Jest tylko jedno wspomnienie, przez które wciąż czuję zażenowanie swoją osobą.
Jako około trzynastolatka trafiłam na tydzień do szpitala na jakieś badania związane z astmą. Miałam na sali dwie dziewczyny w moim wieku i dziewięcioletnią dziewczynkę. Pewnej nocy znalazłyśmy w internecie numer do jakiegoś faceta i zaczęłyśmy się z nim namiętnie wymieniać SMS-ami. W końcu poprosił nas o zdjęcie nagiego tyłka, w zamian oferował wysłać swoje przyrodzenie. Dla nas, małych, ciekawych potworków, był to deal idealny, z tym że żadna z nas nie paliła się do wysyłania zdjęć swojej kochanej pupci. Koleżanki poddały się na samym starcie, ale ja po prostu nie mogłam odpuścić, więc zaczęłam gorączkowo myśleć. Zdjęcie z internetu nie wchodziło w grę, bałam się, że wyczuje podstęp.W przypływie desperacji wyskoczyłam z łóżka i zaczęłam ściągać spodnie, gdy koleżanka złapała mnie za ramię i wskazała ruchem głowy na śpiącą na brzuchu dziewczynkę. We trzy spojrzałyśmy po sobie i każda z grobową miną skinęła głową. Podeszłyśmy do tej małej, odkryłam ją, a koleżanka delikatnie zsunęła jej spodenki. Gdy teraz o tym myślę, nawet nie wiem, co byśmy zrobiły czy powiedziały, gdyby się obudziła, jednak udało się. Zdjęcie cyknięte i wysłane, a my potem mogłyśmy cieszyć się zdjęciem nagiego obcego faceta.
Dopiero teraz, po kilku latach uświadomiłam sobie, że to co zrobiłyśmy to przestępstwo i wciąż mam wyrzuty sumienia.
Potrąciłem ostatnio dzika. Auto mocno ucierpiało, ale nie w tym problem. Nie pozbierałem zwierza, nie robiłem zdjęć (nie mam autocasco, więc nie widziałem zwyczajnie potrzeby), zepchnąłem go do rowu i zapomniałbym o sprawie, gdyby nie fakt, że po kilku dniach dowiedziałem się, iż dokładnie tej samej nocy w mojej okolicy został potrącony jakiś człowiek, a sprawca uciekł. Nie muszę mówić, że wszyscy patrzą na mnie… dziwnie? Podejrzewam, że nikt nie wierzy w moją wersję i zostaje tylko czekać na wizytę smutnych panów…
Ostatnio powiedziałam mojemu mężowi, że "dzisiaj na obiad będą ślepe śledzie". Odpowiedział, że świetnie, bo lubi (co mnie trochę zaskoczyło, znając jego raczej niezbyt wegetariańskie gusta, ale nie wnikałam).
Słowem wyjaśnienia dla tych, którzy nie znają - to coś w stylu zalewy z m.in. śmietany i cebuli, takiej, jaką zwykle dodaje się do śledzi.
No i stawiam przed nim ten obiad, a on patrzy na mnie wybałuszonymi oczyma i pyta, gdzie są jego śledzie.
- No nie ma...
- Ale przecież mówiłaś, że dzisiaj na obiad śledzie.
- No ale ślepe śledzie...
- Ale mnie nie obchodzi, czy one będą widziały, ja chcę moje śledzie!
Moja mama podjęła w tym momencie tłumaczenia, że to takie śledzie bez śledzi, ale raczej niezbyt usatysfakcjonowały one rozczarowanego męża - bo on tak lubi śledzie, ja mu obiecałam, a on ich nie dostał.
Frustracja narosła na tyle, że pojechał po śledzia - coby go do tego "niedokończonego" obiadu dołączyć. Była większa, gdy wrócił bez, bo okazało się, że w całej okolicy się już tego dnia skończyły. Podsumował, że "wszyscy mają śledzia, tylko nie ja".
To jedna z tych historii, dzięki którym odzyskuję wiarę w ludzi.
Koniec pierwszego szkolnego semestru. Poranek nie zapowiadał się deszczowo, toteż ubrałam się lekko, na wierzch zarzuciłam kurtkę i pomaszerowałam do szkoły.
Tegoż dnia miałam zostać ze znajomym po lekcjach, by zaliczyć lekturę, od której zależały nasze oceny. Miałam na to 15 minut, bowiem odjeżdżał wtedy mój autobus, a kolejny w trasę wyruszał dopiero o 20. Oczywiście nie przewidziałam, że przyjdą tłumy, ale pomyślałam, że może uda mi się wejść jako jednej z pierwszych. Srodze się zawiodłam. Znajomy zaoferował się, że podwiezie mnie do domu, jeśli nie zdążę na autobus, więc spokojnie czekałam na swoją kolej. Gdy wybiła 15:30, nauczycielka po przepytaniu trzech osób stwierdziła, że już jej się nie chce siedzieć i wyszła. Ulotnił się też mój znajomy! Wkurzona postanowiłam złapać stopa. Gdy minęło mnie kilkanaście samochodów, a żaden się nie zatrzymał, uznałam, że wrócę o 20, ale, mając nieco czasu, pójdę do wsi oddalonej o 4 km, coby zaoszczędzić na bilecie. W połowie drogi zaczęło lać. Gdy doszłam, byłam całkiem przemoczona, a przystanek nie był zadaszony. W dodatku zapowiadało się na burzę. Przez półtorej godziny próbowałam złapać stopa, minęło mnie (tak, liczyłam) 57 samochodów... Miałam ochotę się rozpłakać. Zrezygnowana stałam na poboczu i marzłam. Nagle zobaczyłam nadjeżdżający autobus i wcale nie zdziwiło mnie, że jest pół godziny przed czasem. Nie przyjrzałam się mu dobrze, gdyż tego dnia zapomniałam soczewek. Zatrzymał się, więc niewiele myśląc wsiadłam. Kierowca spytał "dokąd?", więc podałam mu nazwę miejscowości i chciałam dać pieniądze. Uśmiechnął się i odparł, że właśnie wraca do zajezdni, a nie mógł patrzeć na to, jak stoję w deszczu.
Podwiózł mnie za darmo, choć mógł, jak reszta, mnie olać. :)
Jestem dziewczyną i uwielbiam jeździć motocyklem, jednak to co spotyka mnie na naszych drogach sprawia, że najlepiej czuję się za miastem albo tam, gdzie jest nieduży ruch.
Wszystko dlatego, że nie jestem, jak to się mówi, przysłowiowym "dawcą". To, że mam motocykl nie oznacza, że lubię zapier^%$#. Nie lubię. Muszę to robić. Oto kilka powodów dlaczego:
- Jadę dwupasmówką z ograniczeniem do 80, moja prędkość to jakieś 80-90, nie więcej, i za mną samochód prawie siedzi mi na oponie. Już zaczynam się czuć niekomfortowo, w dodatku to dość niebezpieczne, w tym wypadku bardziej dla mnie niż dla tego z tyłu. Więc przyśpieszam do 100, 110, ale panu z tyłu dalej jest za wolno. Zjechałam mu maksymalnie na prawo, żeby mógł wyprzedzić i wróciłam do prędkości 90. Wyprzedził i zaraz po nim pojawił się następny, który zrobił dokładnie to samo, czyli jazda na zderzaku i "poganianie". No ludzie. Przecież nie zjadę wam na pobocze.
- Trąbienie, bo ustępuję pieszym.
- Jazda motocyklem trochę jednak się różni od tego, jak się jeździ autem. W samochodzie na wiele rzeczy nie zwraca się uwagi, np. nierówna, wyfrezowana nawierzchnia. Kiedy taką widzę, to zwalniam, nie jakoś bardzo, ale na tyle, by bezpiecznie przejechać i się nie wywalić. Kierowcy w swoich puszkach tego nie ogarniają i tu wracamy do punku 2 - trąbienie.
- To, że szybciej ruszam spod świateł nie oznacza, że chcę się ścigać.
- Przyjęło się, że motocyklista nie stoi w korku. No zazwyczaj nie stoimy. Czasami jednak nie mam ochoty się przeciskać, bo np. jest zbyt ciasno. Większość kierowców też tego nie ogarnia i potrafią drzeć ryja z samochodów, że po co mi motocykl, skoro stoję za innymi.
- Już nie wspomnę o zajeżdżaniu drogi, spychaniu czy udawaniu "nie widzę cię", bo to norma.
Ludzie, to, że kupiłam sobie moto naprawdę nie oznacza, że mam zasuwać po mieście dwie paki, że mam lawirować między autami i pokazywać jaki to ze mnie król szos tylko dlatego, że tak się przyjęło. Dodam na koniec, że jeżdżę ścigaczem i zauważyłam, że przy jeździe chopperem ww. punkty nie istnieją. Zupełnie inna kultura jazdy.
Od jakiegoś czasu mieszkam sam z moją 6-letnią córką. Moja żona zginęła w wypadku. Nie sądziłem, że tak ciężko będzie mi podołać zwykłej codzienności i ogarniać obowiązki – i to jeszcze w taki sposób, by mała nie zorientowała się, że cierpię.
Wczoraj miałem chyba jakiś kryzys, bo popłakałem się, gdy natknąłem się na rękawiczki mojej zmarłej żony.
Zuzia podeszła do mnie i powiedziała, że mnie bardzo kocha. Po prostu. Tyle wystarczyło, by zebrać w sobie kolejną dozę siły. Dzięki mojej córeczce wiem, że dam radę ze wszystkim.
Mój tata nie miał wyższego wykształcenia. Nie dlatego, że nie chciał. Był nawet bardzo pilnym studentem, ale plany pokrzyżował mu jego młodszy brat - Szymon. Podczas gdy mój rodziciel pilnie się uczył, braciszek słodko się opierniczał. Były już wakacje, więc miał sporo wolnego czasu, który spędzał grając w nogę z kumplami i próbując wymknąć się z domu na noc. „Próbując”, bo rodzice uznali, że będący wówczas w drugiej klasie liceum Szymon musiał zawsze wracać do domu przed 22. Kiedy już wszystkie pomysły na wydłużenie sobie imprez zawiodły, brat mojego pilnie uczącego się taty wychodząc wieczorem na balangę przesunął wszystkie zegarki w domu o godzinę do tyłu. Pech chciał, że następnego dnia rano obronę pracy magisterskiej miał mój ojciec. Kiedy więc dotarł do sali, wystrojony niczym kogut na otwarcie kurnika, okazało się, że jedyne co może zrobić to pocałować klamkę.
Tatko bardzo się na swojego brata wkurzył. Ponoć nawet spuścił mu łomot. Jednocześnie też kategorycznie odmówił kolejnej próby podejścia do obrony. Nikt właściwie nie wie dlaczego.
Czemu przypomniała mi się ta rodzinna historia? Ano temu, że po ponad czterech dekadach od tamtych wydarzeń, mój tata wreszcie obronił swoją pracę. W tajemnicy przed wszystkimi. Dowiedziałam się o tym, kiedy wczoraj wpadł do domu w garniturze, chwycił za telefon i gdzieś zadzwonił. „Szymon? Ty ryży ch#ju!” - rzekł. - „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! Mam dla ciebie prezent. Oprawię ci go w ramkę i powieszę nad łóżkiem!”.
Dopiero wtedy zobaczyłam, że trzyma w dłoniach dyplom ukończenia studiów!
Końcówka lat 90., piękne, upalne lato, 3 klasa liceum. Z przyjaciółką postanowiłyśmy autostopem wybrać się na letnisko do naszej koleżanki - jakieś 200 km od Warszawy. Jako nastolatki nie miałyśmy problemu ze znalezieniem podwózki.
Na którymś z etapów podróży zatrzymał się rozklekotany polonez i starszy chłop zaproponował, że podwiezie nas jakieś 15 km, bo potem odbija gdzieś na jakąś wieś. No to my, że dziękujemy pięknie, oczywiście, chętnie, sra ta ta ta. Rozmowa się średnio klei, dziad małomówny. Ale my w doskonałych humorach. Koleżanka siedzi z przodu, prowadzi z dziadem jakąś konwersację o dupie Maryni. Ja w tym polonezie na tylnym siedzeniu, guzik słyszę, bo to przecież czołg, wszystko skrzypi, silnik warczy, wiec siedzę cicho. Nagle dziad odwraca głowę, przekrzykuje warkot silnika i do nas, że może nas jednak podwieźć dalej jeśli chcemy - reszty nie słyszałam, bo odwrócił głowę. Wydało mi się to bardzo miłe, wiec mu odkrzyknęłam z tylnego siedzenia, że "nie chcemy nadużywać pańskiej uprzejmości, bardzo pan miły i dziękujemy za propozycję". Moja koleżanka odwróciła się do mnie z niedowierzaniem w oczach, ryknęła na dziada, żeby zatrzymał auto i kazała mi wysiadać.
Dziad odjechał w tumanie kurzu, a ta jak nie ryknie na mnie, stojącą z głupim uśmiechem na środku drogi:
- Ty chora kretynko, ty normalna jesteś?!
- No ale co?! Czego się drzesz!? Podziękowałam tylko, po co wysiadłyśmy?!
- Debilko ty, on powiedział, że nas podwiezie, jak zatrzymamy się w lesie na szybki numerek! A ty do niego, że "nie chcemy nadużywać pańskiej uprzejmości", kurna mać!
I straszno, i śmieszno.
Wybrałam się ostatnio z moją niemą mamą na drugi koniec miasta. Tak się składa, że jest ona obecnie w czwartym miesiącu ciąży, chociaż jeszcze aż tak bardzo tego po niej nie widać.
Jechałyśmy tramwajem, akurat nie było żadnego wolnego miejsca, więc stoimy. Obok nas (na najbliższych siedzeniach) siedziała grupka starszych pań.
Nagle mama miga do mnie, że źle się czuje, więc zaraz poprosiłam panie obok, żeby ustąpiły miejsca, bo mama jest w ciąży i może się to niedobrze skończyć, jeśli zaraz nie usiądzie.
Nigdy nie spotkałam się z takim buractwem. Miło wyglądające babcie zaraz zaczęły nas wyzywać, że jesteśmy leniwe, że kłamiemy, że taka młoda to nie może być moja matka, więc mam przestać ściemniać (wyglądamy bardziej jak siostry, ale no cóż), że one nie będą ustępować, bo pewnie je jeszcze okradniemy (?)!
Mama miga, że zaraz nie wytrzyma, więc ja już z łzami w oczach rozglądam się za kimś, kto by ustąpił, ale ludzie tylko się gapią (zaznaczę tutaj, że jestem osobą bardzo nieśmiałą, więc ciężko jest mi w ogóle odezwać się do obcych).
No i mama w końcu nie wytrzymała. Obrzygała siebie, mnie, kolana (i pieska) tamtych pań, a to co wylądowało na podłodze, rozchlastało się chyba na pół wagonu.
Mieszkam z mamą w kamienicy. W mieszkaniu pod nami rezydują właściciele budynku, z którymi moja mama jest w przyjacielskich stosunkach.
Pewnego letniego dnia poszłam się umyć. Ledwo weszłam pod prysznic, ledwo zdążyłam się zmoczyć, gdy moich uszu dobiegł dzwonek do drzwi. To była właścicielka. Powiedziała mamie, że woda od nas przeciekła i zalewa im kuchnię. Szybko przypomniałam sobie, że zamek w łazience jest uszkodzony, więc rzuciłam się ku klamce, przytrzymując ją, żeby nikt nie wszedł. Po nerwowej wymianie zdań pomiędzy mną a rodzicielką wyszłam z szamponem na włosach, odziana w ciuchy, które miałam akurat pod ręką. Sąsiadka zaproponowała mi dokończenie kąpieli u nich. Zgodziłam się.
Poszłyśmy. Przekroczyłam próg mieszkania, po czym udałam się w stronę łazienki, standardowo jej nie zamykając, bo przecież i tak nie działa zamek. Jak ja się myliłam...
W pewnym momencie usłyszałam, że ktoś wszedł do łazienki.
- Halina! Widziałaś gdzieś moje majtki? - głos mężczyzny dobiegł mych uszu, a ja skurczyłam się w sobie ze strachu. Cisza.
- Halina! Co z tobą? Przecież słyszę, że znowu się pluskasz! - ponownie go słyszę. Zbliża się. Jest coraz bliżej. Zebrałam się w sobie i leciutko wychyliłam głowę za kotarę, starając się nie odkrywać niczego prócz głowy.
- Ale ja nie jestem Halina - powiedziałam cichutko w stronę zdziwionego mężczyzny.
W życiu nie widziałam, żeby ktoś tak szybko uciekał. :D
Po wyjściu z łazienki ten pan otworzył mi drzwi frontowe. Ja stamtąd nie wyszłam. Ja wkraczałam w nadświetlną.
Dodaj anonimowe wyznanie