Pierwszy raz spotkałem Psycho (Nick na potrzeby wyznania) na przystanku. Leżał na ławce miejskiego bus-stopa. Byłem wtedy po kursie pierwszej pomocy, więc postanowiłem zareagować. Podszedłem. Delikatnie dotknąłem ramienia i... nawet nie dokończyłem pytania ,,czy wszystko okej?", gdy znalazłem się w pozycji półzgiętej z dźwignią założoną na rękę.
Gość pyta mnie (a trzeba wiedzieć, że ma wspaniały głos - spokojny i opanowany, ale troszkę mroczny) czego od niego chciałem. Wyjaśniłem całą sytuację, więc mnie puścił. Troszkę podenerwowany wstałem i energicznie chciałem ruszyć w stronę domu. Jak się pewnie domyślacie, Psycho też był zestresowany i wziął to za próbę ataku. Skończyłem na ziemi z rozwalonym nosem.
Nos mi nastawił (albo coś z nim zrobił, w każdym razie, brzmiało to mega profesjonalnie, ale nie zapamiętałem nazwy - on jest na biol-chemie), przeprosił i podziękował za ,,usiłowanie uratowania życia" (cytat).
Kolejny raz skończył się dla mnie gorzej.
Zauważyłem jakąś dziewczynę +/- mój wiek i BARDZO mój typ, która była nagabywana przez jakiegoś Sebka. Wyczuwając idealną szansę na podryw podchodzę i pytam, czy zna tego człowieka i czy wszystko w porządku. Zaprzeczyła, więc biorę ją pod rękę i ciągnę w stronę pobliskiego parczku, mówiąc, że ją odprowadzę. W tym momencie wkracza Psycho. Nie uszedłem nawet 3 kroków. Niewiele pamiętam, bo działo się to szybko. Sebek znokautowany kilkoma celnymi strzałami, a ja nawet nie zdążyłem wyjaśnić sytuacji, gdy Psycho zabrał się do mnie. Próbowałem się bronić, ale na niewiele się to zdało, niestety.
Znów wylądowałem a ziemi z podbitym okiem, ale tym razem, dla odmiany, lewą rękę przeszywał ból nie do opisania.
Przerażona niewiasta wyjaśnia, że ja jej nie atakowałem, tylko chciałem pomóc, więc Psycho zabiera się do ratowania mnie.
Usztywnił złamanie, coś tam jeszcze i odprowadził do szpitala (dziewczyna miała po drodze dom, więc zostałem z nim sam).
Został ze mną na diagnozie. (Okazało się, że chciał mi złamać konkretną kość, więc, skoro miał okazję to zweryfikować - skorzystał. Kość była ,,ta co chciał", ale złamanie wyszło ,,jakieś nie takie" - jego słowa). Przy okazji umilał mi życie czarnym humorem. Idealnie, bo moi znajomi nie rozumieją, jak można się z takich rzeczy śmiać.
Po wszystkim odprowadził mnie i jeszcze mi pomógł wnieść rzeczy do domu (przez całą drogę niósł nasze plecaki) .
Dał mi swój numer – w razie gdybym chciał od niego odszkodowania.
Odszkodowania nie chciałem, ale zaczęliśmy pisać i spotykać się.
Zaproponował mi kurs samoobrony, bo to wstyd, że dałem się tak od razu.
Okazał się całkiem spoko.
Psycho, jeśli to czytasz, to wiedz, że będziesz spoko lekarzem - tak jak o tym marzysz, ale podnoszenie na duchu zostaw pielęgniarkom
PS.
Nie jestem parą ani z nim, ani z tą dziewczyną. :)
Moi znajomi właśnie kupują mieszkania, samochody, biorą śluby, robią dzieci, a ja od tygodnia rozkminiam, jak położyć ser na kanapce, żeby nie wystawał, ale żeby też nie obcinać i żeby przykrywał jak największą część kanapki.
Wyznanie #2UNzu przypomniało mi o mojej przygodzie z młodości... Miałam jakieś 16 lat, więc zostałam zaproszona na wesele bez osoby towarzyszącej.
Następnego dnia po weselu odbywały się poprawiny, nie miałam ochoty na kolejny dzień samotnej zabawy, a perspektywa wolnego domu kusiła ;) powiedziałam rodzicom, że źle się czuję i zostałam w domu. Impreza odbywała się jakieś 15 minut jazdy samochodem od domu, więc umówiłam się z siostrą, że puści mi sygnał przed wyjazdem, żeby dać nam czas na ogarnięcie się (moi rodzice nie akceptowali mojej i mojego chłopaka znajomości, więc ukrywaliśmy to, że się widujemy).
Godzina mniej więcej 18, dobrze się bawimy nie całkiem ubrani... I słyszę trzaskające drzwi od garażu :o szybka kalkulacja, chłopak wziął ubrania i wyszedł na taras (wrzesień, 10 stopni XD).
Cała trzęsąc się z nerwów poszłam przywitać rodziców, zrzucając to na gorączkę, sekundy w których mama była w moim pokoju wlokły się jak godziny…
Na szczęście po imprezie szybko wzięło ich zmęczenie i przemyciłam chłopaka na zewnątrz. Nie wiem co przyszło nam do głowy z wystawieniem go na balkon, na szczęście nie musiał skakać, a rodzice już akceptują związek.
Kiedyś, będąc na basenie (miałem jakieś 14 lat) bardzo spodobała mi się ratowniczka obok wysokiej zjeżdżalni, była ona zakryta, więc jak się zjechało to mogłem zobaczyć śliczną panią :).
Popatrzyłem chwilę na panią i nagle mi stanął, nic innego nie miałem na myśli oprócz jak sobie pożądanie zwalić. Jak wszedłem już na górę zjeżdżalni zacząłem zjeżdżać i podczas „trasy” się masturbować, było super, do czasu jak nie spadły mi majtki... I nagle panika, by złapać majtki i szybko je założyć przed plaskiem do wody.
Niestety nie udało się, pani nic nie powiedziała, bo się wytłumaczyłem, że to woda mi je zsunęła. Tak niestety zaliczyłem niezłego faila i ogromny wstyd.
Boję się o swoje bezpieczeństwo. Nie jestem wybitnie ładna, wybitnie lubiana czy popularna, nie mam (chyba) stalkera. Kilka miesięcy temu, pod koniec wakacji chciałam pójść do kościoła się pomodlić.
Nie robię tego często, w sumie od lat nie bywam w kościele, ale tego dnia jakoś mnie naszło, zobaczyłam wieżę wracając z zakupów w Rivierze i stwierdziłam, że pójdę. Nim dotarłam pod kościół, zrobił się już półmrok (było koło godziny 20 albo 21).
Opowiadając w skrócie, gdy już stałam na schodach i czytałam rozpiskę o mszach (kościół był już zamknięty) jakiś obcy facet wyciągnął składany duży nóż i powiedział "Ty chrześcijańska ku*wo, zobaczysz jak cię potnę". W pierwszej sekundzie nie załapałam, że mówił do mnie, nie zauważyłam noża. Obok niego przeszedł jakiś inny facet (kościół był tuż przy osiedlu mieszkaniowym) i nawet nie zwrócił uwagi, nie zareagował.
Czas jakby zwolnił, a ja zamiast zrobić cokolwiek tylko stałam w milczeniu w odległości kilku kroków od niego i nie przyjmowałam do wiadomości, że to nie film, że to się dzieje na prawdę. Koleś odszedł. Tak po prostu sobie poszedł na drugą stronę kościoła, a ja dalej stałam i rozkminiałam jak teraz mam wrócić do domu, żeby go nie spotkać. I wreszcie do mnie dotarło, że mógł wbić mi ten nóż w szyję i nikt kompletnie by mi nie pomógł.
Uciekłam przez park, po drodze ostrzegając jakąś parę, która szła prosto na tego typa z nożem. Zadzwoniłam na 112, a policja przyjechała na miejsce po 40 minutach (!!!!) gdy ja już byłam w domu. Funkcjonariusze zadzwonili do mnie, żeby zapytać, czy nadal jestem pod tym kościołem, gdzie to dokładnie się stało i jak wyglądał napastnik.
Dosłownie zaśmiałam im się w twarz z wkurzenia, że jadą tam dopiero po takim czasie, gdy typ na pewno już uciekł albo kogoś zabił. Jeśli ktoś jest z Gdyni, to się działo przy Sanktuarium M.B. Królowej Matki Nadziei i św. Maksymiliana. Uważajcie na siebie. Od tamtej pory nie wychodzę z domu po zmroku. Źli ludzie naprawdę istnieją.
Piszę na anonimowych, bo nigdy się nie przyznam do tego publicznie.
Chodzę do liceum, które nie jest za duże. Prawie wszyscy się znają z większością jestem na "cześć".
Otóż na lekcji historii, poprosiłam profesorkę o możliwość wyjścia do toalety.
Nie zgodziła się, gdy usłyszałam dzwonek, pobiegłam na złamanie karku, a tu... wszystkie cztery kabiny zajęte (dziewczyny w środku palą papierosy) nie mając szans pobiec na nisze piętro, weszłam do męskiej toalety.
Kucając "na Małysza" usłyszałam dwóch chłopaków z drugiej klasy, zakładających się o dziewczynę, o mnie. Nie mogłam w to uwierzyć.
I gdy ten chłopak Z podszedł do mnie na korytarzu dwa dni później (facet 10/10 tak dla jasności, a ja no cóż... 3/10) i zaprosił mnie do kina, odmówiłam.
Jego zszokowanej miny nigdy nie zapomnę.
I przy okazji nie zostałam upokorzona.
Planowali, że do kina Z przyjdzie z jakąś ładną dziewczyną, a mnie wyśmieje i upubliczni to na Facebooku. Nic z tego.
Trzy lata temu zmarł mój tata, mam starszego brata i młodszą siostrę. Z rodzina z taty strony się rzadko widujemy. Niedawno zmarł mój dziadek, tata taty - i my mamy po nim dziedziczyć.
Brat jest pełnoletni, ale ja i siostra nie. I w naszym imieniu decyduje mama jako opiekun prawny, a ona nie chce się zgodzić na dziedziczenie. Mówi, żebyśmy nie żebrali, że głupio tak wyciągać pieniądze, że wstyd.
Brat nie chce się zrzekać spadku, więc pewnie coś dostanie, a my z siostrą nic, bo tak zdecydowała mama jako opiekunka prawna. Jestem na nią wściekła.
Jestem bardzo zazdrosna o mojego chłopaka. I tu nie chodzi o to, że on robi coś podejrzanego czy coś ukrywa.
Nie jestem też zazdrosna o rzeczy, które dzieją się w tej chwili, ponieważ on daje mi do zrozumienia, że jestem ważna, że jestem piękna i najważniejsza.
Problem w tym, że ja jestem chorobliwie zazdrosna o jego przeszłość. O to, że były przede mną jakieś dziewczyny. Boli mnie to, iż mógł je zabierać w jakieś miejsca i zamiast cieszyć się chwilą, z tyłu głowy mam pytanie, czy był tu z tamtą blondynką, czy całował na tej ławce tę rudą? Ciekawe, jak bardzo ją kochał. Jak było mu z nią w łóżku... To jest strasznie męczące.
Nie okazuję tej mojej zazdrości mojemu chłopakowi, bo to nic nie zmieni, a tylko będzie psuć klimat naszego związku. Raz mu powiedziałam, że jestem zazdrosna o jego eks, to się ze mnie śmiał, że nie mam do tego powodu. I ma rację.
A ja potrafię je stalkować wieczorami. Dziesiąty raz odświeżać jej Instagram i śledzić jej życie. Wkurza mnie to, że te dziewczyny są szczuplejsze, albo mają większy biust. Zaś mam mega satysfakcję, gdy widzę, że np. ktoś tu ma za ciasne spodnie albo fryzura nie taka...
To chore, bo nie znam tych dziewczyn. Nie są częścią życia mojego chłopaka od lat. A ja dalej to w sobie duszę. Nie mam pojęcia, co może zmienić moje podejście. Próbowałam zablokować wszystkie te laski, wytrzymywałam np. 3 miesiące, a potem hurtem odblokowałam wszystkie i miałam tony nowych informacji z ich profili.
Masakra...
Jak byłam mała, zawsze przy robieniu kupy krzyczałam do mamy, że ją kocham.
Transwestytyzm fetyszystyczny. Właśnie odkryłem, że takie coś jest, a raczej jak się to nazywa...
W czasach gimnazjalno-licealnych lubiłem zostawać sam w domu. Pożyczałem wtedy bieliznę i ubrania siostry, przebierałem się w nie i zadowalałem. Wypychałem staniki skarpetkami (siostra od zawsze miała spory biust), jakoś wciskałem się w stringi i rajstopy, siostrzane sukienki albo spódniczki, obcisłe bluzki. Czasem zakładałem do tego szpilki. A potem odgrywałem sceny ze "Skazy" albo inne podobne. Czasem sam się związywałem.
Potem miałem dziewczyny i jakoś minęły mi trochę ciągoty do tych "przebieranek".
Obecnie jestem w szczęśliwym małżeństwie z żoną, wszystko się układa. Ona wie o mnie praktycznie wszystko - również o tych moich fetyszach. Obecnie lubię, kiedy to ona zakłada seksowne ciuszki. Jednak kiedy sobie przypomnę, co wtedy robiłem... to mi trochę wstyd. Fakt, siostra nigdy się nie dowiedziała o tym. Wszystkie ubrania wracały na miejsce albo trafiały do prania, jeśli zostały jakkolwiek pobrudzone (nie chodzi tylko o "ślady biologiczne", czasem robiłem to na podłodze w przedpokoju albo w kuchni - pobrudzić się było łatwo). Siostra miała tyle ubrań i taki bałagan, że nigdy nie ogarniała co dała do prania, co wróciło z prania, co mama jej uprasowała, poskładała i włożyła do półki, a mama też tego w żaden sposób nie kontrolowała. W całym tym bałaganie była luka na realizację moich fetyszy ;)
Dodaj anonimowe wyznanie