Pewnie macie w swoim otoczeniu tzw. "toksyczne osoby", takie z którymi wolicie się nie zadawać. Otóż ja jestem jedną z tych osób.
Od kiedy zdałam sobie z tego sprawę nawiedzają mnie codziennie moje błędy. Jak to wygląda? Kiedy np. czytam książkę, nagle w mojej głowie pojawia się obraz sytuacji w której źle zareagowałam, powiedziałam coś nieodpowiedniego, swoim zachowaniem sprawiłam, że ktoś mógł się poczuć urażony, mówiłam tylko o sobie lub kłamałam. Nienawidzę siebie za to jaka byłam. Piszę to tutaj tylko dlatego, że nie mam nikogo komu mogłabym o tym powiedzieć, a potrzebuję szczerej rozmowy. Może kiedyś to z siebie wyrzucę i będę mogła zapomnieć o przeszłości oraz moim okropnym charakterze, i będę mogła w końcu znaleźć kogoś bliskiego. Na razie będę walczyć o lepszą siebie.
Kiedyś kiedy byłem mały, marzyło mi się żeby zostać Jarosławem Kaczyńskim.
Zastanawiam się od jakiegoś czasu czy ktoś rzucił jakąś klątwę na kobiety z mojej rodziny ( od strony mamy ). Moja prababcia miała ponoć okropnego męża, dlatego ciągle jeździła do córek, wnuczek itd. Nigdy pradziadka nie poznałam więc słyszałam to z opowieści.
Moja babcia też najlepiej nie trafiła bo dziadek do dziś wyzywa ją i krzyczy na cały blok. Moja mama ma trzy siostry, z czego jedna jest po rozwodzie, druga ma męża, z którym jest nieszczęśliwa, ponieważ, krzyczy, wszystkim rządzi i w o ogóle nie poświęca czasu synowi, który jest trochę opóźniony umysłowo.
A moja mama cóż, też całe życie męczy się z krzyczącym ojcem, który traktuje ją jak głupią idiotkę a nie swoją żonę. A ja? Właśnie wczoraj mój mąż nazwał mnie suką i żebym się osrała swoim lenistwem (dwójka małych dzieci, czysty dom, pranie, zmywarka, obiady - norma).
Pękło coś we mnie w momencie, gdy mój 3-letni syn go zapytał: tato mówisz do mnie czy do mamy?
Na dniach wyprowadzam się do rodziców, choć ciągle zastanawiam się gdzie jakiś szacunek do matki swoich dzieci? Nie zasługujemy na to? Czy to z nami jest coś nie tak?
Trzymajcie kciuki, choć szkoda, że mając 25 lat jestem skazana na samotność, bo biorąc pod uwagę naszego pecha już nie zaufam żadnemu mężczyźnie.
Mam w domu lodówkę, która ma na zewnątrz kostkarkę do lodu.
Kiedyś robiłam imprezę urodzinową na 30 osób. Dużo, czy mało, nie sposób było widzieć co każdy robi. Rano obudziłam się pierwsza, skacowana poszłam do lodówki żeby nalać sobie wody i dosypać kostek z lodówki. Naciskam ,"wodę", leje się. Naciskam ,,lód" - też się leje. Nie wzbudziło to moich wątpliwości, stwierdziłam że ta druga woda się nie zdążyła zamrozić. To była wódka.
Jestem osobą bardzo ciepłą, otwartą i kochającą. Wydaje mi się, że to przez to, że miłości brakowało mi gdzieś tam w dzieciństwie. Teraz próbuje dzielić się wszystkim co mam z innymi.
Jestem dawcą krwi, pomagam różnym organizacjom i staram się być dobrym człowiekiem, uczyć się na błędach i ciągle się rozwijać. Przeżyłam swoją pierwszą miłość, nie ma nic tu dużo do opowiadania. Czas był nieodpowiedni i byliśmy za młodzi.
Od tamtego czasu minęło parę lat a ja nigdy nie potrafiłam się znowu zakochać. Próbowałam, ale zawsze tak bardzo się bałam że zostanę zraniona i nigdy po prostu nie wychodziło. Parę miesięcy temu poznałam chłopaka (nazwijmy go Tomek), miałam bardzo wielki dystans i starałam się panować nad uczuciami.
Przeżyliśmy mnóstwo świetnych chwil, wyznał mi miłość i chciał bym była jego pierwszą miłością. A ja po prostu się poddałam, zakochałam się i nie potrafiłam tego dłużej kontrolować. Serce mam wielkie, miłości i ciepła pełno więc wyobraźcie sobie jak starałam się tym dzielić. Któregoś dnia Tomek przestał się odzywać, nie odpisywał, nie odbierał. Postanowiłam wyznać mu jak się czuje, byłam bardzo obiektywna i chciałam tylko zrozumieć dlaczego postanowił mnie zostawić w tak obrzydliwy sposób.
Tomek nie chciał nic wyjaśniać, powiedział tylko że nie przejmuje się innymi ludźmi i w dupie ma moje uczucia, że jest zimny i nic nie potrafi czuć. Wysłał zdjęcie jego nowej dziewczyny. Ironia jak przez tyle lat byłam tak ostrożna w wybieraniu partnerów a ktoś tak po prostu potrafił złamać mi serce.
Nigdy w życiu nie czułam większego bólu niż teraz, nie wiem co ze sobą zrobić. A najgorsze jest to że ja wciąż widzę w Tomku wspaniałego chłopaka, który ma problemy z samym sobą. Tak bardzo chciałabym mu pomóc, ale nie potrafię sama się pozbierać. Próbowałam już wszystkiego.
Mam 18 lat i jestem chora, choroba autoagresywna, już na całe życie. Nigdy nie byłam gruba, zawsze byłam, tą która miała niedowagę/na granicy. Od zawsze wszyscy powtarzali, że muszę mieć anoreksję, że nic nie chce jeść, że się specjalnie głodzę i wyglądam jak trup.
O chorobie dowiedziałam się rok temu, przez kilka lat leczyłam się na coś w ogóle innego, dopiero po pół roku w nowym szpitalu okazało się, że to coś poważnego. Schudłam 6kg, w przeciągu 3 miesięcy. Za mną dwie operacje, po nich schudłam jeszcze po 2kg. Teraz ważę 46kg, przy wzroście +170cm... Nie powiem, że jest przyjemnie. Ciągłe zawroty głowy, osłabienie, nudności i awersja do niektórych potraw (składników)... ale się staram, chcę przytyć żeby wrócić do sportu, chcę przytyć żeby już nie nosić pasków do spodni (złe wspomnienia z podstawówki i bycia "tą za chudą"), noż kurwa, chcę z powrotem moje cycki, żeby już mi nie mówili, że jestem deską.
Najgorzej jest kiedy zobaczy mnie ktoś obcy albo jeżeli dawno się nie widzieliśmy. Znowu się zaczyna, że się głodzę, że to się powinno leczyć (mogę zapewnić że w szpitalu spędziłam więcej niż niejeden dorosły), że to na pewno siedzi w głowie - bo nie mogę przełknąć selera - tak to siedzi w głowie. Nie chcę każdemu rozpowiadać że jestem chora, nie chcę być postrzegana przez pryzmat choroby, więc znoszę to i mówię że "Tak, tak, wiem, wiem" - ale oni nadal swoje...
Taka myśl na koniec.. martwienie się o innych jest dobre, ale nie musicie się tak z tym obnosić. Nie wszyscy potrzebują takiego wsparcia, może wam o tym powiedzą - może nie. Ale nie zawsze waga to tylko wynik anoreksji, bulimii albo obżarstwa.
Moja rodzina śmiertelnie się na mnie obraziła. Nie odzywają się, nie zapraszają do swoich domów. Matka z babcią nie chcą mnie widzieć na oczy. Wszystko dlatego, że wytłumaczyłam swojej 12-letniej córce, na czym polega seks. Zapytała mnie o to, ponieważ usłyszała to gdzieś w szkole. Nie bawiłam się w żadne fasolki, żadne przytulanie na golasa, tylko wytłumaczyłam jej normalnie. Powiedziałam też, że jest za młoda, żeby się tym interesować i ma jeszcze na to zdecydowanie dużo czasu.
Wytłumaczyłam, od ilu lat ludzie to robią, że to oznaka miłości i również objaśniłam jej, że jakby ktoś chciał to z nią zrobić i chciałby ją zmusić, to wtedy to jest bardzo złe i ma od razu mi powiedzieć.
Gdy następnego dnia opowiedziałam o tym mojej mamie, zaczęła na mnie krzyczeć, że spaczę dziecko, będzie zboczona i będzie dziwką. Ja rozumiem, że ona ma 12 lat, ale wolałam ją teraz uświadomić, niż żeby za 3 lata powiedziała mi, że ktoś ją skrzywdził lub spodziewa się dziecka.
Koleżanki bardzo szybko, bo już w pierwszej klasie podstawówki, uświadomiły mi, że dzieci to się raczej z kapusty nie biorą.
Obeznana z tymi tematami stwierdziłam, że więcej niż dwójki rodzeństwa mieć nie chcę, a seks przecież równa się ciąży. Tym sposobem zaczęłam znęcać się nad swoimi rodzicami.
Każdej nocy zasypiałam dopiero wtedy, kiedy usłyszałam głośne chrapanie taty. Gdy tylko działo się między nimi coś więcej (z mojego pokoju było dokładnie słychać, czy ktoś zbytnio się nie wierci się u nich na łóżku, bądź o czym rozmawiają) przybierałam smutną minę numer 10 i dreptałam do ich pokoju oznajmić, że znowu miałam koszmary i nie mogę spać sama, bo się boję. Nie zliczę ile razy odskakiwali od siebie w totalnej panice, na szybko naciągając kołdrę pod szyję i z zażenowaniem patrząc, jak ich córka gramoli się idealnie między nich.
Nie pomogły próby usypiania mnie, zakazy oglądania i czytania strasznych rzeczy, ziołowe leki uspokajające czy psycholog. Moja praktyka trwała ponad dwa lata, aż stwierdziłam, że fakt posiadania większej ilości rodzeństwa jest mi w sumie obojętny.
Nikt się nie domyślił prawdziwego powodu, a ja w zaparte szłam, że to chodzi o koszmary.
Pewnego dnia moja mama, wracając z pracy, spotkała na okolicznym trawniku małego, nieporadnego ptaszka. Niezbyt wiedziała, jak się zachować, więc poprosiła mnie o ocenę sytuacji.
Maluch okazał się podlotem gatunku dość licznie występującego w Polsce. Przeniosłam go na krzak obok i zostawiłam - takich ptaszków nie należy zabierać do domu, bo są karmione przez rodziców - no chyba, że są ranne, chore albo głodne. Trochę później poszłam sprawdzić, jak tam ptaszek. Siedział dokładnie w tym samym miejscu i piszczał z głodu, co oznaczało, że matka nie wróciła. Zaniepokoiłam się, bo trzy godziny to dla takiego maluszka dość długo, ale postanowiłam jeszcze poczekać. Po kolejnych trzech godzinach sytuacja nie uległa zmianie, ptaszek wręcz błagał o jedzenie, kiedy tylko się do niego zbliżyłam. Robiło się ciemno, więc wzięłam go do domu - na noc zapowiadali burze, a on byłby pozostawiony sam sobie, zdenerwowany i głodny - wątpię, że dałby radę to przeżyć. Załatwiłam mu małą, bezpieczną klatkę, karmiłam kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, również w nocy. Maluch zaczął się coraz bardziej do mnie przywiązywać. W końcu osiągnął wiek, w którym powinnam wypuścić go na wolność, a tymczasem mój wychowanek domagał się kontaktu z człowiekiem. Zostałam z ptakiem, który uważa siebie za dwunożnego, nieopierzonego nielota. I co zrobiłam?
Zostawiłam wszystko tak, jak jest. Nie mam zamiaru wypuścić go na pewną śmierć. 70 procent młodych ptaków śpiewających nie dożywa roku, a tymczasem mój gatunek może żyć nawet 20 lat. I są to dane dotyczące ptaków wychowanych na wolności, a więc przystosowanych do swobodnego życia - co oznacza, że ptak wykarmiony przez człowieka ma wielokrotnie mniejsze szanse - 5, 10 procent? 10 procent szans na życie, i ja mam go na to skazać? Absurd. Ktoś powie "taka natura" - trudno. Naturze jeden ptak w tą czy w tą nie robi różnicy - a za to dla tego jednego ptaka różnica to życie lub śmierć.
Co mu po swobodzie lotu, tak pięknie przedstawionej w wierszu o czyżykach, skoro musi wiecznie walczyć o przetrwanie (o czym autor chyba zapomniał)? Mój maluch nie dałby rady na wolności, boi się dworu, wystawiony w klatce na dwór zastyga w bezruchu i odżywa dopiero po powrocie do domu. Boi się gałęzi, liści, jest oswojony z nową klatką, większą niż poprzednia i kupioną na stałe. Każdego dnia ma ją otwartą, chętnie wraca, karmię go tym samym, co jedzą te ptaki w naturze. Reaguje na swoje imię, rozpoznaje mnie spośród innych osób, sam do mnie przylatuje i domaga się kontaktu. Uwielbia siadać mi na głowie i bawić się włosami, zasypia wtulony we mnie. Pokochałam go i nie miałabym serca skazać go na łaskę lub niełaskę losu. Dzięki temu, że został, zyskałam przyjaciela, a on zyskał życie. Muszę tylko załatwić zezwolenie, żeby trzymać go legalnie, ale to nie problem.
Jest północ, czytam właśnie rozmowę żony z przyjacielem (kocha go).
Wybaczyłem jej dwie zdrady, a o niego mam być spokojny, bo znają się lata. Mamy 1 dziecko, 2 w drodze.
Dodaj anonimowe wyznanie