Jakiś czas temu w ramach głupiego zakładu połknąłem pająka krzyżaka. Pewnie nie byłoby tego wyznania, gdybym nie okazał się uczulony na jego jad czy co on tam ma. Oczywiście zdążył mnie dziabnąć przed połknięciem, co zakończyło się połową dnia na pogotowiu.
Dlaczego piszę o tym dzisiaj? Bo spotkałem na ulicy pielęgniarkę z tego pogotowia. Sądziłbym, że nie zapamiętują pacjentów... Cóż, najwyraźniej takich jak ja tak. Zapytała, czy wciąż gustuję w tak egzotycznej kuchni.
Od małego rodzice uczyli mnie jak reagować w sytuacjach, kiedy ktoś próbowałby mnie molestować albo ogólnie podejrzanie się w stosunku do mnie zachowywał. Robiliśmy scenki, w których jeden z rodziców wcielał się w rolę "prześladowcy", a ja miałam odpowiednio zareagować. Podczas tych lekcji zawsze się śmiałam. Po jakimś czasie okazało się, że wiedza ta była bardzo przydatna...
Miałam około 10 lat i tańczyłam z moim rówieśnikiem na weselu. Byłam ubrana w śliczną, długą, białą sukieneczkę. Najwidoczniej mojemu towarzyszowi się nie spodobała i postanowił sprawdzić co jest pod spodem... uniósł ją, a ja (jako szanująca się mała kobietka) wpadłam w histerię. Uciekłam od niego i pobiegłam do mamy krzycząc:
- MAMOOO! ON MNIE MOLESTUJE!!!
Historia śmieszna, ale morał jest taki - Rodzice, uczcie swoje dzieci takich rzeczy, kto wie, kiedy może się im to przydać, taka wiedza może im zaoszczędzić traumy, która wynika z molestowania.
Historia o tym, jak niektórzy ludzie potrafią jednocześnie rozbawić, ale sprawiają też, że rozmyśla się głęboko nad zakamarkami ewolucji.
Parę lat temu wyjechałam do Warszawy w celu odbycia praktyk studenckich. Lokum zaoferował mi mój kolega. Gdy jednak przyjechałam w wyznaczone miejsce, rozpoczął się ciąg dość... specyficznych wydarzeń.
Od początku: niedawno zmarły dziadek mojego kolegi, przepisał w testamencie połowę domu temuż koledze (swojemu wnukowi), a drugą swojej wnuczce, tylko że z innych rodziców. Od razu zaznaczę, że połowy już dość dawno temu zostały od siebie oddzielone, tworząc z domu swoistego bliźniaka. Wnuczka od początku, będąc najogólniej rzecz biorąc roszczeniową kutwą - uważała, że dziadek powinien jej zapisać cały dom, a wnuk "sam by sobie poradził". Wytoczyła nawet w tym celu koledze sprawę w sądzie, ale jej starania spełzły na niczym.
Gdy zobaczyła, że ktoś przyjechał z walizkami i odkryła, że mam zamieszkać w drugiej połowie domu - zadzwoniła po resztę swojej rodziny. I tu zaczyna się zabawa.
W niedługim czasie pod dom podjechał samochód, z którego wyszła parka: mocno otyły mężczyzna i dość elegancko ubrana blondynka. Z drugiej połowy domu - najwyraźniej wcześniej czekała na wspomniane posiłki - wyszła również rzeczona wnuczka, będąca całkowitym przeciwieństwem pani z samochodu (generalnie typowa Karyna - dresowa bluza, mocno schodzone leginsy, mocny makijaż i przetłuszczone włosy spięte w kok). Obie panie obskoczyły nagle mojego kolegę i zaczęły wykrzykiwać piskliwymi, rozhisteryzowanymi głosikami, że oto ich zdaniem chłopak rozbija rodzinę i sprasza do ICH domu obcych ludzi, że sprzeniewierzył się bogu (?). Karyna rzuciła tekstem, który pamiętam do dziś najlepiej - otóż imitując płacz stwierdziła, że "on ją zmusza, żeby musiała słuchać, jak obcy człowiek w domu obok spuszcza wodę w kiblu". Ogólnie obie wyglądały jak rozjuszone pieski chihuahua. Kolega próbował coś tłumaczyć, ale w końcu machnął ręką i wszedł do domu, a ja - mocno w szoku, że tacy ludzie istnieją - za nim.
Po jakimś czasie wyszłam, stwierdzając, że może sytuację uda się jakoś wyjaśnić. Obie panie oczywiście nie dały sobie nic wytłumaczyć, tylko wyskoczyły z bluzgami, że "co ja się, ku*wa, gapię", że "chyba chcę dostać w ryj". Blondynka zaczęła w pewnym momencie wymachiwać mi rękoma przed twarzą, więc w pierwszym odruchu ją odepchnęłam. Pani zatoczyła się lekko, popatrzyła na mnie wyraźnie zszokowana, po czym... "O mój boże, uderzyła mnie! UDERZYŁA! Boli! Będę mieć siniaka, o patrz, tu mnie uderzyła!!"
Ostatecznie rodzina w końcu się rozjechała, ale ja również znalazłam sobie inne lokum, ponieważ bałam się, że podczas mojej nieobecności dwie panie, które wyraźnie miały nie po kolei pod kopułą, zrobią krzywdę kotu, którego zabrałam jako kompana.
Kilkuletnia znajomość, od pół roku w związku. Zwierzyłem się jej, że przez mój mały rozmiar nie czuję się zbyt męski i że czuję, że pewnie jej nie zaspokajam. Zaśmiała się i powiedziała, że od zaspokajania to ona ma swoje wibrujące zabawki, a ze mną jest dla towarzystwa. No dzięki. Chyba.
W pierwszej klasie gimnazjum na matematyce, każdy z klasy dostał karteczkę z loginem i hasłem do pewnej matematycznej stronki, gdzie mieliśmy się zalogować, wpisać swoje imię i nazwisko, i robić co jakiś czas tam zadania i pani miała podgląd kto zrobił i za niezrobienie miała wstawiać - czy tam 1, a za zrobienie nic (typowo). Jeszcze na tej samej lekcji, pokazała nam jak się logować i użyła do tego loginu i hasła jednego z nieobecnych tamtego dnia uczniów. Jego login różnił się tylko numerem z dziennika, a hasłem było jakieś słowo, które przypadkiem zapamiętałam. W domu sobie wymyśliłam, że zrobię taki żarcik i zalogowałam się na to konto, i w polu na imię i nazwisko wpisałam coś w stylu "lubię lizać piersi pani X" (pani X to moja matematyczka).
Minęło parę dni, pewnej lekcji facetka od matmy była poważna i powiedziała coś w stylu, że to bardzo niefajne z naszej strony, że coś takiego zrobiliśmy, że ona wie, że to nie był ten uczeń z przypisanego numeru i że ten kto to zrobił, to ma się do tego przyznać, bo inaczej wezwie pana Y (od informatyki) i on znajdzie tego kto to zrobił. Ja go się strasznie bałam, bo to był najbardziej przerażający nauczyciel w naszej szkole. Jak to mówiła, to myślałam, że zauważy, że to ja to zrobiłam, bo serce mi tak waliło, iż myślałam, że mi zaraz wyskoczy. No ale jeszcze bardziej bałam się przyznać i jak gadałam z innymi ludźmi z klasy, to nic im nie powiedziałam, wiedziała o tym tylko jedna osoba, z którą przyjaźnię się do dziś. A właściwie wiedziała tylko o zamiarze wykonania tego "żartu", potem o tym nie rozmawialiśmy.
Kary żadnej ostatecznie nie dostałam, ale teraz jak o tym myślę, czuję się strasznie zażenowana...
Wyznanie w którym facet za piwo zapraszał kobietę do tańca, mimo że wcześniej stwierdził, że jest brzydka, przypomniało mi sytuację z sylwestra sprzed kilku lat.
Młodzi w wieku 17-19 lat, spędzaliśmy sylwestra na domówce. Miało być 10 osób, zrobiło się ponad 25, w tym Ona, dziewczyna bardzo mało urodziwa, ale za to z wielką ochotą na zabawy łóżkowe. Dajmy na to Asia. Co ważne, pojawiła się na imprezie dość późno, gdy część towarzystwa była lekko wstawiona.
Jeden nasz kolega był nawet solidnie nawalony. Zapijał smutki, bo został zdradzony.
Asia zaczęła go kokietować, a on w końcu jej uległ. Po procentach stwierdził, że ona nie jest taka zła. Robiliśmy wszystko, żeby to przerwać. Łącznie z tym, że zamknęliśmy gościa w pokoju żeby spał sam.
Cóż, jakimś cudem udało mu się otworzyć okno, przez które później weszła do niego Asia. I tak sobie razem spędzili czas na bardzo wysokim, jednoosobowym łóżku.
Rano, nasz bohater obudził się i pierwsze co zobaczył była twarz Asi.
Jak zareagował?
Zrzucił ją z łóżka (ten huk i nas obudził), a potem krzyknął "Kurczaki, ale pasztet".
Brutalnie obudzona Asia wstała z podłogi, otrzepała się, wycedziła "Aleś się szybko zorientował" i po prostu wyszła.
Najlepsze jest to, że nikt nie wie skąd Asia się wzięła. Nikt jej potem nie widział. Ot, taka historia z sylwestra o tym jak mężczyzna został wykorzystany przez kobietę.
Ps. Kolega już teraz zazwyczaj jest kierowcą ma imprezach. Strasznie się boi zagadywać do kobiet na imprezach gdzie leje się alkohol w większych ilościach.
Mam to (nie)szczęście, że moi sąsiedzi z mieszkania obok od kilku miesięcy cieszą się nowym członkiem rodziny. Wszystko fajnie, założyli rodzinę, życzę im jak najlepiej, tylko… nie mogę znieść tego ryku w nocy! Ten ich dzieciak pół nocy wyje, noc w noc. Pech chciał, że moją sypialnię i jaskinię tego małego krzykacza dzieli zaledwie jedna, cienka ściana! Nie mam nic do dzieci, ale naprawdę idzie zwariować.
Zastanawia mnie fakt, że ludzie z bloku potrafią przyczepić się o każdą pierdołę, dosłownie do wszystkiego. O szczekanie psa w ciągu dnia (okej, to jeszcze można zrozumieć), o głośne kąpiele wieczorami (tak, sam czytałem kartki w windzie, na których były napisane skargi odnośnie „głośnego lania wody po 22.00” – rozumiecie?!?), a nawet o to, że dzieciaki piszą kredą po chodniku przed klatką (serio?)! Natomiast do płaczu niemowlęcia o drugiej nad ranem to już nikt nie ma żadnych obiekcji?
I nie żebym chciał komuś dokopać czy utrudnić życie, ale od miesiąca wstaję do pracy jak zombie (muszę wstawać o 5.00, życie jest bezlitosne). Nie wiem co z tym fantem zrobić. Czy mogę w nocy zadzwonić po policję ze skargą o zakłócanie ciszy nocnej? Sąsiadka ostatnio tak wezwała policję na właścicieli szczekającego psa, i pomimo że był to dzień, dostali upomnienie, bo szczekanie podobno zalicza się pod zakłócanie ciszy nocnej bez względu na porę. Wie ktoś, czy z płaczem dziecka jest tak samo?
Zacznijmy od tego, że nie cierpię swojej pracy i od dłuższego czasu nie potrafię znaleźć niczego innego.
A dziś dowiedziałam się, że moją wymarzoną pracę znów dostał kto inny, ale pierwszy raz pomyślałam sobie - a niech ma, może mi się uda kolejnym razem.
Po przyjściu do pracy okazało się, że znowu zmieniono grafik - tym razem nie siedziałam cicho, tylko porozmawiałam dosyć konkretnie z kierownikiem, wylewając wszystkie żale. Od razu lżej na serduchu.
I ostatecznie wysłano mnie do najgorszej roboty - kara musi być ;). Tak więc sprzątam kibelek po kibelku, zbieram peta po pecie i wcale nie jestem zła z tego powodu. Zamiatając kolejne śmieci, znalazłam 50 zł :D
Posiadanie długich włosów ze skłonnością do przetłuszczania to luksus, na który pozwalam sobie z niemałym trudem.
Dlatego gdy nie chcę brać prysznica, a głowę trzeba już umyć, myję ją w bidecie w łazience.
Bidet to urządzenie, które wprost ubóstwiam i przyłapałam się ostatnio na myśli (myjąc głowę), że właściwie nie mam oporu, by się z niego napić. Bo ja wprost kocham to urządzonko do małej miejscowej higieny - bez rozbierania, bez komplikacji.
PS Mieszkam ze znajomymi. Myją dupska w tym bidecie. Nie umniejsza to mej miłości.
Historia o tym, jak kawa uratowała mi tyłek (dosłownie).
Jednego dnia udałam się z moją jakże kochaną mamą na zakupy. Co istotne, najpierw weszłyśmy do pewnego sklepu na T, sprzedającego kawę, a także różne rzeczy do domu, ubrania. Zakupiłyśmy dwie paczuszki świeżo zmielonych ziaren, a następnie weszłyśmy do sklepu z ubraniami.
Tutaj zaczyna się historia właściwa.
Oglądając ubrania, przez przypadek wymsknął mi się malutki tzw. cichacz-zabójca i właśnie w tamtym momencie podeszła do nas sprzedawczyni, by zapytać się czy w czymś nam pomóc. Nagle ekspedientka zaczęła mocno wąchać powietrze. Ja przestraszona, że zaraz się wyda moja zbrodnia, odsunęłam się troszkę w bok. W końcu mówi "Ooo jak pięknie pachnie! Czuję, że panie były w T. Uwielbiam zapach świeżo zmielonej kawy."
Jak mi ulżyło. Pani pośmiała się z moją mamą, jako że rodzicielka również uwielbia kawę i jej zapach, a moje serce zwolniło o jakieś 120 uderzeń.
Gratuluję dupo, udało ci się.
Dodaj anonimowe wyznanie