#cAupQ
Gdy byłam małą dziewczynką, mój tato traktował mnie jak swoją księżniczkę! Byłam jego oczkiem w głowie. Spędzałam z nim każdą wolną chwilę, gdy miał wolne w pracy, razem się bawiliśmy, jeździliśmy na wycieczki rowerowe itd. Lubił mnie rozpieszczać i praktycznie podczas każdego powrotu z pracy do domu kupował mi jakaś ładną lalkę, pluszaka czy figurkę przedstawiającą dane zwierzę. Kupował też karteczki, na które kiedyś był szał (zbieranie, wymienianie się itd). Byłam mu za to bardzo wdzięczna, ale nie chciałam przywiązywać się do moich zabawek..
Zawsze, gdy wychodziłam do szkoły (miałam z 7-10 lat) chowałam zabawki gdzie się tylko dało, a z resztą, którą nie mogłam nigdzie upchnąć.. .żegnałam się.
Moja matka wyrzucała moje zabawki, rozdawała swoim znajomym, "weźcie dla swoich dzieci" czy po prostu niszczyła je. Nie, rodzice nie mieli problemów w małżeństwie. Moja mama po prostu uważała, że zabawek mam za dużo. Potrafiła wyrzucić do śmieci lalkę, która tata kupił mi dzień wcześniej. Było mi wtedy bardzo przykro - płakałam i prosiłam ją, żeby tak więcej nie robiła. Ona nie widziała problemu.
Najcenniejszy dla mnie był segregator z karteczkami. Karteczek miałam naprawdę dużo i bardzo o nie dbałam. Gdy byłam w szkole na lekcjach, to z przerażeniem myślałam o tym, co matka wyprawia w moim pokoju z moimi zabawkami. Oczami wyobraźni widziałam, jak pluszaki lądują w śmietniku, a figurki są rozdawane sąsiadom. Lecz tylko myśl o zniszczeniu moich karteczek przyprawiała mnie o mdłości.
Pewnego dnia wróciwszy ze szkoły zobaczyłam, że znowu ubyło kilka zabawek. Zrobiło mi się smutno, ale od razu ruszyłam sprawdzić co z segregatorem. Zamarłam, gdy zobaczyłam, że go nie ma. W histerii pytam matki gdzie on jest! Usłyszałam "Tak długo zbierałaś to gówno i miałaś tego tak dużo, że oddałam dzieciom sąsiadki z domu obok". Wybiegłam z domu ze łzami w oczach, prosto do sąsiadki. Pukam w drzwi jak szalona. Otwiera sąsiadka, wyraźnie przerażona widokiem zapłakanej 10-latki - "Asiu, co się stało?!". Powiedziałam, że mama przez pomyłkę oddała mój segregator i chciałam prosić, żeby mi go oddano.
Niezręczna cisza, a po niej "Nie mam już tego segregatora.. Moje dzieci nie zbierają karteczek, więc wrzuciłam to wszystko do pieca. Przykro mi".
Coś we mnie pękło. Nie pamiętam nawet drogi do domu. Niby takie głupie karteczki, ale były dla mnie ważne.
Tak więc chyba teraz rozumiecie, czemu tak bardzo chcę mieć jakieś zabawki - bo nikt mi już niczego nie odbierze, nie zniszczy, nie wyrzuci.
A tata co na to? Nie rozmawiałaś z nim o tym? Przecież nie kupował Ci zabawek, żeby matka wyrzucała je od razu na śmietnik. W ogóle to, bez obrazy, ale Twoja matka zachowywała się jak szurnięta pod tym względem.
Mi to trochę wygląda tak, jakby tata autorki pracował wyjazdowo i na co dzień nie uczestniczył w życiu rodziny. Ojciec mojej przyjaciółki z dzieciństwa pracował jako kierowca, przyjeżdżał do domu raz na kilka tygodni, przywoził drobne prezenty czy kieszonkowe... Kochany tatuś, co mama zabroniła, to on pozwolił lub przymknął oko... dopóki znów nie wyjechał, wtedy władze odzyskiwała matka.
Jeśli u Autorki było podobnie to przypuszczam, że rola ojca ograniczała się do zasilania domowego budżetu i przywożenia prezentów dziecku...mógł się nawet szczególnie nie interesować, co się z nimi dalej dzieje, na zasadzie "jak żona chce, to niech wyrzuca, kupię małej coś innego".
Zawsze mnie zastanawia, co siedzi w głowach ludzi, takich jak ta kobieta.
Myślicie, że mogła być zazdrosna o własną córkę, "bo ukradła jej męża"?
W wyznaniu jest napisane, że spędzał z córką każdą wolną chwilę.
Może zlał totalnie żonę i jej potrzeby, jej się coś w głowie przestawiło i zaczęła się mścić na córce, jak na rywalce o faceta, zabierając co miała najcenniejsze?
Widziałam kiedy w CSI czy innych agentach, jak matka zabiła 13 letnią córkę, bo "dziwka przystawia się do jej nowego faceta" (podrzucił ją samochodem ze szkoły do domu), ale czy serio mogłoby dojść do tego w realnym życiu?
Co sądzicie o takiej teorii?
Aż mnie coś w sercu ścisnęło, jak przeczytałam że karteczki zostały spalone... Liczyłam jednak na happy end :(
Nie rozumiem Twojej mamy. Była o Ciebie zazdrosna czy może uważała, ze w ten sposób czegoś Cię nauczy ? Szczerze mówiąc, czytając Twoją historię zrobiło mi się przykro.
Mam taki pomysł, że może uważała, że tego za dużo, by to sprzątać.
Niektórzy są szurnieci na punkcie "Nie trzymać niepotrzebnych rzeczy".
Ewentualnie, bardzo chciała, by bolezanki ja lubiły.
Jest też opcja, że wyniosła takie zachowanie z domu.
Coś na zasadzie "ja nie miałam takich luksusów, więc ty też nie będziesz ich miała".
U mojej matuli było to pomieszanie właśnie świra na punkcie czystości i chęci bycia szanowaną wśród rodziny i koleżanek, a to że często przez to płakałem i byłem najzwyczajniej w świecie nieszczęśliwy w ogóle ją nie obchodziło...
Moi rodzice wyrzucali lub palili moje i siostry zabawki gdy były nieposprzątane - tzn. nie były pochowane i ustawione w rzadku. Rygor jak w wojsku... Nawet "samolociki", bo ubrania w szafce nie były na tip-top (taaa, bo 8 letnie dziecko pouklada wszystko równo co do milimetra), były na porządku dziennym.
Z czasem mama zaczęła myśleć samodzielnie i jako nastolatka mogłam mieć bajzel w pokoju "ale jak zalęgną się robaki to wszystkie rzeczy ci spalimy". Nawet broniła mnie przed ojcem który próbował mnie zmuszać do sprzątania.
Jednak w mojej psychice został ślad i strasznie się przywiązuje do moich rzeczy - nie ważne czy to koszulka czy pluszaki. Teraz mam mnóstwo szaf, więc wszystkie moje bibeloty czy nawet graty (zepsuta elektronika) są pochowane i nikomu nic do tego co i jak trzymam w swoich szafach. Jednak strach przed stratą rzeczy tak wrył mi się w psychikę że stracenie ich to byłby dla mnie koniec świata i chyba nawet mając dziecko nie dalabym mu moich pluszakow. Predzej bym głodowala by kupić mu nowe niż dala swoje.
Kup sobie jakąś zabawkę, co Ci szkodzi. :) Lalkę, maskotkę, fajny zestaw lego.
Dokładnie. Ja na przykład miałem bardzo podobnie w domu, wszystkie moje zabawki, komiksy, dosłownie wszystko lądowało w śmieciach albo rozdawane innym dzieciom. Czasami za swoje ciężko wypracowane pieniądze kupuję sobie zestawy Lego. Póki co nie stać mnie niestety na jakieś większe, choć czasem babcia czy ciocia się dorzuci. Nikt ci nie zabroni kupowania zabawek, nie ma przecież żadnego prawnego zakazu :P A nawet jak się bardzo wstydzisz... to przecież nikt nie musi wiedzieć :P
Ja tez czasem sobie kupie jakiegos pluszaka czy zestaw lego. Gdy bylam mala, rodzice nie pozwalali mi miec zadnych zabawek. Moj pokoj to byly tylko meble i ksiazki "dla doroslych" (brakowalo w nich nawet glupich kolorwanek). Teraz mam 18 lat i czasem z chcecia pokoloruje kolorwanki czy uszyje sweter dla mojego misia :p Nikt mi tego nie zabroni. Nie widze w tym nic zlego, jezeli autorka mialaby sie poczuc lepiej to czemu nie :)
Jejuu aż mi się tak bardzo przykro zrobiło jak to przeczytałam :c Ciekawe jak twoja mama zachowałaby się gdybyś wyrzuciła jej rzeczy...
Autorko mam jedno pytanie, a co na to tata? Nie widział? Nie potrafił zareagować?
Moja matka robiła podobnie. I też kiedyś oddała moje najlepsze karteczki dziecku, które nie miało rodziców, tylko z tego powodu. Mogła wybrać każde inne, ale nie musiała oddać najlepsze. A co najśmieszniejsze jak się ruszy jakąkolwiek jej rzecz, to zaraz ajwaj, co najmniej jakby mordowali.
Ooo szkoda że do szkoły nie nosiłaś segregatora. Pamiętam tą manie :D . Karteczki rulez. Ale właśnie co na to wszystko ojciec??
Spójrzmy na to z innej perspektywy. Jakkolwiek zachowanie matki Autorki było złe, to jednak zastanówmy się. Ojciec kupował dziecku wszystko, z wyznania wynika, że codziennie. Czy nie wygląda to trochę tak, że ojciec rozpieszcza dzieciaka, a matka próbuje (choć nieudolnie) nad tym zapanować? Czy Autorka nie padła przypadkiem ofiarą braku porozumienia rodziców w kwestii wychowania?
Widać nawet stosunek Autorki - kochany Tatuś, zła mama. Może się mylę, ale taka myśl mi się nasunęła po lekturze tego wyznania.
Gdyby moja mama niszczyła i rozdawał moje rzeczy, to też uważałabym, że jest zła.
Jeśli rodzice nie mogli dogadać się ze sobą w tej kwestii to matka autorki mogła rozegrać to inaczej. Tłumaczyć, że inne dzieci mają mniej zabawek, że trzeba się dzielić i wspólnie wybrać te rzeczy, z którymi autorka mogła rozstać się w miarę bezboleśnie i oddać biedniejszym, czy do domu dziecka, szpitala. Byłaby z tego chociaż jakaś nauka a nie znęcanie się nad dzieckiem.
Jasne, ja nie pochwalam zachowania matki. Myślę tylko, że problem jest głębszy.
Jakoś nie bardzo wierzę... po pierwsze, że tata nic z tym nie robił, a po drugie, że sąsiadka zaraz wrzuciła te kartki do pieca.