#GkQR1

Ta historia wydarzyła się kilka lat temu, podczas mojego pobierania nauk w gimnazjum. Pojechałem na wycieczkę ze szkoły - do Francji. Należałoby najpierw zaznaczyć, że moja znajomość języka francuskiego jest zerowa.

Poszliśmy całą wycieczką do jadłodajni. Usiadłem z kolegą i zabrałem się do jedzenia frytek z jakimś kotletem, a że nie byłem głodny, to dużo nie zjadłem. Już wstawałem od stolika, żeby wynieść talerz, aż tu nagle zaczął do mnie coś mówić jakiś pan ze stolika naprzeciw. Mówił oczywiście po francusku. Pokazał mi palcem na staruszkę na wózku jedzącą posiłek wraz z rodziną. Obejrzałem się w kierunku starszej pani z zapytaniem w oczach. Pan kiwnął twierdząco głową. Niewiele myśląc podszedłem do biednej babci, zabierając ją na jej wózku od jej stolika. Babcia wyglądała na dość zdziwioną, kiedy ze sztućcami w rękach i jedzeniem w buzi dostawiłem ją do stolika obcego pana. Pan również był zdziwiony i wtedy zrozumiałem, że chyba nie o to mu chodziło. Zarówno rodzina babusi, jak i pan patrzyli na mnie, jakbym uciekł z zakładu dla umysłowo chorych.

Okazało się, że pan nie pokazywał mi wcale staruszki, tylko pokazywał na mój talerz, żebym nie wyrzucał tyle jedzenia, bo się zmarnuje.

#CPcgp

W ostatnich latach miałam niezły ubaw z tych wszystkich "bezglutenowców" i "bezlaktozowców". Nie to, że się śmiałam z czyjejś choroby, tylko z tej masy, która gdzieś tam usłyszała, że gluten i laktoza są be, więc na własną rękę, bez medycznego uzasadnienia, odstawili i zgrywali męczenników w sklepiku osiedlowym, bo nie ma bezglutenowych pierożków.
A najbardziej śmieszyło mnie bezglutenowe piwo...

Od tygodnia sama jestem zmuszona (jak najbardziej że względów medycznych, a nie mojego widzimisię) szukać bezglutenowych produktów na półkach.
I najbardziej brakuje mi bezglutenowego piwa w moim osiedlowym...

#JfYVk

Gdy miałam 18 lat, matka wyrzuciła mnie z domu po tym, gdy powiedziałam jej, że mam raka macicy, którą trzeba będzie wyciąć.
Matka od razu mi wyjaśniła, że nic ze mnie nie będzie, moje życie jest bezwartościowe i pasożyta nie będzie trzymać (od 16. roku życia dorabiam sobie po szkole, aby nie prosić jej o pieniądze).
To się nazywa wsparcie :)

#4Mosf

Mam pewien problem, nie jakiś poważny, raczej natury egzystencjalnej. Chodzi o mojego najlepszego przyjaciela, z którym znam się od dziecka. Teraz mamy po 23 lata, wciąż mieszkamy w rodzinnych domach niedaleko siebie, a on jest moją najbliższą osobą i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że go kocham.

K. jest przede wszystkim dobrym człowiekiem. Miły, pomocny, muchy by nie skrzywdził. To cichy i spokojny introwertyk, nie szuka mocnych wrażeń, woli spędzić czas w domu. Poza mną nie ma bliższych przyjaciół, ale mu to nie przeszkadza.
K. jest przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, niebieskie oczy, ciemne włosy. Ideał faceta, za którym ogląda się prawie każda dziewczyna. On natomiast nie jest zainteresowany związkami, mówi, że tego nie czuje, jeszcze ma czas i nic na siłę.
Mieszkamy na wsi, na kompletnym odludziu. Od początku naszej znajomości byliśmy ze sobą blisko, bo wracaliśmy razem ze szkoły, a popołudnia też spędzaliśmy razem.

Ale wracając do mojego problemu. Od jakiegoś czasu czuję do niego coś dziwnego. Uprzedzając domysły: nie, nie zakochałem się w nim, nie pociąga mnie fizycznie. Ale czasami nie mogę przestać o nim myśleć. Jest dla mnie bardzo ważny i wiele rzeczy robimy razem. Widujemy się często, prawie codziennie. U niego albo u mnie.
Razem oglądamy filmy i seriale. Czasami oglądamy w moim pokoju leżąc w łóżku. Czasem nie chce mu się wracać, więc zostaje na noc i śpimy razem (podkreślam, bez podtekstów). Wiem, że to dziwne, ale ja naprawdę uwielbiam z nim spać. Lubię jak jest tak blisko i możemy ze sobą porozmawiać przed zaśnięciem.

Ciężko mi to pisać, bo sam nie wiem, co chcę powiedzieć. Ja naprawdę go kocham i zrobiłbym wszystko, żeby był szczęśliwy. Sam nie wiem czego chcę, bo przecież nie związku. Obaj jesteśmy hetero. Najbardziej boję się tego, że któregoś dnia go zabraknie. Że coś mu się stanie albo po prostu się wyprowadzi, może kogoś pozna i wyjedzie, a ja bez niego nie będę potrafił normalnie żyć.

Czuję się winny, a przecież nic nie zrobiłem. Może ja naprawdę się w nim podkochuję, ale nie mam tego świadomości. Chciałbym, żeby zawsze był blisko, żebym mógł go czasem objąć i poczuć jego zapach. Czuję, że to zmierza w złą stronę, ale jeszcze raz napiszę, że nie chodzi mi o seks ani nic z tych rzeczy, tylko o wszystko inne. Chciałbym z nim mieszkać, jeść śniadania, przygotowywać kolacje, wyjeżdżać razem na urlop. Po prostu z nim być.

Nie wiem czy wiecie, o co mi chodzi, ale to mnie strasznie męczy. Wiem, że zwykli przyjaciele nie robią takich rzeczy. Może to jakiś boczny etap znajomości, coś pomiędzy przyjaźnią a związkiem. Jemu chyba odpowiada nasza obecna relacja, wydaje się szczęśliwy. Zależy mi na nim i nie chcę mieć tego poczucia winy, że robię coś złego.

#DBB0R

Dzień jak co dzień, wstaję, jem śniadanie, idę do szkoły. Jest lekcja matematyki. Nauczycielka podchodzi do mnie, bierze moją głowę i wkłada ją sobie w biust, a później zaczyna się ze mną całować. Otwieram oczy, myślę - ale zwariowany miałem sen. Ogarniam się, wykonuję poranne czynności i idę do szkoły. Jest lekcja matmy, cały czas pamiętam ten sen i o nim myślę. Nauczycielka podchodzi do mnie i mówi: "Tak, Maciek, ja też pamiętam". Ja zszokowany, co ona ma na myśli? Na co ona, że pamięta o pracy domowej. Mam wziąć zeszyt i rozwiązać równanie. Podchodzę do tablicy, zaczynam rozwiązywać równanie, odwracam się, a tam cała klasa na czele z nauczycielką zaczynają tańczyć w kółeczku jak na weselach. Myślę - co tu się wyprawia?
Otwieram oczy. Cholera, miałem sen w śnie. Znowu muszę wstać i iść do szkoły.

Najgorzej. Jem śniadanie, opowiadam bratu jakie bzdury mi się śniły, na co on patrząc na mnie z uśmiechem na ustach przemawia: "to ja jestem twoją nauczycielką od matematyki" i zamienia się w nią.

W tym momencie dzwoni budzik, znajomy głos mówi: "Maciek, wstawaj, bo zaśpisz do pracy", a ja przekręcam głowę, widzę moją żonę i uświadamiam sobie, że od 11 lat nie chodzę już do liceum i jestem dorosłym facetem z żoną i robotą.

#qbeXZ

Pamiętacie historię dziewczyny, która miała w pracy swojego toaletowego wielbiciela (wchodził zaraz po niej do ubikacji)? Wracam z zakończeniem historii.

Tydzień temu mieliśmy spotkanie integracyjne, wyszliśmy do pubu na kilka drinków, super atmosfera, każdy w dobrym nastroju. Po kolejnym piwku poczułam, że pęcherz domaga się wizyty w toalecie. OK, wstaję i za ułamek sekundy tyłek z krzesła podnosi mój "wielbiciel''. Spojrzał na mnie z poważną miną i mówi: "Albo to jakieś żarty, albo jesteśmy jak Ferdek z Paździochem, nawet nie wiecie ile razy chciałem iść do WC. Patrzę, a toaleta zajęta, głupio stać pod drzwiami, ale z drugiej strony przecież nie będę trzymał pół godziny...'' ekipa ryknęła śmiechem.
W lokalu każda płeć miała swoją łazienkę, więc tym razem nikt nie musiał na mnie czekać, a ośmieleni alkoholem zaczęliśmy w holu obok łazienek analizować nasz przypadek. Jak się okazało, wstajemy o tej samej godzinie, ja mam w zwyczaju pić rano szklankę wody z cytryną, on herbatę, do biura docieramy praktycznie o tej samej godzinie około 07:45 i obydwoje robimy sobie kawę... dlatego mniej więcej po godzinie chce nam się sikać.
W tym tygodniu sytuacja kiedy w tym samym czasie musieliśmy skorzystać z toalety zdarzyła się tylko raz, a to dlatego, że kawę robię sobie teraz koło 10.

PS Ślubu nie będzie :-) za to nasze relacje bardzo się poprawiły, bo przestałam go w końcu podejrzewać o tak dziwne upodobania... Głupia ja mogłam z nim po prostu pogadać, zamiast wymyślać głupoty z liścikami - wstyd mi jak nie wiem.

#2UNzu

Miałem wtedy chyba 18 lat. Byliśmy wtedy z moją dziewczyną sami w jej mieszkaniu. Mieliśmy wtedy jeszcze ok. 3 godziny dla siebie, zanim wróci z pracy jej mama. Wiadomo... ludzie młodzi, hormony działają, więc wykorzystywaliśmy każdy moment luksusu, jakim było puste mieszkanie.

Jesteśmy w środku akcji w dużym pokoju (ten pokój nie miał drzwi zamykanych na klucz), ciuchy porozrzucane po całym pokoju. Nagle słyszymy klucz w zamku... cholera... ktoś tu wrócił wcześniej. Szybko wyskoczyliśmy z łóżka, moja dziewczyna szybko zarzucała na siebie sukienkę, ja natomiast słysząc otwierane drzwi nie zdążyłem zebrać swoich rzeczy. Fakt, że w mieszkaniu tym moja dziewczyna miała podwójne drzwi - zewnętrzne i wewnętrzne - dawał mi cenne sekundy, a jej czas, by zgarnąć moje ciuchy i wpakować je do szafy. W panice poleciałem z kocem do łazienki (była łączona z toaletą) - do tej pory się zastanawiam, na cholerę był mi ten koc. OK, sytuacja opanowana. Zaraz po tym, jak zamknęły się drzwi za mną, tak otworzyły się te od mieszkania. Usłyszałem głos jeszcze nie teściowej i jak moja dziewczyna mówi:
- Cześć, mamo. Oooo, dzień dobry. Co mama robi tak wcześnie?
Myślę sobie - jak to "dzień dobry"? Ano mama przyszła do mieszkania z koleżanką z pracy...
- Tylko na chwilę przyszłyśmy i za chwilę wychodzimy...
Ufff, Bogu dzięki, bo w łazience nie było kompletnie nic w co bym się mógł oblec oprócz tego nieszczęsnego koca i ręcznika.
- ... byłyśmy tu w okolicy i tak nam się sikać zachciało, że biegiem do domu przyleciałyśmy.

SZLAG. jeszcze raz runda rozpoznania. No cholera, mogę się jeszcze tylko papierem toaletowym owinąć. Zacząłem żałować, że teściowa sama nie przyszła. Wtedy by był przypał, ale przynajmniej by koleżanka nie miała plotek na temat młodego faceta, który półnagi biega po mieszkaniu i córki bałamuci. Przysięgam, to były moje najdłuższe minuty, gdy nasłuchiwałem jak teściowa z koleżanką przebierają nogami i pytają, za ile wyjdę z łazienki. Z odsieczą na szczęście przyszła moja dziewczyna, która w przypływie olśnienia wypaliła: "Mamo... Paweł ma biegunkę, to może jeszcze potrwać". Teściowa wtedy szybko się zebrała i opuściła mieszkanie. O włos od przypału ;)

PS Ta sytuacja nie sprawiła, że byliśmy bardziej ostrożni. Tego typu akcji, choć o mniejszym kalibrze, mieliśmy jeszcze kilka  :)

#G93mD

Udzielam korepetycji. Kilka lat temu uczyłem dziewczynę 3 lata młodszą ode mnie (ja 19, ona 16). Byłem grzecznym uczniem liceum, więc dyrekcja pozwoliła mi uczyć w sali szkolnej. No i tak z lekcji na lekcję coś zaiskrzyło. Później to już średnio to można było nazwać nauką ;)

Któregoś razu "uczymy się" i słyszę, że ktoś idzie! Szybko koszulkę na siebie, dziewczyna zapina guziki - nigdy się tak szybko nie ubierałem. Wchodzi sprzątaczka... Myślę - dobra, może nie widziała... Chociaż dziewczyna nie całkiem dokładnie ubrana siedzi mi na kolanach, a ja jej coś tam niby tłumaczę... Na bank widziała! Pani sprzątaczka nie odezwała się ani słowem, spojrzała spod byka, wzięła kosz na śmieci i wyszła.

Myślałem, że konsekwencji nie będzie, ale nic z tego... Po tej akcji straciłem jedną uczennicę - córkę sprzątaczki, której też dawałem korepetycje :D
Dodaj anonimowe wyznanie