#y5vvm
Mama dbała bym zawsze była najedzona, dobrze ubrana. Dbała o rzeczy materialne, ale nie o duchowe. Większość życia słyszałam, że nie jestem wystarczająco dobra. Gdy startowałam w sportowych zawodach, mówiła, że nie powinnam nastawiać się na zwycięstwo. Chcąc iść do najlepszej szkoły średniej w mieście, doradzała wybrać gorszą, bo w tej pierwszej sobie na pewno nie poradzę. Do 18. roku życia musiałam wracać do domu przed północą. Choć do dziś nie miałam w ustach papierosa, a do pełnoletności nie piłam wcale alkoholu, ona kompletnie mi nie ufała.
Do tego ciągłe wpędzanie mnie w poczucie winy. Moja matka nie umie prosić o pomoc. Zawsze twierdziła, że ja powinnam „się domyślić”, że ona potrzebuje w czymś pomocy. Domyślić się na przykład, jaki obiad danego dnia ugotuje i zrobić odpowiednie zakupy. Gdy się nie domyśliłam, obrażała się na dni, nawet tygodnie. Moje propozycje pomocy zbywała, później wyrzucając mi, że jestem wyrodną, egoistyczną córką.
Czułam się bardzo źle ze sobą, mimo że wiedziałam, że wielu rzeczy wcale nie jestem winna. Doszłam do wniosku, że muszę wyprowadzić się z rodzinnego domu dla własnego dobra psychicznego. Miałam już stabilną pracę i dochody pozwalające samemu się utrzymać. Plany poszły w odstawkę, bo matka zachorowała na raka.
Początkowo nie powiedziała mi o chorobie, „bo nie pytałam”. Jechała do lekarza, ale nie poprosiła, by jechać z nią. Później wyrzucała mi, że nie ma we mnie wsparcia. Gdy się dowiedziałam, musiałam wręcz się z nią kłócić, by pozwoliła mi sobie towarzyszyć w kolejnych wizytach. Rozmawiałam z lekarzami, spędziłam godziny w szpitalu, gdy miała operację, odwiedzałam regularnie podczas radioterapii w mieście oddalonym o ponad 200 km od tego, gdzie mieszkamy. Gdy dzwoniłam, że przyjeżdżam, słyszałam „Po co?”. Jechałam i tak.
Myślałam, że tragiczne doświadczenia choroby ją czegoś nauczyły. Niczego. Według niej ja wciąż nie pomagam, nie dbam o nią, a ona nie prosi o nic i zbywa moje propozycje pomocy. Nie było tygodnia, bym nocami nie płakała w poduszkę. Musiałam się wyprowadzić. Gdy doszła do siebie wynajęłam mieszkanie w tym samym mieście, choć planowałam wyprowadzkę do innego. By być blisko. Czy to coś poprawiło? Cóż, przesłane z troski pytanie „Jak tam żyjesz?”, gdy się przeziębiła, odebrała jako moją nadzieję, że „wreszcie umrze”.
Matka wciąż skarży się, że ze wszystkim musi radzić sobie sama. Niestety często tak jest. Nie dlatego, że jestem wyrodnym dzieckiem. Dlatego, że ona nie daje sobie pomóc. Najgorsze, że taką postawą rani nie tylko mnie, ale głownie samą siebie.
Dziewczyno, nie zastanawiaj się dłużej. Twoja matka to typowy wampir energetyczny, a od takich ludzi należy trzymać się z daleka.
Brzmi jak moja głupia babcia. Nie wytłumaczysz. Pogódź się z tym, idź.na terapię.
To znaczy zachowanie twojej matki przypomina zachowanie mojej babci, która jest toksyczna
zrozumieliśmy za pierwszym razem :D
A na terapię w jakim celu? Z tego co pisze, to ani się nie obwinia, ani jakoś przesadnie nie bierze do siebie. Ma dojrzałe podejście, jest jej przykro z powodu postawy matki, ale sobie z tym radzi i ma świadomość, że bardziej mama tym krzywdzi siebie niż ją. Nie wysyłamy wszystkich na terapię, nie każda sytuacja życiowa jej wymaga. No chyba, że masz na myśli matkę, jej terapia mogłaby się przydać, bo wydaje się że ani nie rozpoznaje poprawnie własnych emocji, ani potrzeb ani nie bierze za nie odpowiedzialności.
Na terapię np. w takim celu, by wreszcie wyrwać się ze szpon matki. Wiele osób przecież zdaje sobie sprawę z problemu, a mimo to nie potrafi znaleźć w sobie siły, by coś z tym zrobić. Dzięki terapii może uda się jej nabrać odwagi, by np. wyprowadzić się do innego miasta oraz nie próbować na siłę pomagać komuś kto tego nie docenia. A, no i znając życie, matka nie dałaby się namówić na terapię dla siebie, a autorka spędziłaby kolejne dni próbując ją przekonać i tylko czułaby narastającą frustrację i bezradność. Czasami chyba lepiej pomóc samemu sobie.
No bez przesady :)
Abstrahując od całości wyznania...
"Do 18. roku życia musiałam wracać do domu przed północą"... To takie straszne? Ja musiałam wracać przed 22. Kilka razy przy wyjątkowych okazjach było inaczej. I nie uważam tego za toksyczne. Nawet po 18 starałam się wracać najpóźniej koło północy, żeby zwyczajnie nie budzić i nie przeszkadzać innym.
Też mnie ten fragment zdziwił, bo podobnie przed osiemnastką byłam już o 22 w domu. Zdarzały się jakieś wyjścia na pierwsze osiemnastki, gdzie siedziałam do tej 4/5 nad ranem, ale bez zbytniej przesady.
W kontekście kolejnego zdania o kompletnym braku zaufania, wydaje mi się, że chodzi o to, że u niej nie było żadnych wyjątków. A nie jest fajnie być tym, który wychodzi z imprezy zanim ona się na dobre rozkręciła...
@Salondrina "wydaje mi się, że chodzi o to, że u niej nie było żadnych wyjątków" to sama nie wiesz jak u ciebie, autorko, było?
Cóż za złote rady, naprawdę. Autorko, jeśli czujesz potrzebę, powinność pomocy i opieki to to po prostu rób. Twoja mama pozostając w związku z alkoholikiem przywykła do tego, że musi sobie radzić sama, do przyjmowania pomocy nie przywykła. Niestety na słowa wdzięczności możesz się nie doczekać, albo dopiero po wielu latach.
Do 18 roku życia musiałaś wracać do domu przed północą? Co w tym dziwnego? Ja mam 19 lat, nadal muszę tak wracać i nie widzę w tym nic dziwnego. Młoda dziewczyna chodząca sobie w środku nocy sama to zły pomysł.
"Do 18 roku życia musiałam wracać do domu przed północą" no moja droga, to i tak miałaś dobrze. Moja córka, dopóki nie będzie pełnoletnia bedze wracać do domu przed 22.
Mamusia to pani Dulska. Takich jest więcej, nie jesteś sama.
Nigdy w życiu nie zrozumiem, jak można się tak komuś dawać. Byłam w kilku takich sytuacjach i kontakt ucinałam, jak tylko zauważyłam, że to nie prowadzi do niczego dobrego. Jak dla mnie to jest ściągnięcie samej siebie na dno.
Niektórym ludziom nigdy nie dogodzisz, przestań się tym przejmować szkoda Twojego czasu i nerwów nawet jeżeli jest to najbliższa rodzina.
No i tyle xd