#dYDkA
.
Jestem już po 30. Pracuję, ale zaliczam się do tzw. biednych pracujących.
Pochodzę z biednego domu na wsi, wychowywała mnie tylko mama, której obecnie pomagam finansowo, mama ma tylko rentę - choruje na nowotwór. Nie stać jej było na zapewnienie mi jakichś kursów, choćby na prawo jazdy. Dodatkowo jestem osobą, która kompletnie w siebie nie wierzy i wszystkiego się boi. Dlatego trzymam się tej pracy, bo zwyczajnie obawiam się, że w innym miejscu nie dam sobie rady. Poza tym w moim mieście ciężko o dobrą pracę bez konkretnych kwalifikacji, których nie posiadam.
Mam wokół dużo znajomych, koleżanek i kolegów, którym powodzi się finansowo. Niektórzy zawdzięczają to wyłącznie rodzicom czy znajomościom.
Coraz częściej łapie mnie dół i złość, gdy słyszę o kolejnych wakacjach zagranicznych, podczas gdy ja nigdy nawet nie byłam poza Polską.
Wstyd mi mówić o tym wśród znajomych, dlatego postanowiłam obnażyć swoją frustrację tutaj. Trochę lżej na duszy.
Rozejrzyj się po pracach i zastanów się co byś chciała robić, a potem sprawdź jakie wykształcenie/umiejętności są wymagane i zacznij się uczyć po południu. Chyba lepiej energię spożytkować na rozwój który zaprocentuje niż na bezczynna zazdrość.
Mam koleżankę, która traci czas na podobne zazdrości. Płakała 2 lata jak jej źle w Pl w małym mieście, brak pracy , perspektyw. Chciała do UK, udało się. Pierwsze kilka tygodni płacz, pracy nie ma mimo, że CV rozsyła - mówię, idź z buta i zanieś - "nie, bo nikt tak nie robi, wezmą ją za wariatkę". Teraz płacz, że jej źle, bo pracy mało a z racji, że pobiera socjal na chore dziecko to nie może pracować więcej niż 16h/tydz. Zasugerowałam jej, żeby dorabiała na czarno - "nie ma takiej pracy, wszystko tylko legalnie", mówię idź chociażby sprzątać komuś dom 1-2x w tyg.(przecież norma, że to bez umowy). A gdzie ona ma taką pracę znaleźć? Najprostsze rozwiązanie - idź na osiedle domów i pytaj. Nie pójdzie, bo nie ma siły/czasu itd. Może z Tobą autorko jest podobnie?
Właśnie tacy ludzie tak mają. Zbyt dużo myślą jak zdobyć kasę, na co tracą czas, który mogli by poświęcić na właśnie zarabianie. Każdy to sobie marzy zacząć od znaczących sum, co jest praktycznie niemożliwe. Rozejrzyj się dookoła, wszędzie masz miliony promocji na dosłownie wszystko, by zacząć zarabiać, zacznij oszczędzać i wyłapywać okazje.
Pieniądze dają możliwości i bardzo ułatwiają życie, dlatego są ważne, ale samego szczęścia nie dają.
Tak się mówi, że pieniądze szczęścia nie dają, ale za te pieniądze możemy mieć coś co daje nam szczęście.
Zgadzam się, ale jeśli brakuje w naszym życiu ważnych "rzeczy niematerialnych" to pieniądze nie zapełnią tej pustki.
Owszem pieniądze szczęścia nie dają, ale tak lepiej płakać w Ferrari
Blink - tak, ale jeśli masz do wyboru płakać w ferrari albo cieszyć się w oplu to dalej wolisz to pierwsze? Bo ja osobiście nie, ale każdy ma prawo do swojego zdania i odczuć :)
Gorzej, jeśli nawet na opla Cię nie stać, jak autorkę wyznania.
Nie, wolę być szczęśliwa w Oplu, ale jakbym i tak miała być nieszczęśliwa to bym jednak wolała w Ferrari
PrzezSamoH, nie zgodzę się. Rzeczą niematerialną są np. niezapomniane widoki z wakacji na Karaibach, a można ich doświadczyć mając pieniądze.
Blink - no to jest raczej oczywiste, że jak ktoś ma dwie identyczne sytuacje poza aspektem finansowym to zawsze lepsza jest ta, gdzie ma pieniądze. To nawet dziecko rozumie;)
charade - dlatego też podkreśliłam, że pieniądze są ważne i poprawiają jakość naszego życia, nikt temu nie zaprzecza. Dla mnie nawet najpiękniejszy widok nie będzie miał znaczenia, jeśli nie będę miała z kim się nim podzielić lub ta osoba nie będzie tego warta.
Kluczowe tu jest to, że dla każdego szczęściem będzie co innego.
Dla mnie na przykład szczęście to wolność i podróże, a do tego trzeba pieniędzy.
Rzeczą niematerialną są nie tylko uczucia.
Zalezy jakie kwalifikacje. Jak języki, Excel, czy triki zarządzania zasobami ludzkimi - to do tego kasy nie potrzebujesz żeby się nauczyć. Wystarczy net i samozaparcie.
W pewnym momencie życia musisz zaryzykować zainwestowanie w siebie. Zapisać się na kurs językowy i opłacić go w ratach, zaryzykować zmianę pracy pomimo obaw, że Cię wywalą po okresie próbnym itd. Większość obaw się nie sprawdza realnie a każdy mały sukces pomoże Ci uwierzyć w możliwość kolejnych
Wiem że czasem ciężko się przemóc, ale nie trać energii na zazdrość. Lub zmień ją tak by dawała Ci kopa do zrobienia czegoś ze sobą. Czasem człowiek ma obawy które później okazują się niepotrzebne, więc jeśli boisz się wielkich wyzwań, zacznij od czego małego. Daj sobie czas, stosuj metodę małych kroków i próbuj tak coś robić w życiu. Może się uda?
Jeszcze czasem los sie odmieni, ja też bardzo długo nie byłam nigdzie, nawet w polsce w wazniejszych miastach, ani w warszawie, ani w krakowie ani w zakopanem, czy nie w szczesinie czy gdansku, raz byłam we Władysławowie na koloni, i tyle ...ale los się odmienił, moneta jest po mojej stronie teraz dużo podróżuje i w ogole mam ciekawe życie. Kto wie może ci się odmieni jeszcze. Trzymam kciuki.
Ja tam jednak wolałbym pieniądze niż szeroko pojęte szczęście. I tak nie wierzę w miłość, lojalność przyjaciół i rodzinę, więc za odpowiednią cenę bym to wszystko sprzedał z uśmiechem. Rzucił bym nawet studia, bo po co się uczyć i pracować jak można " balować" ( nie chodzi o imprezy same w sobie, raczej bym ich unikał, tak jak robię to teraz, obecnie jestem narażony na kontakt z ludźmi, będąc bogatym nie musiałbym na nich patrzeć. ), niszczyć ludzi, których się nie lubi, sterować gospodarką, wplywać na politykę, budować własny program kosmiczny, tak chyba własny program kosmiczny, fabryki broni, elektroniki i roboty to coś co by mnie najbardziej jarało mając kasę, do tego pisanie książek i kręcenie super filmów. Tymczasem do czasu aż odziedziczę rodzinny spadek muszę sobie radzić przes te lata. Ale nie jest źle, nie narzekam.
Jeśli piszesz to serio, to wiesz... w moich oczach jesteś bardzo smutnym i samotnym człowiekiem. Gdzie jeszcze mogę zrozumieć brak wiary w lojalnych przyjaciół, czy też "posiadanie" (dziwnie to brzmi, ale brakuje mi słowa) lojalnych przyjaciół... To brak wiary w rodzinę i miłość... Zasmuca mnie to zwyczajnie.
Wiem, że przyjaciele mogą się odwrócić, być jedynie wtedy, kiedy oni nas potrzebują... Ale żeby rodzinę?
Oczywiście każdy może się na czymś / kimś innym zawieść: jedni na rodzinie i znajdą oparcie w przyjaciołach, a drudzy odwrotnie.
Każdy w sumie powinien mieć kogoś, kto go wesprze i po prostu nawet posiedzi w milczeniu. Od tak.
A Ty... Ty jesteś samotnym, zgorzkniałym już chyba człowiekiem, chociaż bardzo młodym.
Jestem gówniarzem, nic nie wiem o życiu, nadal się uczę życia, chociaż według metryki mam prawie 30. Jednak sam fakt, że mogę porozmawiać z Mamą o wszystkim, zarówno o rzeczach poważnych, jak i błahych... jest wspaniały,
Już pomijając Darka, bo on jest tu dość znany, ale dlaczego uważacie, że człowiek nie może być szczęśliwy bez miłości, przyjaciół i rodziny? Bo wy nie wyobrażacie sobie takiego życia? Szczerze mówiąc, ja jako introwertyczka, mogłabym żyć sama i być szczęśliwa. Uwielbiam podróżować samotnie, być zdala od ludzi, nie mam bliskich przyjaciół, jedynie znajomych, z którymi lubię spędzać czas tylko raz na jakiś czas. Żyję z dala od rodziny, widuję ich średnio dwa razy w roku. Choć ich kocham, to nie tęsknię, bo taki mam charakter, że nie przywiązuję się do ludzi. Mam chłopaka, ale nasz związek opiera się na tym, że oboje jesteśmy samotnikami i zdarza się, że któreś z nas wyjeżdża gdzieś tylko po to, żeby pobyć samemu. Nie jestem nieszczęśliwa, wręcz przeciwnie, uwielbiam swoje życie bo taką mam osobowość i jest mi dobrze samej ze sobą.
I tu nie chodzi o to, że zawiodłam się kiedykolwiek na kimś, bo nigdy mi się to nie zdarzyło, mam naprawdę cudowną rodzinę i wspaniałych znajomych od wielu lat, po prostu nie potrzebuję w swoim życiu innych ludzi tak bardzo jak większość osób.
Tak trudno jest zrozumieć, że każdy z nas jest inny i czego innego potrzebuje do szczęścia? Dla kogoś to będzie rodzina, miłość i przyjaciele, a dla mnie na przykład to samotność, wolność i podróże.
Ja mam podobnie, mam 32 lata i mieszkam z mamą. Nie mam już siły i motywacji. Skończyłam licencjat, ale to w tym kraju tylko papierek, więc bardziej dla siebie. W małym miasteczku, w którym mieszkam, nie ma pracy poza taką na kasie w spożywczaku, w trochę większym mieście obok pracy jest mało, za to dojazdu nie ma. Muszę więc pracować, też zresztą za grosze, w dużym mieście i płacić kilka stów miesięcznie za dojazd. Czekam już tylko na śmierć.