#gcRnE

Kilka lat temu zmagałam się z depresją do tego stopnia, że aż nazbyt często pojawiały się myśli samobójcze. Chciałam z tego wyjść, ale na swój sposób.

Szukałam jakiejś motywacji w internecie i tak też napatoczyłam się na czat dla osób z depresją. Typowo po angielsku, może z 20-30 osób, a na pasku bocznym spisane numery z kilkunastu krajów, pod które można się zgłosić z tym problemem, no i najważniejsze - anonimowość. Idealna szansa, by się wygadać i poradzić.

Na początku kompletnie nie potrafiłam się odezwać. Wadą takiego czatu jest to, że ma dostęp tam właściwie każdy - a nie każda porada jest dobra. Zniechęciłam się czytając długą tyradę na temat tego, jak to depresja jest tylko iluzją w naszych głowach, o tym, że zawsze mamy dla kogo żyć, czyli takie "idź pobiegać".

Nagle na czacie odezwała się jakaś dziewczyna z nietypowym problemem. W kilku linijkach tekstu opisała, że do jej miasta przyjeżdża za kilka dni telewizja na jakiś festiwal, na którym ma występować na scenie. Cokolwiek to była za okazja - miała problem z rozdrapanymi krostami, które bardzo rzucały się w oczy. Nie mam bladego pojęcia jak trafiła na ten czat (podejrzewam, że zaglądała tam już wcześniej z wiadomych powodów), ale wtedy też pierwszy raz się odezwałam, polecając dosyć ogólnodostępny produkt, który nie raz mnie samą wyratował. Nawet dokładnie opisałam skład i działanie, by w razie czego znalazła zamiennik. W napływie odwagi od razu zakazałam jej to dalej rozdrapywać.

Do teraz pamiętam, jak dziękowała za porady. Niby taka drobnostka, a poprawiło mi to humor do tego stopnia, że niedługo potem również zniknęłam z tego czatu. Podczas gorszych dni często przypominam sobie tą drobnostkę, co zawsze mnie rozwesela.

#Lf1CI

Mieszkam na obrzeżach całkiem sporego miasta. Wszyscy uważają mnie za osobę bardzo ciepłą, poukładaną, która nie musi się o nic martwić. Nikt nie zdaje sobie sprawy, jak tak naprawdę wygląda moje życie.

Od dzieciństwa pamiętam jak z niecierpliwością czekałam w swoim pokoju, żeby dowiedzieć się w jakim stanie wróci z pracy mój ojczym. Bałam się, czy będzie pijany i będzie wszczynać awantury. Potrafiłam nie spać aż do rana, aż do momentu jak on wejdzie do domu. Nigdy nie przyznawałam się do tego nikomu, starałam się być silna, gdyż jestem najstarsza z z rodzeństwa. Nie chciałam martwić młodszych braci.

Nie pamiętam żeby kiedykolwiek przyznał on, że jest z nas dumny. Pomimo naszych dobrych wyników w nauce, a teraz sukcesów w pierwszej pracy. Ciągle się tylko czegoś czepia. Nigdy mu nic nie pasuje. Praktycznie co weekend znajdzie sobie powód do narzekań.

Moi przyjaciele nic o tym nie wiedzą, a nawet nie przypuszczają jak wygląda moje życie. Widzą tylko obrazek pięknej rodziny, która dobrze się dogaduje. Czasami chciałabym im uzmysłowić jak jest naprawdę, ale boję się ich oceny i jak będą mnie traktować w przyszłości. Nie jestem tak zwariowaną i spokojną dziewczyną na jaką wyglądam...

#WqXuX

Nienawidzę, kiedy ludzie mnie chwalą.
Za każdym razem, kiedy słyszę jakikolwiek komplement, mam ochotę jak najszybciej uciec. Wystarczy mi powiedzieć, że zrobiłam coś dobrze - automatycznie skręca mnie w środku.
Nie obchodzę swoich urodzin, bo wizja dostawiania życzeń to dla mnie koszmar. Uprzejmości na wszelkiego rodzaju święta - okropieństwo. Dzielenie się opłatkiem? Nawet mi nie przypominajcie.
Chwalić innych, składać im życzenia - nie ma problemu, cieszy mnie, kiedy komuś jest po prostu miło, dzięki moim słowom.
Ale w drugą stronę? Nie ma opcji.
Szczególnie w relacjach z bliskimi mi ludźmi. Bo oni chcą być tak po prostu mili - a mnie to niesamowicie irytuje.
Jakiekolwiek miłe słowa sprawiają, że mam ochotę schować się i płakać jak dziecko, któremu zabrało się zabawkę.

Nie wiem skąd mi się to wzięło. Nie jestem nieśmiała, nie mam też żadnej samozwańczej depresji czy traumy. Wręcz odwrotnie - jestem typem człowieka, który cieszy się życiem. Wszystko mi się dobrze układa. A jest tak odkąd tylko sięgam pamięcią.

#mzvQd

Minęło 1,5 roku, odkąd miałam cesarkę. Ćwiczę, jem zdrowo, jest OK, ciało zbite i umięśnione oprócz brzucha, do którego nie wróciło pełne czucie.

Nie ma to jak gratulacje drugiej ciąży od obcych ludzi i pytanie kiedy rodzę, oraz ustępowanie miejsca w komunikacji miejskiej... Oczywiście szybko prostuję, że jestem po prostu gruba (po co mówić o problemach po cesarce), a miejsce odstępuję innej osobie potrzebującej :)

Na moje szczęście zaczynam czuć powoli mięśnie dolnej partii brzucha :)

#5Ah7o

Jako dziecko bardzo nie lubiłam chodzić do przedszkola. Źle. Nie to, że nie lubiłam, co po prostu się bałam. Czego? Kogo? Przedszkolanki. Nie robiła żadnej krzywdy, była przemiłą osobą, ale za każdym razem na jej widok zaczynałam płakać. Tak bardzo, że nie dało się mnie uspokoić.

Twarz tej przedszkolanki... Była cała pokryta pryszczami. Takimi brzydkimi. Wyglądało to okropnie. W mojej pięcioletniej główce wywoływał ten widok strach. Ubłagałam mamę, wręcz na kolanach, żeby mnie stamtąd zabrała. Odniosłam wymarzony efekt. Zostałam zapisana do zerówki i tam już nie miałam takich przygód ;)

A tę panią najmocniej przepraszam. Dzisiaj jest mi za to wstyd, mimo że byłam dzieckiem :(

#fjaqG

Mam 23 lata i jestem dziewicą. Nigdy nie miałam chłopaka, nie wiem co jest ze mną nie tak, ale interesują się mną same kobiety. Nie odstaję od reszty moich rówieśniczek, niektóre już biorą śluby.

Z chłopakami całowałam się dwa razy i to dwa razy w klubie, nic więcej, to cały mój bliższy kontakt z mężczyznami. Może i nie jestem zbyt towarzyską osobą, ale jakiś kontakt z ludźmi potrafię nawiązać.

Nie wiem z czego to wynika, ale zaczyna mnie to boleć. Nie rozumiem, czemu kobiety do mnie lgną i tu niestety nie przesadzam. Nikomu wcześniej o tym nie mówiłam i jest to moje pierwsze wyznanie na tej stronie.
Obawiam się, że nigdy nie będę umawiać się z żadnym mężczyzną, nie znajdę miłości, a ostatecznie zostanę sama.

#S08jH

Mam 12 lat i chcę tu opisać swoją historię. Nie będzie to historia typu: Oj, ja biedna, chłopak z podstawówki mnie nie kocha, zerwał po trzech dniach, tnę się. Nie. Zupełnie co innego. Takie użalanie się nad sobą. Do rzeczy.

Odkąd pamiętam mama się nade mną znęcała. Fizycznie i psychicznie. Gdzie był tata, zapytacie. Otóż tata był za granicą, pracował tam. Kiedy miałam 6 lat, wrócił na stałe do PL. Mama nie przestała mnie bić. Było tak samo. Tata na początku mnie bronił, ale później, jakoś przestał. Wychodził sobie do innego pokoju, udawał, że nie słyszy mojego krzyku. I tak przez 12 lat.

Kiedy urodził się mój brat, nazwijmy go Przemek, moja mama okazywała mu agresję taką samą, jaką mnie. Pamiętam krzyk rocznego dziecka przywiązanego do kaloryfera, albo brak tego krzyku, kiedy zawijała go w "naleśnika" przy pomocy prześcieradła i zakrywała mu usta apaszkami, czy też szalikami. Denerwowała się o wszystko.

Najgorszym incydentem było to, jak trafiłam do szpitala ze wstrząśnieniem mózgu, bo jak dawałam jej syrop malinowy rozrabiany z wodą, to ona stwierdziła, że proporcje są nie takie i że ona powiedziała, jakie one powinny być. I klasyk. "Ja się nie będę powtarzać. Ja mówię raz, a ty gnoju słuchaj, bo cię zabiję, rozumiesz?"

Ostatecznie nie domyśliłam się jakie to mają być proporcje i dostałam w głowę drewnianym krzesłem. W szpitalu mama kazała mi powiedzieć, że poślizgnęłam się na basenie.

Podobne sytuacje nie zdarzały się sporadycznie. Bicie do krwi, czy ciężkie pobicie kablem tak, że nie mogłam się ruszyć, zdarzały się często. To tylko kilka historii, wszystkich bym tu nie zmieściła, nawet wszystkich nie pamiętam, było ich mnóstwo. Najciekawsze było to, że zwykle przepraszała na kolanach, że ona się zmieni, bla, bla, bla. Cóż za herezje. 2 tygodnie przerwy i od nowa. To samo.

A co do taty, to... Może mnie nie bije i nie nęka, ale robi coś niedobrego. Oby nie posunął się dalej. Często wchodzi mi do łazienki, ja zawsze zamykam się na klucz, jednak tata umie otworzyć, komentuje mi moje miejsca intymne, mówi, że mam ładne piersi i że powinnam chodzić w obcisłych ubraniach bez stanika, bo najlepiej wyglądam, gada, że fajnie wyglądają moje sutki, że mam fajne owłosienie w miejscach intymnych. Zaczynam się go bać, mam nadzieję, że przestanie z tymi sprośnymi rzeczami. Jednak ja... Zwyczajnie boję się zadzwonić na policję. Nie mam odwagi. Mam w głowie taką myśl, że to przecież moi rodzice, kocham ich, mama mnie przeprasza, inni mają gorzej. Albo jakby policja mi nie uwierzyła, bo przecież bunt i te sprawy, to byłoby piekło w moim domu. To mnie powstrzymuje od zawiadomienia odpowiednich służb.

Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca. Dziękuję za przeczytanie. Nie wiem co robić, doradźcie mi.

#YZg2K

Historia, którą opiszę, wydarzyła się niedawno. Wtedy moja babcia zaczęła poważnie chorować. Moi rodzice musieli bardzo często ją odwiedzać, by sprawdzić jak się czuje, co najmniej raz w ciągu dnia. Zajmowało im to sporo czasu (babcia mieszkała 30 kilometrów od naszego domu, a nikt inny z rodziny jej nie odwiedzał). Ze względów praktycznych postanowili, za jej zgodą, zmienić jej lokum z domu do mieszkania w bloku, piętro wyżej od nas. To też pozwoliło mi i mojej siostrze odwiedzić ją przy okazji powrotów ze szkoły, bo wcześniej nie mieliśmy takiej możliwości (wcześniej odwiedzaliśmy ją maksymalnie raz w tygodniu, z powodu nauki).

Tu wszystko się zaczyna. O istnieniu mojej babci przypomniała sobie nagle jej córka (i siostra mojej mamy) i po 20 latach braku kontaktu postanowiła go odnowić (zaznaczę, że mieszkała w tym samym mieście, co jej mama). Na początku sama dzwoniła do swojej matki, a gdy (podobno) dowiedziała się, że zbyt rzadko (zdaniem babci) się odwiedzamy, ta do swoich "odwiedzin" postanowiła wykorzystać nas. Dzwoniła co godzinę i kazała nam iść do babci i zrelacjonować jej samopoczucie.

Już na drugi dzień postanowiliśmy zablokować jej numer.

Po jakimś czasie ciotka stwierdziła, że musi wziąć los w swoje ręce i postanowiła... przeprowadzić się do mieszkania znajdującego się piętro wyżej od mieszkania mojej babci. Ciotka odwiedziła babcię dzień po przeprowadzce, a potem; przez kolejne 3 miesiące, nie odwiedziła swojej matki ani razu, co było podyktowane tym, że "nie ma czasu" (problem w tym, że za każdym razem, jak tylko się widzieliśmy, twierdziła, że "w bloku jej się nudzi i nie ma co robić".) Babcia jej wtórowała, przy okazji mówiąc nam, że "nas jest 4, to chociaż jedna osoba ma czas dłużej ze mną posiedzieć".

To nie zwiastowało tragedii, która się wydarzyła.

Kilka miesięcy przed przeprowadzką ciotka rozwiodła się ze swoim mężem. Miała z nim trzy córki (odpowiednio w wieku 3, 5 i 7 lat). Dzieci przebywały raz u niego, a raz u niej. Wszystko się skomplikowało wtedy, gdy po tej dłuższej przerwie ciotka nie postanowiła odwiedzać babci CODZIENNIE. Na czas tych odwiedzin dzieci przebywały u nas, bo jak ciotka twierdziła, babcia ich nie toleruje. Prawie codziennie robiliśmy za darmowych opiekunów (kiedy ja z siostrą wracaliśmy ze szkoły, moi rodzice dopiero jechali do pracy, więc cały czas ktoś był w domu). Już w pierwszy dzień tego pilnowania jej dzieci wywiązała się niemiła sytuacja (jedna z wielu): ciotka zapowiedziała moim rodzicom, że tylko jedzie do sklepu i nie będzie jej maksymalnie godzinę. Zostawiła dzieci o 9, a o 18, gdy poszedłem sprawdzić, gdzie ciotka jest, okazało się, że cały dzień siedziała u babci, a o zakupach kompletnie zapomniała. Innym razem dzieci czekały pod drzwiami naszego mieszkania ponad 6 godzin, bo moi rodzice musieli pilnie gdzieś jechać i nie było ich cały dzień. Co z tego, że dzień wcześniej ciocia została poinformowana, że rano nikogo nie będzie.

Po śmierci babci, ciotka wyprowadziła się i nie ma z nią kontaktu.

#Nfapa

Jestem mężatką od siedmiu lat, swojego męża znam od dwunastu. Mój Jarek kiedyś był człowiekiem pełnym pasji i zapału. Nie było takiej rzeczy, której by nie sprostał. Gdy ja zastanawiałam się czy iść na bardzo wymagające studia, on szczerze mnie do tego zachęcał. Sam również skończył ciężkie studia, właściwie bez większego wysiłku. Był moim idolem.

Od jakichś trzech lat z moim Jarkiem jest ciężko. Zaczęło się niewinnie, od pojedynczych narzekań. Potem coraz częściej zostawaliśmy w domu, zamiast wychodzić gdzieś ze znajomymi. Gdy pojawił się nasz synek, mój mąż postanowił, że to on zostanie w domu i zajmie się młodym. Proponowałam mu, że ja mogę zawiesić pracę na jakiś czas, a potem małego do żłobka i jakoś damy radę. Moja mama także mieszka niedaleko, więc mogłaby go przypilnować. Nie, zaparł się, że on chce zostać w domu i nie było dyskusji. Nie uważałam tego za dobry pomysł, ale zgodziłam się.

Przykro mi teraz patrzeć na swojego męża. I tu nie chodzi o to, że został w domu z dzieckiem, bo to mu w niczym nie uwłacza. Chodzi o jego nastawienie do życia. Wiem, że mamy szczęście i ułożyło nam się w życiu, ale to nie powód by teraz niczego nie zmieniać. Widzę, że nie jest szczęśliwy, ale nie potrafi tego zmienić. Jest strasznie obojętny na wszystko, niczego nie pragnie, do niczego nie dąży. Pomimo tego, że cały dzień siedzi w domu, to nigdy nie ma w domu obiadu, ciuchy nie są wyprane, w domu jest syf. Moja mama przychodzi do nas codziennie, a jego odwiedza go minimum trzy razy w tygodniu. Czasami biorą też małego do siebie na cały dzień. To nie jest tak, że nie ma czasu, ani że mu się nie chce. On nie widzi potrzeby.

Mieszkamy w bloku. Moim marzeniem zawsze była wyprowadzka do domu jednorodzinnego. Znalazłam działkę w okazyjnej cenie, blisko miasta, na koncie miałam sporo gotówki. Gdy do niego poszłam i powiedziałam mu o swoich planach, to tylko wzruszył ramionami. "Chcesz, to się buduj", tylko tyle usłyszałam. Wiem, że jemu też nie jest łatwo ale sam zdecydował się na taki układ. Na moje propozycje poszukania żłobka, reaguje w podobny sposób. "Chcesz, to sobie szukaj". Dramat. Mam dosyć tego, że wiecznie muszę być osobą decyzyjną. Nie tak to powinno wyglądać. Jakbym żyła i mieszkała z robotem, a nie z facetem, za którego wyszłam. Proponowałam psychologa, tylko na ten temat ma jakieś zdanie - kategoryczne nie.
Dodaj anonimowe wyznanie