#vzW4q

Uwielbiam wąchać ludzi. Tak, to pewnego rodzaju mój fetysz. Jeżeli spodoba mi się czyjś zapach - przytulam się często do niego tylko po to, by rozkoszować się cudnymi zapaszkami.

Teraz wyobraźcie sobie dziewczynę, która podczas wychowania fizycznego idzie do szatni pod pretekstem skorzystania z toalety, a tymczasem wącha podkoszulki koleżanek z klasy.

#CaTgF

Z mężem znamy się ponad dwadzieścia lat, a małżeństwem jesteśmy już dziesięć. Poznaliśmy się w szkole podstawowej i od tej pory nie rozstawaliśmy się. Dzieci nie mamy, ponieważ każde z nas chciało się póki co skupić na karierze. Ja mam dwie własne firmy, a mój Michał jest doktorem na jednej ze znanych uczelni. Myślałam, że wyszło nam w życiu. Byliśmy zgodni, szaleńczo w sobie zakochani i szczęśliwi.

Mój Michał ma często w pracy wyjazdy służbowe. W styczniu miał jeden z nich, wyjechał na tydzień na konferencję. Towarzyszyła mu studentka, która ewidentnie się w nim podkochiwała. Nie byłam zazdrosna, znałam Michała na tyle, by wiedzieć, że nie posunie się z nią do niczego więcej. Ona sama była przeciętnej urody, trochę zaniedbana, taki typ kujona. Michał często żartował z niej w domu. Mówiłam mu, że powinien z nią porozmawiać, przykrócić trochę te zaloty, ale mnie nie słuchał. Mówił, że studentki często podkochują się w swoich prowadzących i nie chce robić z tego afery, żeby nie było jej głupio.

Po ich wspólnym wyjeździe na konferencję wrócił markotny, wręcz podłamany. Wszelkie moje pytania bagatelizował i tłumaczył je kobiecą histerią. Nie dłużej niż po dwóch miesiącach od powrotu przyznał się do zdrady z nią. Dużo tego wieczoru płakał, okropnie się martwił. A ja po prostu siedziałam i nie mogłam z siebie wydusić słowa. Po chwili dotarło do mnie, że Michał płacze nie dlatego, że mnie zdradził, ale dlatego, że może mu to zrujnować karierę, jeśli to się wyda.

Spakowałam mu walizki, poprosiłam o opuszczenie domu. Gdy wyszedł, starałam się zrobić wszystko, byleby o tym nie myśleć. Sprawdziłam skrzynkę pocztową, a tam wiadomości od jego kochanki/studentki. Zdjęcia z ich wspólnej nocy z dopiskiem "i kto wygrał, szmato?". Maila zdobyła ze strony mojej firmy. Nie wiem do dziś, jak udało mi się zachować spokój, ale zgrałam zdjęcia na pendrive, wrzuciłam do koperty, napisałam na komputerze list o tym, jak to uwiodłam swojego prowadzącego, obraziłam w nim też dziekana i innych doktorów. Podpisałam się oczywiście jej nazwiskiem i wysłałam do szkoły. Jej nic nie odpisałam.

Z tego co wiem, męża pouczyli, przenieśli go do innego labu, a samą studentkę wyrzucili. Mąż próbował odbudować nasze małżeństwo, ale na to nie było i nie będzie nawet cienia szansy. Staram się sobie poukładać życie na nowo. Co do tego listu, to czasami żałuję, że tak ją wrobiłam, ale potem przypominam sobie jej pytanie i humor mi się poprawia. Oczywiście, że to ja wygrałam, szmato.

#ZH4dF

Dzisiaj, jak co sobotę, wybrałam się na „rajd” po moich ulubionych lumpeksach.
Oglądałam ubrania i nagle poczułam, ze ktoś mi się przygląda. Odwróciłam się i zobaczyłam dorosłego faceta, bardzo wysokiego i ze sporą nadwagą, który ewidentnie był chory (było widać po twarzy, grymasach i dziwnych ruchach jakie wykonywał). Boję się takich ludzi (nie wiem skąd mi się to wzięło, po prostu nigdy nie wiem jak zachować się w ich obecności i mam obawy co do ich ewentualnego zachowania; może i jestem uprzedzona, nie przeczę), a ten na dodatek bardzo intensywnie się we mnie wpatrywał, wiec powoli ruszyłam w kierunku drugiego końca sklepu. Kawałek za mną szedł, ale później zawołała go osoba, z którą był w sklepie i zawrócił.
Chwilę później poszłam do przymierzalni. Stałam w samej bieliźnie, gdy ktoś otworzył drzwi i władował się do środka! To był ten koleś. Patrzył się na mnie, oblizywał i łapał za krocze.. Gdy pierwszy szok ustąpił, zaczęłam się drzeć jak opętana i go stamtąd wypchnęłam. Zbiegło się mnóstwo ludzi, w tym ekspedientki i jak się okazało, matka oblecha. Bardzo wzburzona opowiedziałam jej o sytuacji i zagroziłam wezwaniem policji, na co ona... zjechała mnie od góry do dołu! Wyzwała od nietolerancyjnych wywłok, które „kuszą biednych chłopców wywalonymi cycami, a później mają pretensje” (tak tylko dodam, że zanim zdążyłam się rozebrać w zamkniętej! przymierzalni, miałam na sobie szeroką bluzę z kapturem i luźne dresy). Na szczęście pracownica lumpa i większość klientów stanęło w mojej obronie, wiec babsko jeszcze chwile poburczało, po czym zabrało swoje „niewinne dzieciątko” i poszło. Mam nadzieję, że do piekła.

Tyle „dobrego”, że teraz będę miała usprawiedliwienie dla swojego strachu przed osobami upośledzonymi.

#lHiiZ

Kiedy byłam młoda, poznałam chłopaka. Byliśmy razem 5 lat, a po tych 5 latach zaszłam w ciążę. Kilka miesięcy po porodzie dowiedziałam się, że mnie zdradzał i miał drugie życie z inną kobietą przez 2 lata. Zerwałam z nim, a on powiedział, że nie chce ani mnie, ani dziecka. Tak minął rok, drugi, on nie płacił alimentów, zero kontaktów z córką. Ja po 2 latach poznałam mojego obecnego męża, zaraz po ślubie mój mąż opłacił prawnika, który zajął się sprawą odcięcia mojej córki od jej biologicznego ojca (dzisiaj w córki akcie urodzenia jako ojciec wpisany jest mój mąż). Nasza córka wie, że jej tata nie jest jest ojcem biologicznym, ale nigdy nie chciała nawet go poznać, jej biologiczny ojciec też nie chciał jej znać. W czasie rozpraw zaszłam w ciążę i urodziłam drugie dziecko, wyjechaliśmy za granicę, gdzie na początku pracowałam jako sprzątaczka, a mój mąż otworzył firmę transportową. Po 2 latach za granicą otworzyłam firmę, która przyniosła dobry dochód.
Jakieś 8 miesięcy temu wróciłam do Polski na stałe, kupiliśmy piękny dom, jestem w trakcie rozkręcania drugiej firmy, tym razem w Polsce, a mój mąż został jeszcze na jakiś czas za granicą.

Miesiąc temu pojechałam z młodszą córką do moich rodziców samochodem, który dopiero co został sprowadzony do nowego miejsca zamieszkania (w Polsce mieliśmy wcześniej tylko popularnego minivana); rodzice mieszkają ok. 10 km od mojego domu. Mama wysłała mnie do pobliskiego sklepu, do którego jeżdżę kilka razy dziennie po zakupy i jak nigdy nie spotkałam swojego byłego (w tej miejscowości mieszka jego tata), tak jak na złość tego dnia wychodząc ze sklepu zauważyłam, że stoi obok mojego auta... Mózg mi się wyłączył i zamiast podejść i wsiąść do swojego samochodu, zaczęłam iść tak jakbym do sklepu przyszła pieszo, do tego byłam ubrana w kurtkę mojego męża i spodnie dresowe, które pamiętają jeszcze związek z byłym. On mnie zauważył i krzyknął "Mówiłem, że się niczego w życiu beze mnie nie dorobisz, nawet samochodu nie masz i z tymi siatkami z buta musisz iść". Krzyknęłam "A ty czego się dorobiłeś?", a on pokazuje palcem na mój samochód i mówi "Forda Mustanga i apartamentu, he, he". No cóż... Wkurzyłam się, powiedziałam "odsuń się od mojego samochodu", wsiadłam i odjechałam.

Chyba nie sądził, że się tak ośmieszy. Mój były wypytał się o mnie starych znajomych, którzy ze względu na niechęć do niego mocno ubarwili mój stan majątkowy, np. tym, że kupiłam wyspę gdzieś koło Hawajów. Był w szoku, bo jego wiedza na mój temat zatrzymała się na pokojówce.

W sumie dobrze, że nie poszłam pieszo :D

#8USui

Jak byłam mała, a moi rodzice nie chcieli zgodzić się na psa, stwierdziłam, że wykluję sobie kurkę.

Gdy byłam sama w domu, ukradłam z lodówki jedno sympatycznie wyglądające jajko. Wzięłam również plastikowe pudełko, poupychałam je watą i innymi materiałami i wygrzewałam tam owo jajko.

Kiedy nikt nie patrzył, brałam moje małe jeszcze nie-zwierzątko i siadałam na nim, żeby małe kurczątko mogło szybciej się wykluć. Niestety moje niecne plany pokrzyżowała mama, która pewnego razu przyłapała mnie na wysiadaniu jajka i wytłumaczyła mi, że w taki sposób nigdy nic się nie wykluje, bo do tego potrzeba prawdziwej kury.

Rodzice widzieli moje rozczarowanie i smutek, że nie mogę mieć zwierzątka, więc nie minęło kilka miesięcy, a dostałam kochanego i wymarzonego psiaka. :)

#FjAYz

Kiedyś byłam pewna, że gwałt w związku nie istnieje. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero po rozstaniu.
Z chłopakiem byłam ponad półtora roku, planowaliśmy przyszłość, wszystko było idealnie. Zamieszkaliśmy w końcu razem.
Mimo dobrej relacji zdarzały nam się kłótnie. Zawsze chciałam naprawiać po nich atmosferę - starałam się, żeby w naszym związku były szczęście, miłość i szacunek.
Każda kłótnia kończyła się jednak wyrzutami w moją stronę. Tylko ja byłam winna. Dostawałam wyrzuty nawet za to, że wolę być teraz na studiach, niż rodzić mu dzieci i za niego wyjść.
Nigdy po sprzeczce nie chciałam zbliżenia. Ale jeśli odmawiałam, potrafił wpłynąć mi na psychikę, że już mi się nie podoba lub że jestem jakaś dziwna. Zawsze kończyło się to w końcu seksem, którego nie chciałam.

Najgorsze było jednak to, kiedy wrócił zły z pracy, bo zepsuł jakieś papiery. Bezceremonialnie mnie wtedy zgwałcił, co określił jako jego najlepszy seks w życiu, ponieważ miałam taki mocy orgazm. Nie miałam, trzęsłam się z obrzydzenia i przerażenia jego brutalnością i szałem w oczach.

Teraz po rozstaniu czuję pustkę w sercu i nie umiem nikomu zaufać. Czuję się brudna, nienawidzę go. Jestem w szoku, często dostaję stanów lękowych i siedzę zamknięta, zamyślona i ze łzami w oczach.
Nie mam pojęcia co robić. Do tego on chce, żebym do niego wróciła, bo sam w mieszkaniu nie może sobie poradzić.

#f7Yta

Złożyłam dzisiaj wieczorną wizytę mamie.
W progu oznajmiłam "Stuknęłam dzisiaj faceta".
Mama odpowiedziała szybko i rzeczowo: "Jak go poznałaś?".
Niestety miałam na myśli drobną stłuczkę, w której uczestniczyłam na zatłoczonym parkingu pod okolicznym Lidlem.
Nie pamiętam, ile lat temu miałam ostatnią randkę, nie wspominając o innych sprawach.

#IswPX

Mój chłopak co jakiś czas przypomina mi, że mnie nie kocha.

Twierdzi, że nie jest w stanie w ogóle czuć tej emocji do kogokolwiek i chce być ze mną szczery, nie dawać mi złudnej nadziei na przyszłość. Mówi, że nie może sobie nawet wyobrazić, jak ktoś może czuć wobec drugiej osoby coś tak silnego, jak on wyobraża sobie miłość. Regularnie o tym rozmawiamy. Kiedyś zapytałam co z rodzicami, co z potencjalnymi dziećmi? Chłopak powiedział, że rodziców raczej też nie kocha, co najwyżej jest do nich przywiązany. Co do dzieci - nie wie, ale teraz wydaje mu się, że również nie będzie tego czuł, co najwyżej przywiąże się do nich nieco bardziej przez czyste względy biologiczne. Czasem gdy leżymy w łóżku we wspaniałym humorze on nagle smutnieje i mówi, że boi się, że robi mi krzywdę, że zasługuję na kogoś, kto jest w stanie pokochać mnie tak mocno, jak ja kocham jego. Powtarza mi, że to nie we mnie jest problem - on po prostu nie ma wbudowanej miłości w swój zestaw emocji. Dość często też żartuje sobie, że pewnie długo już nie pobędziemy razem, nie ma co robić wspólnych planów na X miesięcy w przód, bo przecież do tej pory się na pewno rozstaniemy.

A w praktyce? To "nadchodzące rozstanie" przesuwa się coraz dalej i dalej. Im dłużej jesteśmy razem, tym częściej on sam robi plany na odległą przyszłość, nawet na lata w przód. Traktuje mnie wciąż z tak niesamowitą czułością i opiekuńczością, że czasami aż mnie zatyka. Wspiera mnie praktycznie we wszystkim, pomaga w każdy możliwy sposób, często poświęca się dla mnie dosłownie i w przenośni. Od początku naszego kilkuletniego już związku ewidentnie zależało i zależy mu na tym, bym poznała i polubiła jego rodzinę i znajomych. Znajomi nie wiedzą o jego poglądach i widząc jacy wobec siebie jesteśmy, uważają nas za wspaniałą, kochającą się parę.

Czasem po rozmowach o uczuciach mam mętlik w głowie, ale prawda jest taka, że czuję się przez niego kochana. Jego czyny a jego słowa to dwie zupełnie odmienne rzeczy. Choć twierdzi, że nie potrafi kochać, okazuje mi to uczucie praktycznie na każdym kroku. Trochę się boję, że to tylko moja naiwność, że tak naprawdę wcale nie jest tak różowo, a ja wmawiam sobie, że wszystko jest dobrze, bo tak mi łatwiej. Ale naprawdę jestem z nim po prostu szczęśliwa.

#xt3xp

Pamiętam, jak kiedyś byłam dobrym uczniem. Same 5 i 6, nauczyciele i rodzina byli dumni, a ja szczęśliwa, bo kochałam naukę, na którą w dodatku nie potrzebowałam wiele czasu. Byłam szczęśliwym dzieckiem.

Aż w końcu coś się stało. Nauka przestała mi sprawiać radość, tak nagle, po prostu. Odkładałam ją na coraz późniejsze godziny, choć wciąż potrafiłam usiąść i się za nią porządnie wziąć, moje oceny pogorszyły się jedynie nieznacznie, nawet nikt tego nie zauważył.

Jednak im starsza byłam, tym gorzej sobie radziłam. Uczyłam się coraz mniej, choć nadal pojmowałam wszystko tak szybko, jak dawniej. Wystarczyło mi raptem pół godziny, żeby opanować sprawdzian na kartkówkę z biologii, i dwie, żeby nauczyć się na jakiś sprawdzian, który składał się z kilkunastu działów. Ale ja po prostu nie mogłam.

Dzisiaj nie daję rady funkcjonować. Nie mogę się skoncentrować na niczym dłużej niż kilkanaście sekund, a kiedy próbuję się zmusić dostaję kręćka, rzuca mną, mam ochotę płakać i rwać sobie włosy z głowy. Wtedy muszę przestać to robić i zająć się czymś innym, na przykład słuchaniem muzyki, ale tylko kilkanaście sekund, bo dłużej nie jestem w stanie.

Najgorzej jest z nauką. Ja naprawdę chcę, zdaję sobie sprawę, że jeśli zależy mi na mojej przyszłości, to muszę poświęcić na nią trochę czasu. Ale ja nie mogę, po prostu nie mogę zmusić się, żeby usiąść do pieprzonych książek i chociażby przeczytać jeden temat, bo zaraz zaczynam histeryzować i łazić po ścianach.

Zresztą nie chodzi tylko o naukę. Nie potrafię robić NIC dłużej niż kilka minut. Gry, które kiedyś były moim hobby? Nie jestem w stanie ich nawet włączyć, bo zaraz muszę iść robić coś innego. Oglądanie filmów? Muszę co trochę pauzować, żeby zrobić przerwę, bo nie wysiedzę dłużej niż 10 minut. Rozwijanie swoich zainteresowań? Granie na gitarze? Pisanie? Mogę o tym zapomnieć, bo to wymaga CZASU, SKUPIENIA.

Poza tym robię wszystko zawsze na ostatnią chwilę, wliczając w to nawet sen - śpię po 3-4 godziny, bo jeśli próbuję się położyć wcześniej, to zaraz się stresuję i muszę zacząć robić coś innego. Nawet jeśli bardzo chcę zabrać się za coś wcześniej, to po prostu nie mogę, bo mój mózg i moje ciało odmawiają mi posłuszeństwa.

Piszę to tylko z bezsilności. Boję się przyszłości, boję się, że zniszczę sobie życie, jeśli czegoś nie zrobię, albo z sobą, albo sobie. Nienawidzę siebie z każdym dniem coraz bardziej. Nie rozumiem innych i tego, jak to wszytko robią - jak się uczą, jak się rozwijają, jak pracują. Nawet jeśli kiedyś zdecydowałabym się skończyć te męczarnie, prawdopodobnie nie byłabym w stanie nawet usiąść i zawiązać pętli.

#uA5Wm

Wróciłem z pracy do domu z myślą, że zjem sobie na obiad porcję łososia, którą specjalnie odłożyłem dnia poprzedniego do lodówki. Zadowolony otworzyłem lodówkę, ale niestety, mojego jedzenia w niej już nie było. Wtem moja dziewczyna oznajmiła, że przeprasza, ale „musiała dać Kacperkowi, bo bardzo miał dziś ochotę na rybkę”. Pomyślicie, że dobrze zrobiła, przykładna matka, w końcu dziecko zawsze powinno być na pierwszym miejscu.

Wszystko pięknie, tyle że Kacperek to zasrany KOT. Przysięgam, kiedyś wymyślę sposób na to, jak się go pozbyć!
Dodaj anonimowe wyznanie