Chodzę na airsoft od pewnego czasu, mam 18 lat, nie mam jakiejś mega drużyny, ale i tak wymiatamy. Przechodząc do meritum rzeczy.
Wczoraj, na imieninach babci, ciocia poprosiła mnie żebym… zabrał jej SIEDMIOLETNIEGO synka na ASG z moim kolegami.
Tłumaczyłem cioci, że gramy w trudno dostępnym terenie, że przeklinamy, że obiekt na którym gramy jest stary i jest tam ciemno, że młody może dostać rykoszetem, że nie mamy ochrony dla niego, że krzyczymy, że używamy nawet materiałów pirotechnicznych.
Co ciocia na to? Że nic mu się nie stanie i w ogóle co może zrobić mu plastikowa kulka i zaczęła mnie wyzywać.
Na szczęście moja mama ogarnęła ciocię filmem, na którym rozstrzeliwuję moją repliką telefon na wylot.
Nie znoszę swojej siostry. Obydwie nie mieszkamy w domu rodzinnym już od kilku lat, wyjechałyśmy do różnych miast i zdawałoby się ułożyłyśmy sobie życia. Ja skończyłam studia, poznałam mężczyznę, za którego wyszłam. Mamy dwójkę dzieci, obydwoje pracujemy i radzimy sobie całkiem dobrze.
Moja siostra natomiast co i rusz jest wywalana z pracy, nie skończyła żadnej szkoły, a pieniądze trwoni na pierdoły. I w sumie nie interesowałoby mnie to, w końcu - jej życie to jej sprawa. Jest tylko jedno "ale". Siostra zapożyczyła się już u sporej części rodziny, w tym u mnie. Pieniędzy nigdy nie oddała, ale nie to jest w tym najgorsze.
Otóż siostra odzywa się tylko i wyłącznie gdy coś chce - pieniądze lub przysługę, czasem nowy przedmiot, bo "ona potrzebuje". Płacze przy tym do słuchawki, że nie ma co jeść, właśnie ją wylali, zapisała się do nowej szkoły czy ma nową pasję i to na pewno pomoże jej się rozwinąć. Jest mi przykro, gdy po kilku miesiącach milczenia odzywa się i po krótkim "Co u ciebie, jak dzieci?", zaczyna swoją litanię o tym, jaka jest biedna, a ja MUSZĘ jej pomóc.
Próbowałam wyłączać telefon, nie odpisywać na SMS-y, ale wtedy dzwoni mama i przekazuje prośbę siostry. Mama jest bardzo chora, wspomagam ją jak mogę, ale aktualnie nie daję jej już żadnych pieniędzy, bo siostra żeruje i na niej. A siostra jest singielką, bez zobowiązań w postaci dzieci i pomimo młodego wieku ma długi u rodziny, znajomych i w bankach.
Ostatnio wpadła na genialny pomysł, byśmy wzięli na nią kredyt i po odmowie nie odzywała się przez jakiś czas. Aż do wczoraj, kiedy zadzwoniła mama mówiąc, że Anitkę chcą wyrzucić z pracy i biedna nie ma gdzie się podziać. Może byśmy jej wysłali pieniążki, dopóki nie znajdzie nowej pracy....
Mam problemy skórne. Wielkie, podskórne gule wypełnione ropą, które z czasem pękają. Bywa, że trzeba im w tym pomóc.
Zanim jednak do tego dojdzie, niektóre z nich muszę zaklejać plastrem. Nie zmieniam go przez parę dni. Po odklejeniu z reguły okazuje się, że gula pękła i na opatrunku zostało sporo lekko podkisłej mazi, mieszaniny ropy z krwią.
No i właśnie, przechodzę do puenty wyznania - lubię to wąchać. Śmierdzi okropnie, kojarzy mi się trochę z fetorem bezdomnych, ale jest w tym coś jednocześnie intrygującego.
Spróbowałam mleka z własnej piersi.
Ssąc sutek.
Nawet smakowało.
Jestem nauczycielem wychowania wczesnoszkolnego (klasy 1-3). Pewnego razu Franciszek (imię zmienione) wychodzi do łazienki i długo nie wraca. Po 20 minutach poprosiłam Marcinka, aby poszedł do łazienki i sprawdził, czy Franek tam jest. Tak WIEM - mógł mieć naprawdę dużo do zrobienia, ale 20, może 25 minut? Sama nie wyjdę, bo nie zostawię dzieciaków, na korytarzu nikogo nie ma do pomocy.
No więc Marcinek wraca i cichutko na ucho mi szepcze "Psze Pani, Franek w łazience płacze". No tak, pewnie znowu chłopcy z klasy obok mu dokuczali na przerwie, takie historie są na tapecie od października. Nie ma rady, dzwonię z prywatnej komórki do pedagoga, nie odbiera. Wybiegam szybciutko po kogoś, ale już w biegu czuję, że sama potrzebuję skorzystać z toalety.
Zwykle jeśli przed 7:30 zdążę się wysikać to do przerwy po 4 lekcji dociągnę, mało pijąc. Ale tym razem pęcherz odzywa się wcześniej i wiem, że będzie kiepsko. Łapię w pokoju nauczycielskim koleżankę na okienku, ona idzie do mojej klasy, a ja do toalety chłopców. Franek stoi i płacze, nie daję rady go uspokoić, opowiada przez łzy sytuację w szkole, w domu - a mi się chce siku coraz bardziej. Do psychologa, odpocząć - Franek mówi że nie.
Do pokoju nauczycielskiego - Franek mówi że nie. Z powrotem do klasy - Franek mówi że nie. Nie chce wyjść z tej łazienki, historii życiowych coraz więcej, chłopak dosłownie wylewa z siebie gorycz i strach - a ja stoję z zaciśniętymi udami i czuję że się posikam. W końcu przychodzi psycholog (koleżanka do niego się dodzwoniła), bierze chłopca do siebie. Ja korzystając z sytuacji korzystam z toalety chłopców, niestety majtki zdążyły trochę przesiąknąć. Wracam do klasy, koleżanka wraca do pokoju - a mi za 5 minut znowu chcę się do łazienki. "Co jest?!" myślę i czuję że zaciskam uda.
Przerwa po 10 minutach, lecę do łazienki, kilka kropel spada, majtki bardziej mokre. Biegiem do psychologa. Rozmawiamy wspólnie z Frankiem - a mi się znowu chcę szczać! Znowu zaciskam uda, jeszcze na tej samej przerwie lecę do łazienki, majtki całe już mokre, znowu kilka kropelek poleciało.
Od tamtego dnia (minęły 3 tygodnie) codziennie mam fazę zaciskania ud, codziennie lecę do łazienki szkolnej 2 razy w ciągu przerwy jak da radę. Majtki non stop troszkę zmoczone, po kilku dniach zaczęłam nosić podpaski. Uda zaciśnięte praktycznie cały czas. Co najlepsze - w weekendy czy poza szkołą tego problemu nie mam.
Wchodzę na 1. lekcję = od razu chce mi się do toalety. Nieważne ile herbaty czy kawy wypije w pracy. Czy od tej historii z chłopakiem, z tą nerwową sytuacją coś mi w organizmie się zepsuło albo przyblokowało? Mam w sobie wewnętrzną ciekawość, kto się moim problemem zajmie - urolog czy psycholog.
Czy takie reakcje świadczą o problemie z pęcherzem, czy mają podłoże psychologiczne...
Nie mam siły już na tatę.
Mój ojciec jest cholerykiem. Jest go bardzo łatwo zdenerwować, lecz niestety kłótnia z nim nie ma sensu.
Gdy podam jakikolwiek argument, on przytacza od razu to, że skończył parę kierunków studiów, co z grubsza u niego oznacza, że zawsze ma rację i mam się z nim nie kłócić, bo on wie lepiej...
Mam hobby? Jest złe... Bo z tworzenia muzyki nic mi nie wyjdzie i po co mam iść w tym kierunku, skoro to według niego dzecinada, nic z tego nie zarobię itp.
Nie trafia do niego to, że nie mam zamiaru iść tam gdzie on by chciał żebym szedł. Niby mówi, że mogę iść tam gdzie chce na studia, ale ostatecznie cały czas mnie przekonuje, że mam iść na kierunek związany z pływaniem, bo duża część rodziny pływa na statkach…
Ciężką pracą nigdzie nie dojdę? To akurat fakt, tyle że u niego ciężka praca to tylko praca fizyczna, nie bierze pod uwagę tego, że to co chce robić, również nie jest prostym zajęciem, a dodatkowo sprawia mi radość i może zaowocować w przyszłości.
Argument kolejny? Wszystko robię za pieniądze. Gdy odpowiadam, że wielokrotnie sam mówił, że mam coś zrobić to mi zapłaci i że wielokrotnie robiłem coś z własnej chęci pomocy, bez oczekiwania jakiegokolwiek zarobku, to przerywa w połowie, bo ja oczywiście "wcale" nie pomagam.
Nie mam pojęcia jak się z nim mam kłócić. Jak wygrać z osobą, która ma rację nawet gdy jej nie ma.
Przez całe technikum miałem problemy z nauką. Zamiast dostać motywację do nauki, dostawałem podcinanie skrzydeł i wielokrotne "nie zdasz"... Tymczasem, gdy zdałem nagle się ojcu zmieniało i on "zawsze we mnie wierzył" i motywował mnie.
Już nie mam na niego siły. Co bym nie powiedział, jest złe, bo on ukończył studia, a ja nie i g*wno wiem...
Moje dziedzictwo mnie skrzywiło. Mam ojca alkoholika, który przez lwią część moich dziecięcych lat był zalany w trupa. Delikatnej psychice małej dziewczynki nie pomagała roszczeniowa matka, podkopująca jej samoocenę.
Mama dbała bym zawsze była najedzona, dobrze ubrana. Dbała o rzeczy materialne, ale nie o duchowe. Większość życia słyszałam, że nie jestem wystarczająco dobra. Gdy startowałam w sportowych zawodach, mówiła, że nie powinnam nastawiać się na zwycięstwo. Chcąc iść do najlepszej szkoły średniej w mieście, doradzała wybrać gorszą, bo w tej pierwszej sobie na pewno nie poradzę. Do 18. roku życia musiałam wracać do domu przed północą. Choć do dziś nie miałam w ustach papierosa, a do pełnoletności nie piłam wcale alkoholu, ona kompletnie mi nie ufała.
Do tego ciągłe wpędzanie mnie w poczucie winy. Moja matka nie umie prosić o pomoc. Zawsze twierdziła, że ja powinnam „się domyślić”, że ona potrzebuje w czymś pomocy. Domyślić się na przykład, jaki obiad danego dnia ugotuje i zrobić odpowiednie zakupy. Gdy się nie domyśliłam, obrażała się na dni, nawet tygodnie. Moje propozycje pomocy zbywała, później wyrzucając mi, że jestem wyrodną, egoistyczną córką.
Czułam się bardzo źle ze sobą, mimo że wiedziałam, że wielu rzeczy wcale nie jestem winna. Doszłam do wniosku, że muszę wyprowadzić się z rodzinnego domu dla własnego dobra psychicznego. Miałam już stabilną pracę i dochody pozwalające samemu się utrzymać. Plany poszły w odstawkę, bo matka zachorowała na raka.
Początkowo nie powiedziała mi o chorobie, „bo nie pytałam”. Jechała do lekarza, ale nie poprosiła, by jechać z nią. Później wyrzucała mi, że nie ma we mnie wsparcia. Gdy się dowiedziałam, musiałam wręcz się z nią kłócić, by pozwoliła mi sobie towarzyszyć w kolejnych wizytach. Rozmawiałam z lekarzami, spędziłam godziny w szpitalu, gdy miała operację, odwiedzałam regularnie podczas radioterapii w mieście oddalonym o ponad 200 km od tego, gdzie mieszkamy. Gdy dzwoniłam, że przyjeżdżam, słyszałam „Po co?”. Jechałam i tak.
Myślałam, że tragiczne doświadczenia choroby ją czegoś nauczyły. Niczego. Według niej ja wciąż nie pomagam, nie dbam o nią, a ona nie prosi o nic i zbywa moje propozycje pomocy. Nie było tygodnia, bym nocami nie płakała w poduszkę. Musiałam się wyprowadzić. Gdy doszła do siebie wynajęłam mieszkanie w tym samym mieście, choć planowałam wyprowadzkę do innego. By być blisko. Czy to coś poprawiło? Cóż, przesłane z troski pytanie „Jak tam żyjesz?”, gdy się przeziębiła, odebrała jako moją nadzieję, że „wreszcie umrze”.
Matka wciąż skarży się, że ze wszystkim musi radzić sobie sama. Niestety często tak jest. Nie dlatego, że jestem wyrodnym dzieckiem. Dlatego, że ona nie daje sobie pomóc. Najgorsze, że taką postawą rani nie tylko mnie, ale głownie samą siebie.
Kiedyś zabiłam wróbla. No, prawie ja. Bawiłam się z psami rzucając im kamienie. Podniosłam z trawy maleńki kamyczek, bo tylko taki został, rzuciłam i usłyszałam... PAC! To był wróbel, przez przypadek trafiłam w tego małego ptaszka, kiedy sobie wesoło latał nad podwórkiem.
Rzuciłam się biegiem mając nadzieję, że nic mu się nie stało, ale mój pies był szybszy. Złapał go zębami... I go zjadł. Może to głupie, ale do tej pory mam wyrzuty sumienia, że przyczyniłam się do tej zbrodni.
Ostrzegam, że będzie nieprzyjemnie. Nie powiedziałam o tym nawet własnej mamie.
Mam prawie 18 lat. Mój ojciec nie żyje już od ok. 5 lat. Był alkoholikiem, a w dodatku miał ogromne problemy z przemocą. Bił moją mamę, jak byłam mała. Mnie lał pasem po tyłku, jeśli oglądałam telewizje, a mi zabraniał.
Bicie pasem było okropne, ale jeszcze gorsze było podduszanie, co poskutkowało tym, że w kontaktach fizycznych z facetami panicznie boję się chwytania za szyję, mam wręcz wtedy łzy w oczach, dlatego mówię zawsze, że po prostu tego nie lubię.
Ogólnie mam mało wspomnień z tym podczłowiekiem, bo dosyć sporo wyparłam z siebie. Ale bardzo często przelatuje mi przed oczami scena, w której on trzyma mnie za szyje jak siedzę na kanapie w mieszkaniu jego matki, czyli mojej babci. Następnie pamiętam tylko moment, jak babcia krzyczy na cały regulator na niego, coś o policji, coś o więzieniu. Jak mówię, same urywki.
Jak byłam młodsza zapytałam babci, czy pamięta takie coś. Odpowiedziała mi, że wie o czym mówię i opowie mi tą historię jak będę starsza.
Tak więc ostatnio ją odwiedziłam i ponownie zapytałam o te urywki. To co mi opowiedziała, sprawiło, że pobiegłam do toalety zwymiotować, bo do tego stopnia mnie to obrzydziło, ale też przestraszyło.
Opowiedziała mi, że gdy weszła do pokoju Płodziciel trzymał mnie mocno za szyję, ściągając spodnie. A właściwie w momencie, w którym weszła do pokoju jego penis był parę centymetrów od mojej buzi.
Miałam wtedy 5 lat.
Rok temu rozstałam się z facetem mojego życia. To była najtrudniejsza decyzja w życiu i ciągle jeszcze dochodzę do siebie po tym zerwaniu. Niewielu wie dlaczego tak się stało, bo na zewnątrz stanowiliśmy parę jak z obrazka - wzajemne wsparcie, czułości, wzajemna pomoc, szacunek, podobne poczucie humoru i zainteresowania. Koleżanki zazdrościły mi tak wspaniałego partnera, jakim zdawał się być mój były chłopak. W oczach wielu znajomych uchodzę dziś za wybrzydzającą i stukniętą wariatkę, która nie wie,czego chce! Boli mnie ta opinia, bo swoje przeszłam w tym związku.
Prawda była bowiem inna. Mój wspaniały, opiekuńczy chłopak (miał wtedy 29 lat) miał ogromne problemy z... potencją. Nic nie pomagało: ani coraz większe dawki leków, ani kolejni neurolodzy, urolodzy czy chirurdzy. NIC. Zresztą, lekarze od początku mówili, że problem tkwi w jego głowie. Ale on na terapię zgodził się dopiero po dwóch latach, jednak potem przychodził na sesje coraz rzadziej, mi wciskając jakieś kolorowe wymówki. Domyśliłam się, że zrezygnował ze wsparcia i leczenia, bo nie chciał już nawet podejmować starań czy prób.
Zależało mi na nim niesamowicie, więc starałam się jak tylko mogłam, żeby w łóżku mógł poczuć się zrelaksowany i pewny siebie. Kupowałam seksowne fatałaszki, przebierałam się w jego ulubiony strój pielęgniarki, pieściłam, dotykałam i stawałam na głowie, a i tak seks mieliśmy mniej więcej raz na 2 miesiące i nie dłuższy niż kilkanaście sekund, bo tylko tyle mógł wytrzymać mój ukochany, jeśli w ogóle mógł... A im bardziej go kochałam i się starałam, tym bardziej rosła we mnie frustracja i poczucie że nie jestem dość dobra albo namiętna jako kobieta. (tutaj chcę nadmienić, że niczego mi fizycznie nie brakuje, mam dobrą figurę i odpowiednie kobiece krągłości, dbam o siebie i ćwiczę).
W końcu odeszłam od niego, bo zaczęłam snuć pożądliwe myśli o przypadkowych facetach poznanych np. w pracy. Nie chciałam go zdradzać.
Wszystkim znajomym mówię, że rozeszliśmy się, bo mieliśmy po prostu różne charaktery, nie chcę wywlekać przed nimi intymnych szczegółów. Ale niezasłużona opinia laski, co ma wymagania z kosmosu mocno mnie boli. Tym bardziej, że tęsknię za nim niesamowicie i nawet byłabym skłonna podjąć kolejną próbę, bo przepracowałam już większość złych emocji, ale niestety nie mamy żadnego kontaktu.
Chciałam opowiedzieć Wam tą historię anonimowo, bo w naszej kulturze o seksie się milczy, zamiata pod dywan, nie gada o nim nawet z przyjaciółmi. Chcę unaocznić mężczyznom, że nie warto udawać macho, tylko trzeba iść na terapię jak najszybciej się da! A jeśli czytały to kobiety o podobnych przejściach, to mam nadzieję, ze czujecie się teraz mniej osamotnione, niż ja przez cztery lata związku bez możliwości porządnego wygadania się...
Dodaj anonimowe wyznanie