Pierwszy tydzień moich praktyk, pracowałem akurat na zewnątrz z majstrem. Na początku trochę pogadaliśmy, a potem w ciszy każdy wykonywał swoją pracę, ja po jednej stronie auta, on po drugiej.
Nagle do płotu zaraz obok miejsca naszej pracy podszedł jakiś psiak, zagadałem do niego "no co tam, mordo?" i po sekundzie usłyszałem, jak zniesmaczony majster mówi, że wszystko w porządku...
Na szczęście pies nie zwiał i dało się to wytłumaczyć :D
Z L. byłam 5 i pół roku. Związaliśmy się niedługo po mojej maturze. Pierwszy poważny związek, pierwsze kroki w dorosłym życiu. Przeprowadził się za mną do innego miasta. Szybko zamieszkaliśmy razem.
Był specyficzny, miał problematyczną historię rodzinną, nie potrafił rozmawiać. Po kilku latach mówił, że go nauczyłam emocji. W poprzednich relacjach podczas kłótni uciekał, wychodził z domu. Przy mnie tego nie robił. Wychodziłam z założenia, że komunikacja to podstawa i rozmową da się wyjść z każdej trudnej sytuacji.
Po pięciu latach z hakiem coś się zaczęło sypać. Ustaliliśmy, że zmienimy różne elementy "by żyło się lepiej". Ja się wzięłam za siebie, on też. Któregoś dnia usiadł ze mną i powiedział: "Uważam, że powinniśmy zamieszkać oddzielnie". Potraktowałam to jako komunikat o rozstaniu. I gdybym dostała potwierdzenie, że on też to tak traktuje, to byłoby ok. Pocierpiałabym chwilę i się otrząsnęła. Tak, jak mówiłam, nie był to najbardziej kolorowy nasz okres.
Niestety. Zaczął mi tłumaczyć wtedy, że to nie tak. Że uważa, że gdy zamieszkamy oddzielnie, zaczniemy się na nowo starać, chodzić na randki. Wiem, że to głupie, ale uwierzyłam. Niedługo potem znalazłam pokój, spakowałam się, przeniosłam. On nie pomógł, bo pracował. Został jeszcze jakiś czas w dawnym mieszkaniu.
Na przestrzeni następnych dni rzucałam żartobliwe pytania, typu "Czy zamieszkamy kiedyś jeszcze razem", na co odpowiadał z wyrzutem, że oczywiście, tylko już w innym charakterze (małżeństwo). Spotkaliśmy się dzień po mojej przeprowadzce, powiedział, że za mną tęskni, że beze mnie jest strasznie pusto. Mi też było ciężko, ale tak mnie utwierdzał w przekonaniu, że to dla naszego dobra, tak przekonywał, że mnie kocha, że na przestrzeni tych ostatnich kilku tygodni wznosiłam się i kochałam jeszcze bardziej.
Pamiętam to dokładnie: Był czwartek. Jak gdyby nigdy nic, trzymaliśmy się za ręce. Gdy się rozstawaliśmy powiedział patrząc mi głęboko w oczy, że mnie kocha. Następnego dnia wyłączył telefon. Myślałam, że coś się stało, w mieszkaniu go nie było.
Chodziłam praktycznie po ścianach, ryczałam. W sobotę włączył telefon. Poprosił o spotkanie. Powiedział, że wczoraj był super dzień, że pojechał na jakiś survival i jeździł jeepem(!). I że uważa, że powinniśmy się rozstać, bo on "chce żyć". Umarłam.
Przez następny rok nie mogłam się otrząsnąć.
Dowiedziałam się potem, że zazębiłam się z jakąś laską. Był z nią już kilka miesięcy wcześniej. Jej powiedział, że nam się nie układa. Mnie utwierdzał w przekonaniu, że będziemy razem już zawsze.
Teraz jestem w kilkuletnim, szczęśliwym związku. L dla mnie umarł w tamtą sobotę. Zdradą gardzę i żadnej nie zrozumiem.
To, co dalej robił - mieliśmy jeszcze 2 spotkania + podrzucenie mi pod drzwi reszty rzeczy, to inna historia.
Zastanawia mnie, jak to możliwe, że w praktycznie każdym wyznaniu osób żalących się na aspołeczność/introwertyzm (taki skrajny)/nieśmiałość pada sformułowanie w stylu: na szczęście mam chłopaka i grono przyjaciół/mój chłopak stara się mnie wspierać/mogę zawsze liczyć na chłopaka i przyjaciół/ moi przyjaciele są ze mną, choć wiem, że męczy ich moja fobia społeczna itp. Tylko jakim cudem? Znam sporo osób, które są mega ekstrawertykami i jakoś mają problem ze znalezieniem chłopaka/dziewczyny, bo nagle przy tej jednej osobie zapominają języka w gębie, albo stresują się i gadają głupoty, a tutaj nagle dziewczyna, dla której wielkim problemem jest zapytanie o coś ekspedientki w sklepie - jest w związku?
Tak samo, mam jedną przyjaciółkę, która chodzi na terapię ze względu na fobię społeczną. I ma w zasadzie tylko mnie- a wynika to z faktu, że znamy się całe życie i wiem, że kiedy już wyjdzie ze swojej skorupy jest cudowną osobą. Ale chłopak i grono znajomych? Kiedy z nią o tym rozmawiałam, stwierdziła sama, że:
a) Nie chciałaby się pakować w związek, w którym jej problemy przytłaczałyby drugą osobę;
b) Najpierw chce jakoś ogarnąć samą siebie i swoje zdrowie psychiczne, bo wie, że nawet nie fobia społeczna, ale już skrajna nieśmiałość potrafią utrudnić życie;
c) Jedyną opcją, żeby w ogóle kogoś poznała jest internet, ale i tak zajęłoby to bardzo, bardzo dużo czasu nim zdecydowałaby się przenieść taki związek do realu.
I tak, może te osoby mają przyjaciół z dzieciństwa, którzy zdołali je do siebie przekonać, może ten chłopak to jakiś cud, na tyle wrażliwy, żeby dostrzec wewnętrzne piękno tej nieśmiałej szarej myszki, ale prawdę mówiąc myślę, że jedyne wyjaśnienie w jakie da się uwierzyć to to, że te dziewczyny albo nie są tak aspołeczne jak piszą, albo są po prostu bardzo ładne i ich "przyjaciele" i chłopak podchodzą do sytuacji na zasadzie - a może boi się odzywać i nienawidzi miejsc publicznych, ale fajna laska, warto się z nią pokazać. A na niegrzeszącą urodą, prawdziwą szarą myszkę nikt nie zwróciłby uwagi, co ją by zresztą zadowoliło, jako, że nie umie rozmawiać z ludźmi.
Przestroga dla nastolatków lubiących zwiedzać stare, opuszczone budynki.
Historia miała miejsce kilka lat temu, jak miałem 15 lat. Razem z kilkoma kolegami z klasy (było nas 6-7) wybraliśmy się na wagary i poszliśmy do starej cegielni. Na terenie cegielni znajdował się hangar, w którym było mnóstwo cegieł i desek, z których zbudowaliśmy sobie bazę w środku samego hangaru. Ale do rzeczy.
W jednym miejscu było takie jakby okno, przez które w poprzek przebiegał pręt. Postanowiłem się na nim pobujać i odkryłem, że przy bujaniu cała ściana się rusza. Gdy koledzy to zobaczyli, to jeden z nich postanowił, że będzie się bujał aż ściana się zawali... Tak... głupi pomysł. Próbowałem mu to wytłumaczyć, ale się uparł. No i w pewnym momencie nastąpiło nieuniknione. Cała ściana sporych rozmiarów się rozsypała, a dosyć drobnej budowy kolega został dosłownie przygnieciony przez stertę gruzu. Gdy to zobaczyliśmy, część stała wryta i patrzyła z niedowierzaniem, jeden nawet już uciekał, a ja z jednym kolegą od razu pobiegliśmy w jego stronę. Zdążyliśmy zrobić kilka kroków i zobaczyliśmy, jak ze sterty gruzu przygnieciony kolega wychyla zakrwawioną głowę i śmiejąc się krzyczy "nic mi nie jest". Prawdopodobnie uszedł z życiem tylko dlatego, że ściana była wykonana z suporeksu (czy jakoś tak się nazywały te lekkie, chyba gipsowe pustaki), co w sumie dziwne, bo po tak starej konstrukcji spodziewałbym się zwykłych cegieł, ale mimo tego zaraz po wygrzebaniu go z gruzów mina mu zrzedła. Adrenalina przestała działać i poczuł, że wszystko go boli. Na szczęście jeden z kolegów mieszkał 5 minut drogi stamtąd i udało nam się go tam zaprowadzić. Obmyliśmy i opatrzyliśmy prowizorycznie rany. Skończyło się na zniszczonych ubraniach, siniakach i mocnych zadrapaniach, ale do teraz myślę co by było, jakby ta ściana była ze zwykłych cegieł.
Mam nadzieję, że dzięki temu jakiś nastolatek zastanowi się dwa razy, zanim wejdzie do opuszczonego, grożącego zawaleniem budynku.
W odróżnieniu od większości Anonimowiczów, nie byłam bystrym dzieckiem.
Jak byłam mała, to wszyscy mieli mnie gdzieś.
Do tego stopnia, że kiedyś, gdy miałam ok. 4 lata, rodzice poszli gdzieś na noc. Wstałam rano i byłam głodna, a w domu nie było nic na sucho. Chciałam popisać się, jaka to już jestem dorosła, a widziałam, jak mama robi często jajecznicę na śniadanie. Tak więc przystąpiłam do smażenia. Poodkręcałam kurki i próbowałam zapalić gaz (stary typ kuchenki, trzeba było to zrobić zapałkami). Oczywiście nic przy tym nie podpaliłam (oprócz kosmyka włosów), więc poszłam na ogród bawić się z psem. Ale kto by się przejmował jakimiś tam odkręconymi kurkami?
Tak, spowodowałam wybuch gazu. Po powrocie rodziców (dom na wsi, nikt nie zauważył do ich przyjazdu) miałam taką jesień średniowiecza, że jak sobie przypominam, to do tej pory mam ciarki.
Ostatnio zaczęłam się zastanawiać co się dzieje z ludźmi, a już w szczególności z kobietami. Powiedzcie mi, proszę, bo nie rozumiem, nie jestem w stanie tego pojąć. Skąd nagle takie społeczeństwo, za przeproszeniem, debili? Czy tak było od zawsze? Czy to powszechny dostęp do internetu i fakt, że każdy ma prawo z niego korzystać przyczynił się do wyjścia na światło dzienne intelektualnych ameb?
Do czego zmierzam: chyba większość z nas widziała komentarz na profilu pewnego marketu "czy można złożyć SYBI". Oczywiście chodziło o CV. Nie wiem, czy to fejk czy prawda, ale kurczę, czy ta osoba naprawdę nigdy w życiu nie spotkała się z pojęciem CV? W szkole już tego uczą, a i w dorosłym życiu nie raz spotykamy się choćby z tym słowem... A matki polki od świętego internetu? Użeczko, lurzeczko, przeczkole, roweryk, jusz, spszedam... No ja rozumiem, nikt nie musi być zaraz profesorem Miodkiem, ja też może nie jestem orłem ortografii, ale do jasnej Anieli, te kobiety mają dzieci! Te kobiety będą tym dzieciom pomagać w lekcjach i te kobiety będą wychowywać idiotów! Co taki rodzic ma do przekazania dziecku? Rodzic, który nie umie się wysłowić, rodzic, który ciągle mówi "daj", rodzic, który nie zna znaczenia podstawowych słów, rodzic, który przez swój dołek intelektualny będzie ciągnął dziecko w dół, zamiast pomóc mu wzbijać się na wyżyny ambicji i osiągać sukcesy, nie tylko zawodowe, ale i własnego rozwoju. Później chodzi takie dziecko, z lichym zasobem słownictwa, niedoceniane przez nauczycieli, sfrustrowane, że inni mają lepiej, zamknięte w sobie, bo pani w szkole nie widzi potencjału, który od najmłodszych lat powinien być wspierany przez rodziców, z marną wyobraźnią i kłodą pod nogi na start... Żal mi tych dzieci i żal mi tych rodziców.
Dwa lata temu w wyznaniu nr N7K0g opisałam pewną historię mojego dzieciństwa. Krótko mówiąc - molestował mnie wieloletni partner mojej mamy, a ja przez całe życie bałam się jej powiedzieć, komukolwiek powiedzieć. Nawet gdy po wielu latach mama zakończyła z nim związek, nic nie powiedziałam co mi robił. Do dziś nikt nie wie, wstydzę się i nie wiem, czy kiedykolwiek komuś powiem. Po co to przypominam? Kilka dni temu dowiedziałam się od mamy, że ten człowiek zmarł. Miał operację i zmarł z powodu jakichś powikłań. Cieszę się z tego. Cieszę się w głębi duszy, że nie żyje. Bo nie mogę tego pokazywać, nikt nie wie jakim był złym człowiekiem, a że o zmarłych źle się nie mówi, to nie mogę się cieszyć jawnie. Odetchnęłam z ulgą, że w końcu po wielu latach modłów i życzenia mu śmierci w końcu to moje życzenie się spełniło. Wiem, że nie powinno się nikomu życzyć śmierci, ale ten człowiek zniszczył mnie i moje życie i ogromnie się cieszę, że w końcu gryzie glebę.
Moja mama nigdy nie lubiła mojego męża. Mimo że jesteśmy razem ponad 15 lat, z czego 8 lat po ślubie, mamy trójkę dzieci, wspólnie założyliśmy i prowadzimy dobrze zarabiającą firmę, a niedawno wybudowaliśmy własny dom, mama wciąż przy każdej okazji namawia mnie, żebym go rzuciła, bo przy nim "tylko się marnuję i stać mnie na kogoś lepszego".
Nigdy mu o tym nie powiem.
"Madki zawsze najmądrzejsze"
Byłam kiedyś w sklepie po pieluchy 4, bo była promocja na więcej opakowań.
Gdy kasjerka zobaczyła ilość kupowanych przeze mnie pieluch, stwierdziła, że powinnam nauczyć dziecko wołać na nocnik.
Powiedziałam tej pani, że moje dziecko jest niepełnosprawne i nie chodzi. Ona na to, że jej znajoma też tak miała i jak nauczyła wołać na nocnik, to zaczęło chodzić.
Nie wiem kto okazał się głupszy w tej historii, kasjerka, co przypisywała boskie moce nocnikowi, czy ja, naiwna (bo w to uwierzyłam i kupiłam nocnik).. :P
Chcę napisać o życiu z moim niepełnosprawnym bratem.
Ja mam prawie 18 lat, Karol 22. Urodził się z rozszczepem kręgosłupa i wodogłowiem. Jest na wózku, od pasa w dół nie ma czucia, ale ręce ma sprawne. Umysł (podobno) też.
Co istotne, ja jestem wpadką. Karol to oczko w głowie rodziny. Owinął ich sobie dookoła palca, zwłaszcza rodziców. Non stop słyszy, jaki jest cudowny, wspaniały i wyjątkowy. Ja od małego we wszystkim się musiałem podporządkowywać.
Szliśmy na spacer i chciałem wziąć rower? Nie, bo Karolek nie może jeździć na rowerze i będzie mu przykro, jeśli ja pojadę. Chciałem chodzić na karate? Nie, bo Karolek nie może. Wyjazd na wycieczkę? Tylko jeśli nauczyciele się upierali, bo Karolek nie może. Wyjazd na kolonie? Nie, bo Karolek nie może.
Wszystko uchodzi mu na sucho. Wrzeszczy, klnie, wyzywa wszystkich i rzuca tym co ma pod ręką? Na pewno ktoś niedobry go zdenerwował.
Biedaczek nie ma znajomych? To ludzie są źli i nietolerancyjni! A że Karolek uważa się za alfę i omegę i wszystkim daje to do zrozumienia, to już szczegół. A że o swoich znajomych ze studiów mówi jako o idiotach i debilach... przecież każdy kto czasem pójdzie na imprezę jest głupi jak but, no nie?
Ma kiepskie wyniki na studiach? Wszystko przez złych wykładowców.
Każda dziewczyna, która da mu kosza jest puszczalską szmatą. On i rodzice w ogóle nie ogarniają, że nie każda dziewczyna ma ochotę być z gościem na wózku, który musi mieć cewnik i pampersy. O tym, że jest bucem nie wspominając.
Nie mogę się doczekać wyprowadzki. Mieszkamy w mieście studenckim, ale na pewno przeprowadzę się do innego miasta.
Rodzina jest przekonana, że w przyszłości zajmę się bratem. Nie ma takiej opcji. Zawsze był dla mnie okropny, a ja nie zamierzam być darmową pielęgniarką. Niech sobie robią co chcą.
Dodaj anonimowe wyznanie