodobniej z piwnicy. Postanowiłem pozostawić go w domu przynajmniej do wiosny, bo teraz na dworze raczej długo by nie pożył. Dostał imię Zenek.

Pewnego wieczoru siedzę sobie w pokoju i oglądam telewizję, gdy nagle słyszę jakieś poruszenie w kuchni. Tu warto dodać, że mam jeszcze kota - Stefana. Wchodzę do kuchni, a tam Stefan toczy wojnę z moim honorowym gościem! W te pędy rzuciłem się mu na ratunek. Ze strachu pająk dość szybko wbiegł na moją dłoń i w ostatniej chwili uratowałem go przed łapą kota. Żeby Zenek mi nie zwiał, to zakryłem go drugą dłonią, a on ni stąd, ni zowąd ze strachu upierdzielił mnie. Odruchowo zacisnąłem dłonie i... z Zenka został naleśnik. Chyba nie przyjmę już w tym roku więcej gości.

#rk0Fy

2 lipca 2010 roku, szłam przez rynek w kierunku dworca głównego we Wrocławiu, z trudem niosąc plecak wypełniony materiałami do rysowania portretów. Byłam wyczerpana i zła, ponieważ zarobiłam nie więcej niż 30 złotych, a zrobiło się zbyt ciemno, by móc dalej rysować.

W pewnym momencie usłyszałam, jak ktoś gra na gitarze i śpiewa po rosyjsku - w języku, którego uczyłam się od dwóch lat. Dimitrij, bo tak nazywał się gitarzysta, miał tak piękny głos, a słowa piosenek tak mnie urzekły, że stałam przed nim bez końca, słuchając go. Potem jednak jakoś zeszłam na ziemię, wrzucając mu do futerału wszystkie pieniądze, które tego dnia zarobiłam, i mówiąc łamaną ruszczyzną, że mnie zachwycił swoją grą. W tamtej chwili zaczęły się trzy najlepsze lata mojego życia.

Przez następne godziny rozmawialiśmy jak najęci. Okazało się, że Dimitrij pochodzi z Sankt Petersburga, a w te wakacje jedzie przez Europę z plecakiem, płachtą biwakową i gitarą, podróżując autostopem i śpiąc w parkach i u życzliwych ludzi. Pamiętam, że przepiliśmy moje marne 30 złotych. Że zaprowadziłam go do parku południowego i pomogłam mu rozłożyć płachtę, przez co przegapiłam ostatni pociąg do domu. Że nakłamałam mamie, że śpię u koleżanki, trzymając jednocześnie Dimitrija za rękę. Że przytulałam go, całowałam się z nim i było nam dobrze.

Następnego ranka namówił mnie, bym pojechała z nim w dalszą podróż. Zgodziłam się, choć nieco się bałam. Spędziliśmy cztery tygodnie pijąc, rozmawiając z ludźmi i zwiedzając, a gdy wróciłam do Polski, zaczęłam od razu zbierać pieniądze na wizę i bilet do Petersburga. Do tej pory pamiętam jego reakcję, gdy zadzwoniłam do niego z lotniska, mówiąc mu, że udało mi się przyjechać...

Chciałabym teraz napisać, że od x lat jesteśmy małżeństwem. Że mamy dom, samochód i dwójkę dzieci. Że codziennie rano wstaję obok niego i jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. I pewnie napisałabym, gdyby nie to, co zdarzyło się 3 marca 2013.

Mieliśmy wtedy pójść razem do jego kolegi. Niestety, nigdy nie poszliśmy. Dimitrija potrącił pijany kierowca.

Przez następne lata zamiast żyć wegetowałam. Nie mogłam wstać z łóżka, rysować zleconych obrazów. Codziennie płakałam. Wróciłam do Polski. Wielokrotnie byłam na skraju samobójstwa.

Teraz, choć mam zaledwie 26 lat, czuję się staro. Próbowałam umawiać się z innymi mężczyznami, jednak każdy mój związek rozpadał się, zanim naprawdę się zaczął. Jestem cieniem tego, kim byłam, oddałabym chyba wszystko, by choć na chwilę zobaczyć Dimitrija, potrzymać go za rękę, jak kiedyś. Mówią, że "tego kwiata jest pół świata", powinnam zapomnieć i żyć dalej.

Dziękuję, jeśli doczytaliście do końca. Musiałam gdzieś to z siebie wyrzucić. Jutro zaczynam terapię. Mam nadzieję, że jakoś pomoże. Pozdrawiam.

#xeoIl

Będzie krótko i anonimowo. Będzie też obrzydliwie - ostrzegam, bo wiem, że niektóre wrażliwsze osoby często proszą o taką informację na początku wyznania.

W liceum, aby uniknąć sprawdzianu, na który nie zdążyłam się nauczyć, udawałam krwotok z nosa za pomocą krwi z okresu. Na przerwie przy zmianie podpaski zachowałam w chusteczce higienicznej dwa dorodne skrzepy. Na lekcji, jak już kartki zostały rozdane, zrobiłam ślad krwi płynącej z nosa, po czym zgniotłam skrzepy w chusteczce i z tą zakrwawioną chustką przy nosie spokojnie spytałam nauczycielkę, czy mogłabym wyjść na chwilę do łazienki. Ta spanikowała, sama zaprowadziła mnie do pielęgniarki (za jej chwilową nieobecność klasa była mi bardzo wdzięczna), a pielęgniarka zadzwoniła do rodziców, by zabrali mnie do domu.

Tydzień później normalnie nauczyłam się na sprawdzian i napisałam go bardzo dobrze. Numer powtórzyłam w tej szkole jeszcze tylko raz, potem rodzice stwierdzili, że trzeba będzie mnie zabrać na jakieś badania, więc przestałam, bo nie miałam ochoty na bycie ciąganą po szpitalach.

#jOR6k

Od samego początku mojego trwającego dwa lata związku facet kwestionował moje umiejętności w dziedzinie sznurowania butów. Wywyższał się przy każdej okazji. Kilka dni temu zostawił mnie, a jednym z powodów, o którym powiedział, był fakt, że podobno jestem w tym gorsza niż przeciętny przedszkolak.

Przez ponad dwa lata nie ogarnął, że nie ma jednej szkoły i jednego sposobu na wiązanie sznurówek.

#hvcPh

Gdy miałem jakieś 14, może 15 lat, mieliśmy kota. Niektóre koty są bardzo terytorialne i taki właśnie był nasz. Może dlatego, że był wychodzący, na wsiach było to wtedy normą. Najbardziej uczepił się mnie. Potrafił gryźć i drapać tylko dlatego, że usiadłem na swoim własnym łóżku, a on na nim leżał. Pewnego dnia nie wytrzymałem i po tym jak mnie ugryzł, uderzyłem go. Nie mocno, ale poczuł. Stanął jak wryty, popatrzył na mnie w szoku i znowu zaatakował. Znowu dostał. Minę miał nieziemską. Natychmiast uciekł pod łóżko i siedział tam cały dzień.

Kiedy wyszedł - zupełnie inny kot. Łasił się, miział, nigdy więcej mnie nie drapnął ani nie ugryzł. Szanował tylko mnie, reszty domowników już nie. Wszyscy mnie pytali jak to zrobiłem, głupio mi było powiedzieć "oddałem mu, bo mnie ugryzł", czy "uderzyłem kota". Mówiłem po prostu, że dużo z nim przebywałem.

Gdy się wyprowadziłem, za każdym razem, jak wracałem do domu przybiegał do mnie, wskakiwał na ręce i tulił się. Można powiedzieć, że był moim najlepszym przyjacielem przez wiele długich lat.
Nie nakłaniam oczywiście nikogo, żeby bił kota, każdy kot jest inny, na mojego akurat podziałało. Nie jestem z tego dumny, ale z drugiej strony... To trochę jak za czasów podstawówki. Pobiliśmy się, a po wszystkim byliśmy kumplami.

#e7tlC

Należałam do sekty. Wszyscy ją dobrze znacie, legalnie działa i szerzy swoje wpływy. Nazwy nie podam, ale jest oczywista i dwuwyrazowa. Urodziłam się w rodzinie należącej do sekty, rodzice w niej byli, więc i ja też od najmłodszych lat. Na religię nie chodziłam, ale o katolicyzmie wiedziałam dużo. Trudno w tym kraju nie wiedzieć, poza tym zawsze mi się podobał bardziej, bo był "milszy". W sekcie nie ma dobroci, albo jesteś swój, albo wróg i śmieć. Tak mi wmawiano, jednocześnie zachęcając do głoszenia słowa bożego i nakłaniania osób do wstąpienia w jej szeregi.

Kiedy po maturze powiedziałam chłopakowi, że chcę zrezygnować i wyjechać, to był bardzo agresywny i nie wierzył. To była jedna rozmowa trwająca kilka minut, a skończyła się tym, że dźgnął mnie nożem w brzuch za zdradę organizacji. Krwawiłam, a on uciekł. Zadzwoniłam po karetkę. Była sprawa w sądzie, ale go uniewinniono. Nikt mnie nie poparł, wszyscy byli po jego stronie, miał 22 świadków, że był wtedy na spotkaniu w zborze. Nawet moi rodzice zapewnili mu alibi. Zapytałam mamę, czy mi wierzy czy jemu, powiedziała, że wie, że mnie dźgnął, ale zrobił dobrze i lepiej by było, gdybym umarła. W czasie procesu mówili, że ćpam, puszczam się, jestem agresywna, kradnę i wiele gorszych, a z niego zrobili ideał, stał się ich męczennikiem. Po wyjściu ze szpitala zastałam wydalona z szeregów i tylko spakowane walizki dostałam, a rodzice kazali mi się wynosić.

Od kilku lat nie mam z tymi psycholami kontaktu. Studia kończę w tym roku, radzę sobie, jestem katoliczką, choć niezbyt dobrą, chodzę kilka razy w roku do kościoła, na pewno lepsze to niż ciągła indoktrynacja, jakiej doznawałam przez 19 lat życia. Moje rodzeństwo i rodzice są dla mnie obcymi ludźmi, mam ich gdzieś. Mam obecnie narzeczonego, na szczęście teraz nie psychola tylko normalnego człowieka i jestem szczęśliwa. Przez 6 lat studiów wiele razy płakałam, głodowałam i marzłam ucząc się po nocach. Ciężko było pogodzić się z samotnością, biedą i łączeniem nauki z pracą dorywczą. Teraz jest lepiej, dużo lepiej. Ułożyło się, ale trauma gdzieś tam została.
Dodaj anonimowe wyznanie