#p519W

Gdy miałam jakieś 11 lat, tata mój pracował z młodym chłopakiem (około 10 lat starszym ode mnie), który często bywał u nas w domu. Z opowiadań kuzynki wiedziałam, że lubi on dotykać małe dziewczynki, mi nigdy się to nie przytrafiło, więc przyjmowałam do wiadomości ten fakt, że koleś ma uchybienia, ale uważałam, że boi się mojego taty i nic mi nie zrobi.

Pewnego razu byłam sama w domu, on przyjechał, żeby zabrać jakiś sprzęt, który był im potrzebny. Akurat szukałam coś w szafie, stanął za mną i wsadził mi rękę w majtki, a ja nie zwracając uwagi na to, że nie ma nikogo poza mną w domu, wywinęłam mu się i uciekłam do koleżanki. Domu nie zamknęłam, ale bałam się wrócić, bo on tam był. Nikomu o tym nie powiedziałam. Długo nie mogłam znieść dotyku mężczyzn - wujka, który mnie przytulił na przywitanie, czy taty, jak składał mi życzenia. Wszystko to skutkowało napadem paniki, który umiałam ukryć (nikt nie wiedział), objawiało się to szumem w uszach i niemiłosiernie szybkim tętnem, aż kręciło mi się w głowie.
Ja nikomu o tym nie powiedziałam, kuzynki też milczały.

Karma jednak wraca, koleś w wieku 30 lat zmarł na raka prostaty... nie było mi go żal.

#qCi62

Zamieszkałam w jednym pokoju w akademiku z moją kopią i to pomogło mi się zmienić, bo odkryłam jak bardzo wkur*iająca jestem. Mojej koleżance morda się nie zamykała, ciągle tylko o sobie pierdoliła, użalała się nad sobą i nie dawała mi spać, bo była taka głośna. Do tego po sobie nie sprzątała i długo siedziała w łazience. Tak jej kuźwa nie cierpię, że się wyprowadziłam, ale zanim to zrobiłam, przeprosiłam moją byłą współlokatorkę (złotą kobietę) za to, że byłam taka zjebana, bo teraz wiem jak to jest mieć w pokoju takiego wrzoda.

#hol8U

Prowadziłam z siostrą salon fryzjerski. Powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu tu idealnie pasuje. Salon założyłyśmy dzięki wsparciu finansowemu od rodziców, z moich oszczędności i niewielkiego wkładu finansowego siostry (całe 35,50 zł). Miałyśmy się rozliczyć, gdy salon się rozkręci.

Pracowałyśmy zgodnie klika lat, ale nasze wypłaty były bardzo niewielkie, można rzec, że pracowałyśmy w wolontariacie ;). Zarabiałyśmy na utrzymanie salonu i to co zostało dzieliłyśmy równo na pół, czyli zazwyczaj mniej niż najniższa krajowa... Zastanawiałam się wiele razy, czy jest sens dalej to prowadzić, czy lepiej pójść do kogoś do roboty, ale ona ciągle mnie nakręcała, że jutro będzie lepiej. Miałyśmy coraz to więcej klientów i większe obroty, ale wypłaty pozostawały na tym samym poziomie, siostra mnie przekonywała, że więcej klientów= większe koszty utrzymania. Wierzyłam jej i nie przeliczałam utargów i wydatków, bo ona tym się zajmowała. Miałyśmy naprawdę dobre relacje. Nigdy nie podejrzewałam jej, że mogłaby działać na moją niekorzyść.
Gdy zaszła w ciążę, sama musiałam ogarnąć salon. I wtedy wszystko się wydało... Chciałam być fair wobec siostry, więc rzetelnie zapisywałam wszystkie wydatki i przychody. Wtedy zauważyłam, że giną pieniądze. Mówiłam o wszystkim mężowi. Gdy po raz trzeci kasa mi się nie zgadzała, zaczęłam zabierać do domu pieniądze. Wtedy po pracy przyjechała ona razem ze swoim mężem i zrobiła mi ogromną awanturę, że nie mam prawa zabierać kasy ze sobą, bo to własność salonu (chociaż to ja sama te pieniądze zarobiłam). Z dnia na dzień dowiedziałam się, ile tak naprawdę jestem w stanie zarobić i nigdy lepiej mi się nie wiodło jak teraz, gdy pracuję sama i jestem w stanie przyjąć mniej klientów, a zarabiam 3 razy więcej... No ale na tym nie koniec...

Wiem, że moja naiwność jest warta potępienia, ale klapki na oczach miałam solidne ;). Pojechałam się wyżalić mamie. Nie usłyszałam słów wsparcia, tylko niedowierzanie, że na pewno się pomyliłam. Po jakimś czasie zauważyłam, że moja rodzina mnie odtrąciła i nikt nie wierzy w moją wersję zdarzeń. Powiedziałam siostrze, że jak wróci do pracy, to na moich warunkach, założy swoją działalność, ja swoją i już nigdy nie będziemy miały wspólnej kasy. I co zrobiła? Zrezygnowała! Spłaciłam ją. Salon jest tylko mój. Lepiej mi się powodzi. Stać mnie na wszystko, ale nie mam już rodziny z mojej strony. Nie ma rodzinnych świąt, spotkań, urodzin. A ja mam opinię zimnej suki, która zostawiła ciężarną siostrę bez środków do życia. Wierzę, że dostanie od losu karę dokładnie taką, na jaką zasłużyła. W sądy się nie chcę bawić , bo szkoda mi czasu i nerwów. Chciałabym was przestrzec przed nadmierną ufnością wobec innych, bo kto ma miękkie serce, ten ma twardą dupę...

#iK8U7

Będzie o tym, jak matka wrobiła mnie w dziecko.

Zarys sytuacji: Z moim mężem jesteśmy po ślubie już 3 lata, a w związku prawie 7. Już od samego początku uzgodniliśmy, że dzieci w tym związku nie będzie - on słysząc płacz dziecka dostaje białej gorączki, a ja po prostu wiem, że byłabym beznadziejną matką. Dlatego aby zabezpieczyć się przed niechcianą "fasolunieńkom", ja biorę tabletki, mąż stosuje prezerwatywy. Tyle z zarysu, wracamy do sytuacji właściwej.

Oczywiście jak jest ślub, to są i pytania o "bombelki". Od samego początku odpowiadaliśmy zgodnie z prawdą - "kaszojadów" u nas nie będzie.
Teściowie nowinę przyjęli na spokojnie, poklepali syna po plecach i zażartowali, czy załatwiać nam już kota.
Natomiast w moją mamę jakby szatan wstąpił. Zaczęło się niewinnie, od tekstów w stylu "Przejdzie ci" albo "Jak już dziubasek będzie w twoim brzuszku, to od razu go pokochasz". Wysłuchałam, olałam. I jak już do mamy dotarło, że słowami nas nie przekona, przeszła do czynów.

Zaczęło się przychodzenie na kawę z moimi siostrzeńcami i bratankami (moje rodzeństwo weszło w wiek rozrodczy i mam aktualnie 7 dzieciaków w rodzinie, z czego żadne nie skończyło 8 lat). Wysłanie mi zdjęć cudzych "berbeci" z podpisami typu "A Hania/Zdzisia/Marysia już ma wnusia, czekam na swoje ;*". Gadanie, że to już najwyższa pora i niezajście w ciążę da mi raka macicy. Irytujące, ale nieszkodliwe.

Mamusia z każdy miesiącem bez "szkrabiczka" z naszej strony coraz bardziej fiksowała na tym punkcie. Jak się później dowiedziałam, w końcu nie wytrzymała i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
Na jednej z kawowych posiadówek wymsknęło mi się, że ginekolog kazał mi na jakiś czas odstawić hormony, powód nieistotny. Mamusia tak jakoś wtedy pojaśniała i poszła do łazienki. Tak, w łazience trzymamy prezerwatywy, przedziurawiła każdą jedną.

Niecałe trzy miesiące później dowiaduję się, że jestem w ciąży. No żeż ku... No nic, wpadłaś, powstań. Z mężem postanowiliśmy, że urodzę i oddamy. Rodzina poinformowana. Moja mama wpadła w furię na nasze plany, zaczęła wrzeszczeć i cutuję "To na ch**a ja te prezerwatywy wam poprzebijałam?!". I oto w ten sposób dowiedziałam się, że moja własna matka dba bardziej o przedłużenie rodu niż wolną wolę córki.
Z mamą nie mam kontaktu już ponad pół roku.


Dla ciekawskich, mój "pasożycik" ma się dobrze, zdrowy chłopczyk. Znaleźliśmy parę, która chętnie się nim zajmie. Niedługo termin. Trzymajcie kciuki, aby nie było komplikacji!

#IyzRs

Od małego miałam hopla na punkcie książek.
Ja nie czytałam, ja je pochłaniałam.
Później poszłam do szkoły i w gimnazjum, w pierwszej klasie, po kilku wypracowaniach nauczycielka zaczęła mnie "wypychać" na konkursy literackie. Wygrałam jeden, drugi, trzeci..
Pokochałam to, pisanie stało się moim życiem, w liceum wkręciłam się w stronkę dla pisarzy amatorów, a moje prace szybko stawały się popularne.
Siedziałam i pisałam i czułam się cholernie spełniona, nawet nie umiem opisać, jak bardzo to kochałam. Wracałam do domu, zamykałam się w pokoju i nie istniało nic poza muzyką i klawiaturą.

W końcu któregoś dnia postanowiłam ujawnić swoją pasję przed niczego nieświadomymi rodzicami i od razu bąknęłam przy rodzinie, że to jest to. Powiedziałam, że chcę pisać albo pracować w wydawnictwie, po czym pokazałam swoje prace rodzicom.
I przeżyłam gehennę.
Moja mama spaliła na moich oczach wydrukowaną wersję mojej powieści fantasy, którą napisałam tak "do szuflady". Usłyszałam, że moje prace są nic nie warte, że się nie nadaję. Ojciec otworzył inną z moich prac i wyłapując pojedyncze zdania wyśmiewał mnie i to co robię.
Nie chcę przytaczać słów, które wtedy usłyszałam, ale to trwało tygodniami, aż w końcu usunęłam swoje prace z internetu i odcięłam się od pisania.
I tak minęło sześć lat.

Zaczęłam pracę w zawodzie, którego nienawidzę i męczę się.
Jestem samotna i sfrustrowana, moje życie stało się przykrym obowiązkiem, męką.
Miesiąc temu wróciłam do domu pijana, usiadłam na podłodze i po prostu płakałam.
Miałam dość życia, nie chciałam tak dalej żyć i nie wiem co mnie tknęło, ale sięgnęłam po jakąś książkę. Popatrzyłam na okładkę i wpadłam w szał. Wyciągnęłam zakopane na dnie szafy pudełko z moimi rękopisami i znów płakałam. Czytałam i czułam jak ból rozrywa moje serce.
Jak w amoku wstałam, wyciągnęłam wino i usiadłam przed laptopem.
Odpaliłam worda i wpatrywałam się w czystą stronę, w głowie wciąż słyszałam głosy rodziców.
"Nie umiesz, beznadziejne, dno, żałosna pisanina..."
Nie przejmowałam się kieliszkiem, z gwinta napiłam się wina i dotknęłam klawiatury.
Kolejne godziny pamiętam jak przez mgłę i wcale nie chodzi o to, że byłam pijana.
Po prostu zatraciłam się w pisaniu, pierwszy raz od lat moje ręce tak sprawnie i szybko przemieszczały się po klawiaturze.

Trzy dni, trzy dni spędziłam przed komputerem. Wzięłam chorobowe, wstawałam tylko do toalety, jadłam jakieś wafle ryżowe i kiedy napisałam ostatnie słowo, poczułam ulgę.
Wylałam tam całą siebie i odżyłam.
Pisanie zawsze było moją pasją, tylko ono sprawia, że chcę żyć. Nie utknę w korporacji, nie pozwolę, by słowa rodziców znów mnie odcięły od pisania.
Oni sprawili, że przestałam wierzyć w to co robię, zabili moją pasję i marzenia, a ja teraz ja zrobię wszystko, by je reanimować.

#0Fd2Z

Wybrałem się w miejsce, w którym byliśmy z żoną na pierwszej randce. Wszystko dlatego, że przez nasze niepokrywające się harmonogramy pracy mamy bardzo mało okazji, żeby spędzać ze sobą czas. I to jest jedna z tych romantycznych historii, w której okazuje się, że dziwnym zrządzeniem losu ona też tam jest. Tylko że na randce z jakimś innym kolesiem.

#LYlE0

Bardzo dużo widzę tu ostatnio wpisów o teściowych. Oczywiście negatywnych. To teraz ja chciałam dla odmiany napisać o swojej.

Mam najcudowniejszą teściową na świecie. Jest dla mnie jak druga mama. Mogę z nią o wszystkim porozmawiać. Pomaga mi przy dziecku, żebym mogła na pół etatu pracować i nie zwariować w domu, choć sama ciężko i fizycznie pracuje. Wychowała 4 dzieci (4 synów), praktycznie sama, bo teść zawsze miał coś ciekawszego do roboty. Gdy poznałam męża, zawsze mówił jaka to jego mama jest super, jak ją poznam, na pewno ją pokocham, bo jest wspaniałą osobą. Nigdy nie pomyślałam sobie, że jest maminsynkiem, skoro tak mówi, wręcz podobało mi się to, że darzy mamę takim szacunkiem.
Jego mama nigdy nie prosi o pomoc, nigdy nie narzeka i nigdy się nie żali. Nie wtrąca się do naszego małżeństwa i do wychowania mojego syna. Zajmując się nim, zawsze robi to, o co proszę. Piecze najlepsze ciasta i najpyszniejsze torty. Sama mówi, że jestem dla niej córką, którą zawsze chciała mieć.

Ale wiecie za co ja ją uwielbiam najbardziej? Za to, że kiedy jej się pożaliłam, że mąż mi nie pomaga w domu i wytyka, że opieka nad dzieckiem i praca na pół etatu to jest urlop, nigdy nie powiedziała "mój synuś ciężko pracuje, więc masz mu wszystko podstawić pod nos", tylko wzięła go na rozmowę, powiedziała, że w sobotę we dwie idziemy na zakupy, do kina i na piwo, a on ma się zająć dzieckiem, posprzątać, zrobić zakupy, ugotować nam kolację i jak jeszcze raz powie, że nic w domu nie robię, tylko odpoczywam, to dostanie pasem. :D Jedna sobota wystarczyła, żeby dotarło.

#A7Vp1

Mój mąż jest przez wiele osób uważany za debila, a dlaczego? Bo nie potrafi poprawnie pisać, nawet jeśli coś pisze na komputerze, to robi takie błędy, że aż ciężko się doczytać. Poza tym mój ukochany jest ciemny z historii, nie zna żadnych dat, wydarzeń itp., nie zna się na polityce, a tak w ogóle to jest po podstawówce, więc wiadome - patologia w oczach wszystkich. Ja pochodzę z rodziny, gdzie ten kto nie skończy studiów jest nikim i w mojej rodzinie są wszyscy po studiach z wyjątkiem mnie, ponieważ zrezygnowałam po 2 tyg. Z dobrego liceum przeszłam do zawodówki, więc w oczach rodziny byłam zerem, a jak poznali mojego narzeczonego, powiedzieli wprost "albo z nim zerwiesz, albo wynocha".

Mój partner mieszkał w małej kawalerce po dziadku, więc miałam gdzie pójść. Może i nie ma wykształcenia, ale za to ma zalety, m.in. jest pracowity i oszczędny. Kiedy chodziłam do szkoły, mój mąż zrobił prawo jazdy na C+E. Moja rodzina oczywiście pytała "Skąd ten przygłup ma na to pieniądze? Pewnie kradnie", bo przecież według moich rodziców człowiek bez studiów gówno może zarobić. Po skończonych kursach mój mąż zaczął jeździć tirami, najpierw w Niemczech, później w Norwegii, a na końcu został przy Szwajcarii. Ja spędzałam wolny czas z nim w trasie i dzięki temu zwiedziłam większość państw w Europie.

Kiedy moje rodzeństwo na koszt moich rodziców studiowało i podróżowało, mnie utrzymywał mój mąż. Wzięliśmy ślub, który wyprawiliśmy za jego pieniądze. Parę lat później mąż otworzył firmę transportową, a jako że miał już znajomości, szybko znalazł klientów w Polsce i za granicą, a ja znalazłam dobrze płatną pracę w moim zawodzie. Na początku było ciężko, ale musieliśmy poradzić sobie sami i z czasem daliśmy radę.

Kiedy moja siostra powiedziała rodzicom, że bierze ślub, zaznaczyła przy tym, że rodziców obowiązkiem jest zasponsorować jej wesele. Kiedy okazało się, że suknia ślubna należy do najdroższych, a wesele ma odbyć się w pałacu, chcieli się zapożyczyć u mojego męża. Odmówił im, ponieważ byliśmy w trakcie budowy domu. Co na to moja mama? "Budowa domu może poczekać, a ślub Asi nie". W rezultacie rodzice wzięli kredyt na ślub, na który nas nie zaproszono.

Minęły lata, siostra mieszkała z mężem u moich rodziców, jej mąż sprzedaje ubezpieczenia, ona jest bez pracy. Miesiąc temu rodzinka zaprosiła nas na obiad, podczas którego rodzice poprosili, żebym spłaciła ich długi dlatego, że po ich śmierci bank zabierze dom, a Asia musi gdzieś mieszkać. Dzisiaj dostałam SMS-a od mamy, że składa wniosek o alimenty. Teraz nie dziwię się mojemu bratu, że uciekł po studiach do Holandii i nie ma kontaktu z rodzicami.

#YJhGa

Jestem mamincórką (?).
Mam 22 lata i zauważyłam, że jestem uzależniona od mojej mamy. Mimo że często mnie irytuje, często się kłócimy, to nie potrafię zrobić nic bez jej opinii. Każda moja decyzja życiowa jest tak naprawdę konsultowana z moją mamą.
Kiedy kupię sobie jakieś ubranie i jej się nie spodoba, to wpadam w zły nastrój.
Boję się wyjść za mąż, że bez mamusi sobie nie poradzę.
Boję się, że mój facet będzie miał z tym problem.
Koleżanka wypomina mi, że żyję dla matki, nie dla siebie. Że nie jestem samodzielna.
A ja kompletnie nie wiem co mam na to zaradzić, bo non stop z tyłu głowy mam "co mama pomyśli...".
Porażka.
Dodaj anonimowe wyznanie