#IJloi

Pewnego razu weszłam do tramwaju i usiadłam na wolnym miejscu. Chwilę później obok mnie pojawiła się ciężarna kobieta, a z racji dobrego wychowania postanowiłam ustąpić jej miejsce. Szybko wstałam i wskazując miejsce powiedziałam: "Proszę usiąść!". Nie byłoby w tym wyznaniu nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że kobieta zapytała: "Dlaczego?".

Jak się pewnie domyślacie, kobieta wcale nie była w ciąży.
Powiedziałam tylko "A dlaczego nie?", po czym oddaliłam się na drugi koniec tramwaju.
Chciałam wysiąść, ale tramwaj zdążył ruszyć.

#MjrZH

Początek 1 klasy liceum. Muszę przyznać,  że jestem osobą dosyć nieuważną, kilka razy dziennie potrafię wejść w ścianę, lodówkę, etc.

Pewnego sobotniego poranka, gdy byłam na spacerze z moim pupilkiem, dostrzegłam w oddali moją nową koleżankę z liceum. Chciałam być bardzo miła, więc postanowiłam do niej pomachać, a ona odwdzięczyła mi się tym samym gestem. Pomyślałam, że mogłybyśmy chwilę porozmawiać i przy okazji lepiej się poznać, więc zdecydowanym krokiem ruszyłam ku Oli. Gdy się spotkałyśmy, zaczęłyśmy rozmawiać o nowej szkole, jakich przedmiotów się obawiamy. Rozmowa trwała 10 minut, gdy nagle Ola powiedziała: ''Słuchaj, Gosia, muszę już lecieć''. Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że nie mam na imię Gosia...

Od słowa do słowa i okazało się, że Ola też nie miała na imię Ola, a także nie chodziłyśmy do tych samych szkół. Obydwie pomyliłyśmy siebie z innymi osobami...

#7ok1T

Kiedy miałem z 7-8 lat, moja mama próbowała nauczyć mnie jeździć na rolkach. Moja miłość do poczucia równowagi była raczej jednostronna, więc wywalałem się praktycznie za każdym razem. Po kilku godzinach jazdy, posiniaczonych kolanach i zdartych rękach mojej mamie puściły nerwy i popchnęła mnie na tyle mocno, że poleciałem ładne kilka metrów do przodu. Nie wiem jak, ale skręciłem obie kostki. Kiedy ja płakałem na ziemi, ona stała nade mną i się śmiała. Dopiero po paru minutach chyba doszło do niej co zrobiła, więc pozbierała mnie z ziemi i zaczęła uspokajać.

Teraz, gdy po prawie 20 latach przypominam jej o tym, ona się tego wypiera i mówi, że nic nie pamięta. Ale ja pamiętam i nigdy nie zapomnę. Już nigdy w życiu nie wejdę na rolki ;)

#qgfG3

Mam dość, naprawdę wymiękam.

Pracuję... dużo, ciężko... Mam skończone szkoły, kursy. Mam kredyt na mieszkanie, całe 50% wartości mojej nieruchomości jest w kredycie. W sumie to ja nie pracuję, ja tyram. Spłacam kredyt, zapłacę rachunki, czasem kupię coś sobie i tu mnie wku#w total bierze...

Moje sąsiadki z dziećmi siedzą w domu - nie dlatego, że pracy brak, tylko dlatego, że po co pracować!? Skoro PAŃSTWO ŁASKAWE DA! Co tydzień są u kosmetyczki - a to pazurki muszą zrobić, bo przecież dziecko trzeba wychować i mieć ładne paznokcie, a to rzęsy...
A ja TYRAM na 500+, TYRAM, by moje nieroby sąsiadki miały na kosmetyczkę, fryzjera, nową torebusię... Podczas gdy ja nawet do lekarza na NFZ nie mogę się dostać, bo na marzec 2020 dopiero wolne miejsca, a kosmetyczka u mnie raz na kwartał, aby budżetu nie przekroczyć...

Ludzie, o co chodzi w tym kraju?!?!? Serio zaczyna mi być wstyd, że mimo że pracuję, ledwo starcza... Wiem, wiem, mogę mieć nawet 5 dzieci, ale co jak kiedyś to 500+ się skończy? Myślę niestety długofalowo. A może to błąd?

#R9j1k

Ostatnio śniło mi się, że mój narzeczony zdradził mnie z moją najlepszą przyjaciółką. W przypływie głupiego humoru napisałam mu SMS-a z wyrzutami, jak mógł mi to zrobić itp. I poszłam spać dalej. Jakie było moje zdziwienie, gdy po przebudzeniu zobaczyłam masę nieodebranych telefonów, SMS-ów od tych dwóch najbliższych mi osób, wszystkie wiadomości były podobne - "To był tylko raz, nigdy więcej się nie powtórzyło, miałaś się nigdy nie dowiedzieć". Na początku myślałam, że równie głupio jak ja sobie zażartowali, ale kiedy mój narzeczony wrócił z pracy z kwiatami, błagając na kolanach żebym go nie zostawiała, zrozumiałam, że to nie żart.

Z jednej strony żałuję, że się dowiedziałam, ale z drugiej....

#auaCr

Mam dziesięcioletnią szwagierkę. Chociaż jest w takim wieku, że mógłbym być jej ojcem, to całkiem nieźle się dogadujemy i nieszczególnie nam przeszkadza w podtrzymywaniu rodzinnych relacji to, że mieszkamy jakiś 1000 km od siebie i widujemy raz, góra dwa razy do roku, jak wpadniemy na urlop do Polski. No i dzięki temu dobremu kontaktowi wiem, że w szkole pastwią się nad nią inne dzieciaki. W domu ma jeszcze gorzej - rodzice uważają, że jak dziecko ma "azyl w domu", to się psuje, więc też po niej jadą jak po łysej kobyle. Za najlepszą motywację uznają wyzwiska i groźby. Takie tradycyjne teksty o tym, że nigdy męża nie znajdzie, jak się będzie zachowywać tak a nie inaczej, że brzydka, że krzywe nogi, że nic dziwnego, że koleżanek nie ma itd. itp. Dziewczyna od roku opowiada, że chce się zabić i nie wiemy jak pomóc.

Rozmowa ze starszym bratem, który mieszka z nimi? Nic nie da - chodzi na paluszkach, żeby tylko nie wywołać rodzicielskiej wściekłości i stara się tak chyłkiem dotrwać do osiemnastki.

Rozmowa z rodzicami powoduje tylko, że wszyscy domownicy słuchają wrzasków ojca przez kolejny tydzień, jak to wszyscy robią mu na złość, nikt nie docenia, a dzieci najgorsze. Matka w takich sytuacjach magicznie znika w kurniku, chlewiku czy innych miejscach, w których rolnik może sobie zniknąć.

Rozmowa z częścią rodziny, która mieszka bliżej? Nie widzą problemu i/lub nie chcą się wtrącać.

Donos do opieki społecznej? Efekt taki jak powyżej - ojciec drze się tydzień, matka się ulatnia, żeby tego nie słuchać. Ludzie z opieki zażądali wprawdzie konkretnych działań, ale nie zjawili się sprawdzić, czy zostały podjęte. Kolejny donos, że nic się nie zmieniło został zignorowany.

Szkoła? Nie mamy kontaktu bezpośrednio do wychowawcy, pedagoga ani dyrektora. Jest tylko numer do sekretariatu, w którym pracuje sąsiadka, serdeczna przyjaciółka rodziców. Kategorycznie odmawia przekazania sprawy dalej i przełączenia rozmowy do dyrektora, podania maila do pedagoga lub dyrektora, bo "szkoła nie może się mieszać w rodzinne sprawy"... a potem biegnie do mojej teściowej wszystko opowiedzieć, co wywołuje kolejną sytuację jak wyżej.

Dzieciak błaga już przy każdej okazji, żeby przyjechać i ją zabić, żona płacze z bezradności, a ja mam ochotę pojechać tam i pozabijać pół wsi.

Nie wiem co możemy zrobić, jak pomóc. Jakieś dobre rady, które nie spowodują, że zgniję w więzieniu?

#wzD2h

Historia miała miejsce jakieś 3 lata temu. Początki związku (teraz już z moim eks). Jego rodzice zaprosili nas na obiad, bo bardzo chcieli mnie poznać. Było w sumie miło i sympatycznie, niepotrzebnie się stresowałam.

Po obiedzie siedzimy sobie w salonie, gdy nagle "pani mama" poszła do toalety. Niby nic nadzwyczajnego, w końcu normalna rzecz, ale toaleta była tuż obok salonu i nagle rozległ się potężny pierd. Normalnie jakby tajfun gdzieś przeszedł, rozgniewał się Zeus, zawalił się sufit czy coś tam jeszcze. Każdy oczywiście udaje, że tego nie słyszał i rozmowa toczy się dalej. Myślę sobie - kurde, pewnie teraz babeczka się speszyła, będzie jej strasznie głupio wyjść... pewnie nie chciała tak głośno, a tu takie zaskoczenie, wzięło ją znienacka..
A tu nagle pani mama wychodzi uradowana i uchachana i mówi:
"O kurde! Też to słyszeliście?! Chyba sąsiadowi du*ę rozerwało!".

#spW5X

Chciałam podpytać lekarza, czy mogę podwiązać jajniki. Ot, instynktu macierzyńskiego nie mam, dzieci lubię, ale na matkę się nie nadaję, moja opinia się raczej nie zmieni. Jaka jest odpowiedź? Nie, ponieważ mój przyszły partner może chcieć dziecka.

Moja macica należy do kogoś, kogo nawet jeszcze nie poznałam.

#lCamK

W gimnazjum, jak pewnie większość z was, zauroczyłam się w pewnym chłopaku, niestety bez wzajemności. Mimo wszystko chciałam mu w jakiś sposób zaimponować, zwrócić na siebie jego uwagę. 

Pewnego dnia pojawiła się świetna okazja - przyszedł na salę w czasie gdy miałam wf. Grałyśmy akurat w nogę, w której zawsze byłam utalentowana. Przejęłam piłkę, wykiwałam przeciwniczki i strzeliłam bramkę. 

Dumna z siebie wykonałam coś na kształt cieszynki i spojrzałam na obiekt moich westchnień. Niestety zamiast wyrazu podziwu ujrzałam czerwoną ze śmiechu twarz. Wtedy ogarnęłam, że strzeliłam samobója.

PS. Nie jesteśmy razem, ani nigdy nie byliśmy, bo potem mi już przeszło

#1VTpk

Pewnego pięknego, letniego dnia wybrałam się na zakupy z kumpelą. Gdy już przemierzyłyśmy pół galerii handlowej mierząc, macając, idąc do kasy z łupami i zawracając, by odwiesić wybrane rzeczy na wieszak i wybrać nowe - wreszcie JE znalazłam. Proste, czarne rurki, które zawładnęły mym sercem.

Czym prędzej pognałam do przymierzalni, gdzie, jak się okazało, nie zdołałam wcisnąć tyłka w wybrany rozmiar (kto wpadł na pomysł zaniżania rozmiarówki?! hue hue). Nie wychodziłam już z przymierzalni, lecz wystawiłam rękę z dżinsami przez kotarę i tonem nazistowskiego dyktatora powiedziałam do kumpeli coś w stylu "weź się rusz i przynieś mi większy rozmiar". Po chwili przez rzeczoną kotarę czyjaś ręka podała mi dżinsy. Ręka zdecydowanie za mała. Ręka bez tatuażu. Ręka, która nie należała do mojej kumpeli! Gdy mój mózg próbował przyswoić sobie te fakty, a ja w swej błyskotliwości zastanawiałam się, co mogło się stać, że skurczyła jej się ręka, usłyszałam jeszcze cichy, wystraszony głosik: "Proszę bardzo, proszę pani".

Tkwiłam w tej przebieralni jeszcze dziesięć minut, zanim odważyłam się wyjść.
Dodaj anonimowe wyznanie