#JQ5vw

W skrócie: rozbiłam dwa wieloletnie związki, nie przeprosiłam za to, a teraz, po latach, wyrzuty sumienia nie dają mi spać.

Zbrodnia pierwsza.
W młodości (nie precyzujmy kiedy dokładnie) miałam przyjaciółkę, która miała chłopaka. Oboje ich lubiłam bardzo mocno. W pewnym momencie zaczęliśmy się widywać z tym chłopakiem bez obecności przyjaciółki. Powody były różne, początkowo obiektywnie logiczne. Niepokojące było jedynie to, że poprosił mnie, bym nie wspominała o tych spotkaniach przyjaciółce, bo będzie zazdrosna. No i nie wspominałam, a spotkania z koleżeńskich przeradzały się w romantyczne.
Po pewnym niedługim czasie wszystko się zakończyło. Przyjaciółka przeglądając telefon chłopaka dowiedziała się o spotkaniach. Ja tak czy inaczej wyprowadzałam się do innego miasta. Kontakt się urwał. Wiem, że przez chwilę próbowali jeszcze dać sobie drugą szansę, ale nic z tego nie wyszło. Teraz oboje są od dawna w nowych związkach.

Zbrodnia druga.
Przez kilka kolejnych lat byłam niejako straumatyzowana i nie nawiązywałam z nikim bliższych niż koleżeńskie relacji. Wszystko zmieniło się, gdy zakochałam się w znajomym. Po kilku nieśmiałych flirtach i rozmowach, wybraliśmy się na drinka. Świat załamał mi się, gdy po pierwszym pocałunku powiedział, że będzie musiał się rozstać ze swoją partnerką... Nie miałam pojęcia, że z kimś jest, a okazało się, że są ze sobą od kilku lat i nawet ją znam! Poruszamy się w tym samym środowisku, jednak oni nie afiszowali się ze związkiem i wiedzieli o nim nieliczni.
Może powinnam wtedy to zakończyć, jednak miłość jest nie tylko ślepa, ale i głupia.

Teraz ja tkwię od kilku lat w związku, w którym nie czuję się bezpiecznie, nie mogę zaufać partnerowi, a nocami śnią mi się tamte kobiety, którym rozwaliłam związki, jak w najróżniejszych scenariuszach szykują na mnie zemstę.

Nigdy nie mówiłam o tym nikomu. Wstydzę się tego niemal codziennie. Boję się spotkań ze wspólnymi znajomymi. Generalnie czuję do siebie odrazę i chciałabym zacząć wszystko od nowa gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna, no ale to nie jest możliwe.

#L48fC

Mam dobrego kolegę. Obecnie jesteśmy na studiach, wcześniej chodziłam z nim do jednego liceum.

Niedawno byliśmy w mieszkaniu razem z kilkoma znajomymi i przyszła jego dziewczyna. Zrobiła awanturę, powiedziała, że go zdradza i rzuca. Pokłócili się publicznie, co mi się nie podobało. Nie lubię, jak ludzie piorą swoje brudy przy innych. W sumie nie jego wina, bo to ona się darła 90% czasu. On tylko powiedział jej na odchodne "spadniesz ze schodów i skręcisz swój głupi łeb". Na co ona "wal się ch*ju, specjalnie pojadę windą". No i poszła. My dalej spędzaliśmy czas razem, humory się polepszyły.

Okazało się, że po wyjściu rzeczywiście spadła ze schodów i skręciła kark. A winda się zepsuła, chociaż 30 minut wcześniej na pewno działała, bo jedna z koleżanek nią jechała (to jest na tyle niskie piętro, że można spokojnie albo schodami, albo windą, ja zawsze wchodzę schodami). O całym zajściu dowiedzieliśmy się godzinę później, jak przyjechała policja wypytywać po mieszkaniach co kto widział. Słyszeliśmy karetkę trochę wcześniej, ale nie zwracaliśmy na to wtedy uwagi, bo to bloki i przyjazd karetki to nic dziwnego. Dopiero jak policja nas przepytała, to powiedzieli po kogo przyjechała karetka. Mało się nie udławiłam kawą jak usłyszałam, że spadła ze schodów.
Oczywiście pytali, ale nikt z nas nie wychodził, a po sprawdzeniu monitoringu okazało się, że była sama. 

Naprzód chciała pojechać windą, ale ta się popsuła i po jakiś 3 minutach stania poszła na schody (kilka minut wcześniej na nagraniu jak jechała sąsiadka winda była sprawna), potknęła się i spadła na szyję skręcając sobie kark. Wiem to od ochroniarza. Sprawę zamknęli, bo to wypadek. Wiem, że mojego kolegi przy tym nie było, bo był z nami, ale to, że jego przypuszczenie się spełniło napawa mnie obawą. To nie pojedynczy przypadek. 

W szkole takie rzeczy też miały miejsce jak ktoś mu podpadał. Ja sama zleciałam ze schodów, jak się pokłóciliśmy o projekt grupowy i powiedział, że mnie spotka kara za zniszczenie projektu (to czy zniszczyłam czy nie to kwestia względna, mieliśmy inne wizje). Nic mi się nie stało, a na szkolnych schodach na pewno byłam sama, nikt mnie nie popchnął. Jeden kolega z klasy skaleczył się metalowym prętem w rękę niedługo po tym, jak mieli kłótnię o wyniki olimpiady z fizyki. Inny ze szkoły, który się utopił w rzece, miał z moim kolegą na pieńku. W sumie to był patus - alko, narkotyki, więc nikogo nie dziwiło, że na wagarach się utopił. Miał mieć solówę ze znajomym kolejnego dnia. Nauczyciel, który nie znosił kolegi, po daniu mu 4 (a znajomy to typ laureata, co wszystko wie) złamał nogę spadając ze schodów. Oczywiście zawsze to wypadki, bez żadnego udziału nikogo innego, a znajomy ma alibi na 1000%.

Niby to przypadki, ale lekki niepokój mam, a nie zerwę kontaktu przez takie bzdury.

#JpXS9

Nienawidzę swojej teściowej.
Pamiętam pierwsze spotkanie z nią. Po całym dniu spędzonym z nią i jej nowym mężem, nazwała mnie przez telefon dziwką. Pokłóciła się z synem o pierdołę, a mi dostało się rykoszetem. Próbowałam zrobić pierwsze wrażenie najlepiej jak mogłam. Ale widocznie za mało. Po tej akcji mój jeszcze wtedy chłopak nie gadał z nią tydzień.
Gdy po jakichś 2-3 tygodniach przyjechała na stypę, to mnie przeprosiła. Niesmak dalej pozostał. Chyba myślała, że to coś przelotnego między mną a moim już mężem.

Przed samym ślubem oszalała. Potrafiła dzwonić do niego 5-6 razy dziennie o byle co. Do tego całe dnie wypisywała do niego. Na weselu dosłownie wisiała na moim mężu. Nie mógł się ruszyć na krok bez niej. Na koniec imprezy miałam dość i się z nią pokłóciłam.
Po całej sprawie wypisywała dalej do męża całe dnie, jednak telefony ograniczyły się do 2-3.

I mamy teraźniejszość. Mąż śpi obok. Nie gadamy ze sobą. Praktycznie codziennie kłótnie o teściową rujnują nasz związek. Wszystko musi wiedzieć, co na obiad jedliśmy, co robimy itp. Mam dość. Dla mnie to za dużo. Teraz jest jeden telefon dziennie, ale wiadomości dalej są. Jak tylko widzę, że znowu pisze, to krew mnie zalewa.

Co w tym anonimowego? Założyłam drugie konto na komunikatorze i szpieguję aktywności zarówno jej, jak i męża. Do męża tracę zaufanie i czuję, że się od siebie odsuwamy, a jej życzę śmierci. Przynajmniej wtedy ta chora relacja się skończy.

#B7hQ3

Mam problemy z wypróżnianiem się w miejscach publicznych. Z tego powodu wszystkie wyjazdy, wycieczki i obozy stały się mordęgą. Kupy nigdy nie robiłem, wszystko zalegało mi i chodziłem z uczuciem ciężkości. 

Mój rekord bez dwójki to 15 dni. Tak samo z sikaniem, psychika nie chce puścić. Mój pęcherz chce wybuchnąć, lecę do kibelka i kiedy usłyszę, że ktoś czeka w kolejce, to wszystko się blokuje, a ja wychodzę z uczuciem wkurwienia i ściskam kolejne 2 godziny. 

I kiedy wypad jest nad jezioro, morze, to problem z sikaniem jest mniejszy. Cóż, mimo że to ohydne, to taka przypadłość zmusza do wypróżnienia się w wodzie. A kiedy wypad jest w góry, to mam ochotę wyciąć sobie cały pęcherz.

Może wydawać się to śmieszne, ale jak piszę o tym to zaczyna boleć mnie żołądek i pęcherz. Bo problem występuje również w moim własnym domu. Odwiedziny babci, osoba sprzątająca przedpokój, ktoś spieszący się do pracy. Wszystko to zmusza mnie do wypróżniania się do butelki i worka. Zazdroszczę ludziom, którzy umieją kucnąć przy drugiej połówce i siknąć w 10 sekund.

Ps. Traumy z dzieciństwa nie mam, a rady psychologa nie działają.

#gOvkr

Moja matka (42 lata), kobieta która praktycznie nigdy nie pracowała, za specjalnie nie dbała też o dom czy swoje dzieci (dwoje). Notorycznie wymyśla sobie choroby i schorzenia. Wystarczy, że usłyszy coś w tv, przeczyta w gazecie typu "Pani domu" albo usłyszy, że kogoś coś boli albo cierpi z powodu jakieś choroby...ona od razu też to ma...

Jak powiesz jej że boli cię głowa, to ją boli głowa i noga, ręka, brzuch... cokolwiek... byle żeby wyszło, że ona czuje się gorzej...

Kiedy słyszę jak rozmawia z moją babcią (kobietą, która normalnie pracowała, dbała o dom i dzieci, obecnie jest po operacji serca, mimo swojego stanu zdrowia normalnie sprząta, chodzi do sklepów czy banku) i opowiada jej że "tak bardzo się źle czuje, nie może umyć okien czy pójść pieszo po zakupy"...to aż chce mi się śmiać...

Jak tylko znajdzie sobie nową "chorobę", to poprzednia "znika" (chyba, że gdzieś o niej usłyszy, to zaczyna "cierpieć" znowu).

Po co to robi?
Moim zdaniem po to, żeby wszyscy jej współczuli, robili wszystko za nią, a ona mogła leżeć i nic nie robić...

Boli ją kręgosłup... nie może nic nosić...
Boli ją noga... nie może nigdzie pójść...
Boli ją brzuch, głowa... musi odpoczywać, leżeć i nic nie robić....
Bolą ją oczy... musi się przespać...
Boli ją ramię... nie może umyć okien czy odkurzyć...

Wzięcie lekkiej siatki z zakupami z samochodu ją przerasta, "bo ma chory kręgosłup", ale psa ok. 8 kg nosić może...
Boli ją brzuch, ale jeść chipsy i słodycze może...
Boli ją głowa, ale może siedzieć z nosem w tablecie czy laptopie (i grać)...
Generalnie źle się czuje i musi odpocząć, ale na zakupy z koleżanką czy siostrą biegnie...
Nie ma siły na nic i jest taaaaka słaba, ale przez telefon 2 h może gadać...

Do lekarza nie pójdzie "bo oni i tak jej nie pomogą"...
(jak maja pomóc na wymyślone "choroby"?)

Mam już dość wiecznego jej usługiwania, kiedy ona leży i nic cały dzień nie robi poza wymyślaniem kolejnych chorób, które nie pozwalają jej zadbać o dom.
Kiedy ktoś jej zwróci uwagę, że np. miska z praniem nie jest aż taka ciężka, a pranie można brać po kilka sztuk, a nie całe naraz (jeżeli jest według niej takie ciężkie) robi awantury, "bo nikt się nią nie przejmuje".

Kiedy jej się powie, że jak bolą oczy czy głowa, to nie powinno się siedzieć z nosem w ekranie i grać, to robi awanturę, "bo jak ktoś może myśleć, że wie lepiej niż ona co jej szkodzi". 
Jak usłyszy, że cola czy chipsy to nie jedzenie na bolący brzuch, to jest krzyk - "bo jej już nic nie wolno".

#jhTqB

Miałam chłopaka kilka lat. Krótko po rozpoczęciu związku dostałam infekcji, potem następnej i następnej. Seks okazał się niemożliwy, wszystko mnie piekło. Ginekolodzy mówili, że to normalne, mam stan zapalny przez infekcje, anatomicznie OK (co wiedziałam, bo współżyłam już wcześniej bez problemu). I tak ten wymuszony celibat trwał kilka lat. Wydałam kupę kasy na leki, nawet z tamponów nie mogę korzystać, bo boli przy aplikacji, a jeszcze bardziej przy usuwaniu go, kiedy zrobi się trochę większy. Ginekolodzy patrzyli z politowaniem, nawet prywatnie mnie z tym problemem zbywali. Czułam i czuję się z tym beznadziejnie, jak jakiś defekt.

A partner? Zbywał to, potem przetrzymał moje mówienie, żeby sobie kogoś innego znalazł (poza tym aspektem było w porządku, standardowe kłótnie tylko, sama nie potrafiłam i nie chciałam tego kończyć, ponieważ bardzo się kochaliśmy). Wyśmiał moją następną propozycję, otwarty związek. Jednocześnie wiadomo, ciągle ten temat wracał. Ja nie chciałam w końcu stosunków, które były dla mnie tylko bólem, on chciał próbować. Niepozorne moje ruchy go "prowokowały". Zaczęłam ubierać bardziej wygodne i luźne ubrania, nie chciałam go "aktywować". Nadal wydawałam kasę na leki, a u ginekologa czułam się jak hipochondryczka. W końcu jeden wspomniał o pochwicy, po czym powiedział, że to nie to i temat się uciął, standardowo - zmiany zapalne wywołane przez kolejne infekcje. Z czasem słyszałam wyrzuty i docinki od chłopaka. Kłóciliśmy się częściej i nawet o nieistotne drobnostki.

No i oczywiście związek padł. A ja mam żal. Za to, że nie udało się mi pomóc, mimo że wcześniej było w porządku. Za to, że chłopak tak mnie cisnął, mimo że wiem, że mogło go to przerosnąć. Za to, że pomimo wielu rozmów i prób namówienia go na wspólną wizytę u seksuologa, nigdy nie chciał, bo gdzie on będzie w takie miejsca chodził (przy pochwicy jest to jeden z elementów leczenia, może to jednak to). Za to, że zostawił mnie z tym samą (oprócz brania leków, które mu też lekarz wypisał, przez moje nawracające problemy). Za zbywanie, z czasem za komentowanie, wywoływanie presji i poczucia winy. A po zakończeniu związku za komentarze, których musiałam słuchać, że teraz normalną sobie znajdzie, żebym najpierw coś z głową zrobiła, że mu nie dawałam albo mu odmawiałam. Za to, że teraz wg niego cały związek był tragiczny, nigdy nie było dobrze i to głównie moja wina.

Nikomu tego nie powiem, chyba że następny potencjalny partner odważy się ze mną z tym walczyć. Tylko po co komuś taka "odmawiająca".

#kcY5O

Zdałem sobie sprawę, że jedno z najgorszych uczuć jakie mogą towarzyszyć człowiekowi to uczucie samotności w przypadku, gdy po ciężkim dniu w pracy (poza domem) wracasz do pustego mieszkania, gdzie nikt na ciebie nie czeka...

Mam 24 lata i od 4 lat jestem na takim etapie życia, że pracuję średnio 10-12 godzin dziennie 7 dni w tygodniu i nie mam praktycznie czasu wolnego dla siebie. Dochodzą do tego jeszcze studia i praca po "zajęciach", a gdy zdarza się dzień wolny średnio 2-3 razy w miesiącu, to trzeba nadrobić obowiązki domowe i odpocząć. Skutkiem tego jest kompletny brak życia towarzyskiego, jak również partnerki do życia. Mieszkam jeszcze z rodzicami (nie opłaca mi się wynajmować pokoju w tym samym mieście, gdzie mam pracę i studia), a prowadzę taki tryb życia, gdyż wychodzę z założenia, że człowiek w moim wieku powinien już sam o siebie zadbać i na wszystko zapracować, wiąże się z tym również osobista ambicja, żeby coś w życiu osiągnąć - więc dokładam się do rachunków, paliwa, do życia i jednocześnie oszczędzam na budowę domu w przyszłości.

Rodzice 3 tygodnie temu wyjechali na ponad miesięczny urlop za granicę, żeby odpocząć i pozwiedzać. Przez pierwsze 2 tygodnie było bez problemów, jednak później doskwierało mi to, że nie mogę z nikim porozmawiać i do nikogo się odezwać. Nie wspominam już o samotnym jedzeniu obiadokolacji. Jednocześnie zacząłem bardziej doceniać pracę z ludźmi i kontakty, jakie się z tym wiążą.

Zacząłem sobie też zadawać pytanie, czy jest dalej sens skupiać się na pracy i na "sobie" by coś osiągnąć, czy może najpierw znaleźć sobie kogoś do życia. Często widzę pary, które trzymają się za ręce - robi mi się wtedy smutno i wiele bym dał, żeby również być na tym miejscu. Pojawiła się również myśl, że może zajmuję sobie tym wszystkim czas, żeby nie myśleć o "samotności".

Nie piszę tego wyznania po to, żeby się jakoś żalić. Piszę to jako ostrzeżenie, żeby nie wpadać w pułapkę wyścigu szczurów i przerośniętych ambicji. Co z tego, że w życiu się coś osiągnie, skoro nie będzie z kim się podzielić...

#VVbFD

Do 16 roku życia byłam rozpieszczoną gówniarą, za którą mama musiała wszystko w domu robić, bo księżniczka nie raczy nawet pozmywać naczyń. Byłam tak bezczelna, że potrafiłam narzekać na bałagan w domu, jednocześnie gnijąc przed kompem cały dzień. Moja siostra była nie lepsza.

Któregoś dnia mama przyszła zmęczona z nocki, poprosiła mnie żebym wyniosła śmieci, a ja zaczęłam robić raban bo "po szkole jestem zmęczona i mi się nie chce".
Wtedy miarka się przebrała! Mama się wściekła i powiedziała sobie że koniec tego. Uświadomiła sobie, że za bardzo nam pobłażała i teraz ma na utrzymaniu dwójkę totalnych leni, co nawet nie umieją pralki obsłużyć... Aż strach co będzie za parę lat.

Może to nie jest najlepszy pomysł, ale uznała że zacznie zachowywać się tak jak my - jak przyjdzie z pracy to nie będzie gotować obiadu, ani sprzątać, tylko zajmie się sobą; obejrzy wreszcie swój serial, albo posiedzi na komputerze. A w weekend będzie leżeć w łóżku nawet do 12! Na każde nasze prośby o sprzątnięcie, albo ugotowanie czegoś odpowiadała "Nie chce mi się, jestem zmęczona", "Jestem zajęta", "Zróbcie to same, przecież macie dwie zdrowe ręce". Był to dla nas szok, bo nigdy nie robiłyśmy nic koło domu, a tu nagle trzeba samemu nastawić pranie, odkurzyć, zrobić jedzenie.. na początku było ciężko, ale po paru dniach przywykłyśmy do obowiązków. 

Z pomocą internetu ogarnęłyśmy jak się nastawia pranie, albo jak zrobić jakieś proste rzeczy do jedzenia (bo hej, jednak jedzenie samych kanapek na dłuższą metę nie jest fajne :D). Dopiero wtedy doceniłyśmy mamę, to ile ona musiała robić w domu i przeprosiłyśmy. Wszystko skończyło się tym, że pogodziłyśmy się z nią i podzieliłyśmy obowiązki tak, by każdy w domu coś robił. Od tamtej pory same robimy sobie śniadanie i kolacje, sprzątamy po sobie.

Obecnie mam 18 lat i cieszę się że mama nam dała nauczkę. Gdyby nie to, to pewnie nadal nic bym nie umiała zrobić. :'D

#H7CIv

Chciałabym wziąć ślub, ale boję się. Mój chłopak jest hazardzistą. Nie jest z nim jakoś mega źle, wydaje dziennie 10-50 zł na hazard, część się zwraca, nawet z nawiązką. Kiedyś robiłam o to awantury, rzucił to na kilka miesięcy, potem wrócił do tego. Ma długi niezwiązane z hazardem, ale ma też skłonności do brania kredytów i robienia debetów na koncie. Wszystko zawsze spłaca w terminie, jednak jeśli będę jego żoną, a on umrze, długi przejdą na mnie. Nie stać mnie, by płacić 1500 zł/mies. za nic.

Jest jeszcze jego rodzina. Po ich śmierci (oby dalekiej) będę namawiać go do zrzeczenia się spadku. Jego dziadkowie po swojej śmierci zostawili długi, o których jego rodzice nie wiedzieli. Jego rodzice również mają pierdylion kredytów - na adwokata, remont, meble na raty itd. Zadłużają się nawet kiedy nie mają zdolności kredytowej, wtedy ktoś bierze dla nich kredyt na siebie. Boję się, że przez lekki stosunek do pożyczek wkopię się w długi wraz z zamążpójściem.

#TYvwm

Jestem młodą dentystką.
Jeszcze na studiach trafił mi się upośledzony pacjent. Przyznam, to był mój pierwszy taki przypadek i trochę się stresowałam jak może się zachować.
Chłopak jednak był sympatyczny, nie dało się z nim za bardzo dogadać. Mówił jakieś szczątkowe zdania.

Leczenie jego jamy ustnej trwało parę wizyt. Starałam się jednak go uspokajać, być sympatyczna, wszystko tłumaczyć, ale nie traktować jak dziecka.
Nie spodziewałam się żadnego podziękowania, po prostu skończyłam leczenie i podziękowałam jemu i mamie.

Powiedział do mnie ze łzami w oczach i uśmiechem "nie boli". To było najpiękniejsze i najbardziej satysfakcjonujące podziękowanie od pacjenta jakie otrzymałam.

W sumie takie trochę wyznanie o niczym, ale chciałam się tym podzielić.
Dodaj anonimowe wyznanie