#RZ8Dv

Na fali ostatnich wyznań o wariatach za kierownicą.

Nie jeżdżę może w stu procentach przepisowo, ale daleko mi do pirata drogowego. Zdarzają się jednak sytuacje w których muszę trochę przyspieszyć.

Jestem strażakiem ochotnikiem. W momencie otrzymania alarmu, często liczą się sekundy. Jednego razu w drodze na remizę wyprzedziłem na gęstym torowisku sznur kilku samochodów. Licznik mógł pokazywać max 80km/h, ale w porównaniu z prędkością innych aut w tamtym miejscu, było to sporo. Jeden z kierowców zajechał mi drogę, kiedy chciałem go wyprzedzić i wysiadł z samochodu klnąc po mnie z góry do dołu. Udało mi się wyminąć go poboczem, a on ruszył za mną. Kiedy dojechałem na remizę, już nawet zapomniałem o tym incydencie.

Po 20 minutach wróciliśmy na jednostkę (zapalenie sadz, niepotrzebna interwencja) i czekał tam na mnie wspomniany wcześniej facet. Z przeprosinami i 0'7 miodowego Jacka :)

#aATBM

Dwa lata temu przed świętami Bożego Narodzenia kupiłam w sklepie taką małą ozdobną choineczkę, żeby postawić sobie pod telewizorem. Święta minęły, więc przeniosłam ją do sypialni, bo szkoda mi było wyrzucić. Zaczął się marzec, ja ogrodnik jak z koziej du*y trąba, patrzę na tę choineczkę i mówię do męża - wiesz, nawet jej nie podlewałam od świąt, a zobacz jak się trzyma. On spojrzał na tę choinkę i zaczął się śmiać, że to przecież sztuczne i jak plastik miał zeschnąć? Jego nabijania się ze mnie nie było końca, nawet przy rodzinnym obiedzie opowiedział jaki ze mnie ogrodnik, a może nawet jest gdzieś tu wyznanie o głupiej żonie, która hodowała sztuczną roślinę.

Przyszedł czas Wielkanocy, stwierdziłam, że plastikową choinkę zachowam do następnych świat, ale doniczkę sobie użyczę na rzeżuchę. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że choineczka jednak jest prawdziwa. Choinkę przesadziłam do innej doniczki i podstawiłam na balkonie, rok temu, i w te święta prezentowała się na balkonie. Wczoraj mąż zauważył, że moja roślinka stoi na balkonie i powiedział - wiesz, ona jakby szersza i większa, przysięgam, że pamiętam ją mniejszą. Odpowiedziałam mu, że ma omamy, jest taka jak zawsze. Wyszedł na balkon, pomacał, powąchał, wrócił i mówi "nie no, sztuczna, co ty z nią zrobiłaś?".

Dzisiaj na obiedzie u jego rodziny opowiedziałam, jak to mój mąż widzi rosnące sztuczne rośliny. :D

#Nb1rW

Kiedy miałam 11 lat, brałam prysznic w łazience zamkniętej na klucz. Warto wspomnieć, że w mojej rodzinie nie było tabu i rodzice nie kryli się przede mną swoją nagością. Dla mnie to jednak był problem, ponieważ po prostu się wstydziłam.

Wracając do prysznica. Kiedy się myłam, tata otworzył drzwi śrubokrętem, bo chciał coś z łazienki, chociaż wiedział, że nienawidzę, kiedy ktoś włazi bez mojej zgody do łazienki kiedy jestem goła. Wszedł, głośno komentując moje miejsca intymne słowami, uwaga cytuję: ''O k......! Ale wyleniała szczota, ha ha!". Zaczęłam krzyczeć i zakrywać ciało ręcznikiem. Kazałam mu w tej chwili wyjść i to natychmiast, a on tylko powiedział, że pyskuję i mam się zamknąć, bo jest w swoim domu i może wchodzić gdzie chce i kiedy chce. Jednym słowem patola.

#8yfu0

Mam typowo słowiańską urodę - niebieskie oczy, blond włose, niewielkie pełne usta i niedużą wadę wymowy, która powoduje, że akcentuję ,,sz", ,,cz" i ,,dz" trochę inaczej niż wszyscy. Jestem Polką z krwi i kości.

Wczoraj zostałam pobita, bo rozmawiałam przez telefon na przystanku i cały mój wygląd oraz wymowa złożyły się na to, że zostałam uznana za Ukrainkę przez dwóch mężczyzn i kobietę, którzy nawet nie wyglądali na patologię. Choć przystanek był trochę na odludziu, znalazło się kilku przechodniów, którzy nie zareagowali.
Bilans: złamany nos, mnóstwo siniaków i poczucie przerażenia ludzką nietolerancją.

#KREww

Od dzieciaka nienawidziłem psów. Po części mam tak przez rodziców. Z drugiej strony jako biegacz miałem kilka incydentów, w których pies zaczął za mną gonić...

Kilka miesięcy temu do domku naprzeciwko mojego wprowadził się sąsiad z... cerberem. Inaczej się tego nazwać nie da. Pies nie jest super wysoki, ale zbudowany niczym Herkules, a jego spojrzenie i ogólna mimika przypominają Schopenhauera wymieszanego z Terminatorem. Mina mi zrzedła. Na początku spodziewałem się, że będzie darł ryja jak wszystkie, okoliczne pimpki. Ale nie. Fąfel, bo tak ma na imię, po prostu przesiadywał przed płotem i obserwował okolicę swoim chłodnym, przerażającym wzrokiem. Często patrzył na mnie... tak jakoś... ludzko. Za każdym razem jak sąsiad przechodził z nim obok, trochę się bałem i ich przepuszczałem. Cholera, ten pies ma więcej mięśni niż ja będę miał kiedykolwiek!

Najgorsze spotkało mnie w parku. Otóż okazało się, że tam sąsiad... puszcza go luzem. Nie wytrzymałem i skomentowałem to. Usłyszałem w odpowiedzi, że Fąfel jest szkolony... Rozłożyłem ręce, ale kolejne dni faktycznie potwierdziły, że pies totalnie ignoruje biegaczy, rowerzystów, ludzi ogółem. Za to bawi się z innymi psami. Dodatkowo widziałem jak chodzi przy nodze sąsiada i odprawia no sztuczki niczym psy szkolone przez sławetnego Cezara Milana. Okej, uwierzyłem w miarę, że nad nim panuje, ale... jakiś niepokój i dystans były we mnie dalej.

Pewnego razu biegałem jak zawsze i tuż przy mojej alei puścił się za mną pędem agresywny owczarek, który nie był na smyczy. Myślałem, że zrobię pod siebie i próbowałem dobiec do domu. I wiecie co? Fąfel pierwszy raz okazał jakieś większe emocje i po prostu przeskoczył przez swój płot i przegonił owczarka dwoma, głośnymi szczekami (które obudziłyby chyba zmarłego). Pierwszy raz od wielu lat postanowiłem sam z siebie pogłaskać psa, który w dodatku ma większą głowę niż ja... Opowiedziałem wszystko sąsiadowi i dowiedziałem się od niego jaka to rasa. Teraz mam swoją ulubioną. To cane corso.

#VKXpD

Postanowiłam zrobić mojemu mężowi niespodziankę z okazji szóstej rocznicy ślubu i, jak za dawnych lat, zaopatrzyłam się w kusząca bieliznę. Dzieci wysłałam do dziadków, ugotowałam pyszną kolację, brakowało tylko świec i wina. Udałam się więc po nie do sklepu, jednak bezskutecznie, bo… ekspedientka nie sprzedała mi wina. Uznała, że jestem niepełnoletnia, a ja nie miałam przy sobie dowodu.

Mam 36 lat.

#506j4

Wczoraj, po długim i namiętnym seksie, mój narzeczony bardzo zmarkotniał. Usiadł na skraju łóżka, zmarszczył brew, nadął się i tak siedział przez kilkanaście minut. Nieobecny, zupełnie obojętny na jakiekolwiek bodźce. Usiadłam więc koło niego, chwyciłam go za dłoń, spojrzałam głęboko w oczy i zapytałam spokojnym głosem co go gnębi. „Cokolwiek by to było, to przejdziemy to razem...” - rozpoczęłam długi wywód, ale mój ukochany uciszył mnie gestem ręki. Westchnął ciężko. Po dramatycznej pauzie odezwał się: „Gdybyś mogła być dinozaurem, to którym byś najbardziej chciała być?”.

Mówi się, że faceci są dziećmi przez większość życia. Coś w tym jest…

#ro50d

Moja dziewczyna od zawsze była szczupła, jej figury mogłoby pozazdrościć wiele kobiet. Pół roku temu urodziła mi syna i w związku z tym, naturalnym jest fakt, że jej ciało się troszkę zmieniło. To prawda, nabrała krągłości, nosi o dwa rozmiary większe jeansy. I co z tego, ja się pytam?

Moja partnerka teraz tonie w kompleksach, choć na każdym kroku pokazuję jej, że jest dla mnie piękna i seksowna. Mimo to ona nie ma ochoty na współżycie i zakrywa się przy każdej okazji, gdy mógłbym zobaczyć ją nago. Jest mi strasznie przykro, że się tak czuje, chciałbym, żeby uwierzyła w swoje piękno.

Stąd pytanie do obecnych tutaj kobiet – co ja, jako jej partner, mogę zrobić, by poczuła się lepiej?

#OWNyi

Zapewne zaleje mnie fala hejtu, ale co mi tam.

Temat jest mi dość bliski, i przed chwilą trafiłam na artykuł, który mnie poruszył, z resztą jak wszystkie publikacje o tej tematyce.

Wyczytałam, że para zdecydowała się nie usunąć dziecka/płodu z szeregiem wad wrodzonych w związku z nieuleczalną chorobą genetyczną. Dziecko ma aktualnie dwa lata, za sobą kilkanaście operacji, leży, nie mówi, karmione przez rurkę.

Sama walczę o dziecko już 5 rok, mam za sobą 3 bardzo bolesne straty, a mimo to kiedy czytam o takich przypadkach, to krew się we mnie gotuje. Jako matka (w mojej głowie już gdzieś tam w środku nią jestem) nie wyobrażam sobie skazać mojego dziecka na wielomiesięczne/wieloletnie katusze, operacje, nierzadko bolesną rekonwalescencję i rehabilitację, życie pod aparaturą, ocierając mu wiecznie cieknącą ślinę. Nie wyobrażam sobie skazać moje dziecko na to, że nigdy nie będzie mogło chodzić, bawić się, mówić, jeść normalnie, a nie przez rurki podłączone do jego wątłego ciała.

Myślę, że cześć osób nie podzieli mojej opinii, ale myślę, że po trzech straconych ciążach, wiem jak to jest, kiedy twoje upragnione dziecko umiera. Tym bardziej że ostatnia stracona ciąża to ciąża pozamaciczna. Dziecko rozwijało się prawidłowo, tylko nie tam gdzie trzeba, utrzymana najdłużej ze wszystkich. Mimo to musiała zostać przerwana. To najbardziej przerażające i przytłaczające uczucie, jakiego doświadczyłam. Ogrom bólu i poczucia pustki jest nie do opisania. A jednak nie wyobrażam sobie, jak mogłabym oszczędzić sobie tego bólu kosztem cierpienia mojego dziecka.

Nie wyobrażam sobie, jak można dać urodzić się dziecku, którego życie będzie naznaczone tylko cierpieniem, chorobą i brakiem jakiejkolwiek szansy na samodzielność. Wydaje mi się to tak okrutne, samolubne ze strony rodziców, tak egoistyczne.

Wiem, że dziecko może zachorować już po narodzinach, wiem, że może mieć wypadek, który mógłby postawić je w takiej samej sytuacji zdrowotnej. MOŻE. Tego przewidzieć nie możemy, ale gdybyśmy mogli, to zapewne każdy rodzic chciałby cierpienia swojemu dziecku oszczędzić i uratować przed wypadkiem czy chorobą. Dlaczego zatem niektórzy kiedy jeszcze podczas ciąży dowiadują się o ciężkiej, nieuleczalnej chorobie dziecka, decydują się na sile utrzymywać je przy życiu? Pozwalać męczyć się, bać, cierpieć.

Mam serce matki i mimo wszystko tego nie mogę zrozumieć.

#gueAT

Kilka tygodni temu moja bliska przyjaciółka popełniła samobójstwo. Wszyscy jej przyjaciele oraz członkowie rodziny za nią rozpaczają.

Ja, gdy usłyszałam o jej śmierci, ucieszyłam się.

Znałam ją od gimnazjum, zawsze trzymałyśmy się razem.
Na początku liceum jej stan zaczął się pogarszać. Przestała wychodzić z domu, jej oceny się pogorszyły. Mi oczywiście mówiła, że wszystko jest u niej w porządku.
W drugiej klasie dowiedziałam się, że choruje na depresję, a w gimnazjum miała 2 próby samobójcze. To był ciężki cios, ale starałam się ją wspierać. Powiedziała mi, że już 3 razy zmieniali jej antydepresanty, ponieważ żadne na nią nie działały.

Od kilku miesięcy zaczęła drastycznie chudnąć, na lekcjach wf-u kilka razy była bliska utraty przytomności.

Z czasem na jej ciele zaczęły pojawiać się rany - drobne zadrapania na łydkach, ślady po paznokciach na klatce piersiowej, kilkadziesiąt śladów ukłuć na rękach.
Około 2 tygodnie przed śmiercią przyłapałam ją na wymiotowaniu w szkolnej łazience.
Jej skóra na kostka palców była zdarta, w niektórych miejscach pojawiły się strupy, inne jeszcze krwawiły. Nie chciała o tym rozmawiać.
Za nic na świecie nie chciałabym, aby żyła.

Widziałam jak cierpi, jej pogarszający się stan z tygodnia na tydzień. Nie sądzę żeby kiedykolwiek była w stanie wyzdrowieć.

Mimo to, mam poczucie winy, że tak sądzę.
Nigdy o tym nikomu nie powiem, uznaliby mnie za osobę porównywalną do potwora, zwłaszcza osoby, które ją znały.
Boję się, że jeśli zacznę o tym mówić, jej problemy przejdą na mnie.
Dodaj anonimowe wyznanie