W moim domu rodzinnym nie jadało się warzyw. Rodzice ich nie lubili. Tolerowali tylko ziemniaki, buraki ze słoika i od czasu do czasu marchewkę z rosołu. Przekonana o tym, że warzywa są niedobre (w końcu rodzice ich nie lubią) unikałam warzyw jak ognia. Z owocami było to samo, a jak już, to pojawiały się w plackach. Moja dieta do 19 roku życia opierała się głównie na nabiale, tłuszczu, mięsie i węglowodanach. Nic więc dziwnego, że miałam dosyć duża nadwagę, pomimo tego, że sporo się ruszałam. Znałam mniej więcej zasady prawidłowego odżywiania, bo wielokrotnie omawiano je w szkole ale to i tak nie zmieniło mojego nastawienia.
Gdy wyjechałam na studia, zaczęłam więcej wychodzić do ludzi, czy do restauracji i zorientowałam się, że warzywa są ok. Pamiętam jak pierwszy raz spróbowałam u koleżanki zupy kalafiorowej. Żeby nie było jej przykro, wzięłam małą łyżkę do buzi, modląc się żebym dała radę to zjeść i pojawiło się wielkie zaskoczenie. Bardzo mi to smakowało. Poszłam za ciosem i starałam się wprowadzać więcej warzyw i owoców do diety. Musiałam sporo się naczytać jak je przygotowywać, wybierać w sklepie i jak obrabiać żeby były smaczne. Bardzo powoli uczyłam się ich smaków i nigdy się nie zawiodłam. Są warzywa, które lubię mniej, wiadomo, ale nie rozumiem jak rodzice mogli je wykluczyć z jadłospisu całkowicie.
Po roku takiego odżywiania ważyłam 10 kg mniej, miałam lepsze samopoczucie, ładniejszą cerę i mniej chorowałam.
Gdy jechałam do rodziców w odwiedziny, to robiłam jakieś surówki na miejscu albo brałam jakiś warzywny posiłek żeby ich poczęstować. Liczyłam, że może oni też odkryją to, że warzywa i owoce są smaczne, ale bardzo się myliłam. W ogóle nie chcieli ich próbować, od razu mówili, że na pewno są obrzydliwe i mam dać im spokój. Po jakimś czasie zrezygnowałam, choć mam wyrzuty sumienia, bo obydwoje są chorobliwie otyli i już pojawiają się tego konsekwencje. Wiem, że nie uratuje nikogo na siłę, ale aż przykro patrzeć jak nawzajem siebie niszczą przez swoje głupie przekonania.
Ostatnio byłam na basenie i przeraża mnie jak ludzie tam się zachowują. Była taka sytuacja, że dziecko w wieku ok 6 lat podbiegło do mamy, która akurat leżała na leżaku i gadała przez telefon, i krzyczy "mamo, mamo, chcę mi się siku".
Co na to mama? "Idź synku tu wody wejdź i po cichutku zrób, akurat mam ważny telefon".
No ludzie, dajcie spokój. Do czego to doszło żeby matka kazała dziecku sikać w basenie, gdzie pływają inni ludzie. I to dziecko tak stanęło obok starszego Pana, który akurat uczył młodego nurkowania. Przecież było widać taką żółtą plamę wokół niego.
Na razie odpuszczę sobie wizyty na basen. I wam też radzę zastanowić się czy warto wydawać kasę na to, by kąpać się w czyimś moczu.
Mam 208cm wzrostu. Nic w tym dziwnego. Dziwne są tylko pytania ludzi czy gram w kosza albo siatkówkę, jakby każdy wysoki musiał być sportowcem.
Pracowałem kiedyś w pewnej firmie. Mój przełożony i zarazem najważniejsza osoba na piętrze, często sobie robił żarty z mojego wzrostu, a sam był raczej niski. Bardzo mnie to wkurzało. Któregoś dnia zobaczyłem kątem oka na jego telefonie aplikację randkową. Zarejestrowałem się na owym portalu jako ładna kobieta i go odszukałem. Wymieniliśmy może z 10-12 wiadomości. Wszystko szło w dobrym kierunku w jego mniemaniu, a nawet już się lekko nakręcił na "mnie" i na randkę.
W końcu napisałem, że dopiero teraz "zobaczyłam" ile ma wzrostu i że nigdy bym się nie "umówiła" z takim konusem. Odpisał, że bardzo mu przykro że jest taki niski, że on sobie sam tego nie wybierał i błaga mnie o randkę, bo jest fajnym gościem. Miał 174cm. To był wtorek wieczór. Od środy do końca tygodnia poszedł na L4, bo niby zachorował. Wrócił na drugi tydzień i nic się nie zmieniło, ale ja miałem satysfakcję.
Kiedy miałam 13 lat, przyjechali do moich rodziców znajomi z córką w moim wieku. Niedawno przeprowadzili się do mojego miasta, wcześniej mieszkali setki kilometrów dalej, więc ich nie znałam. Dziewczyna nie za bardzo przypadła mi do gustu, była wścibska i się narzucała. Wlazła do mojego pokoju, po czym zaczęła grzebać po moich rzeczach, następnie oznajmiła, że od tej pory zostaniemy przyjaciółkami tak jak nasi rodzice i ona będzie wiedziała o mnie wszystko, i znała każdy zakamarek mojego pokoju. Wtedy byłam mega nieśmiała, więc głupio mi było jej powiedzieć co o tym myślę.
Toksyczna relacja trwała przez parę miesięcy. Jej rodzice przyjeżdżali do moich co tydzień i za każdym razem ją przywozili. Szukałam najróżniejszych wymówek, byle tylko dała mi spokój, a to spałam, a to byłam chora, a to szłam na dodatkowe zajęcia w szkole itp. Ale ona nie ustępowała i ciągle się narzucała, twierdząc że jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami, koniec kropka.
W końcu zaczęła do mnie przyjeżdżać bez rodziców, bez żadnej zapowiedzi, ot pojawiała się w drzwiach, a moja mama ją wpuszczała mimo moich próśb by tego nie robiła.
Była sytuacja, że w tym czasie, gdy ona u mnie była, przyszła do mnie koleżanka z sąsiedztwa, a ona zrobiła mi scenę zazdrości, bo według niej nie miałam prawa mieć innych koleżanek. Oznajmiła wtedy ze złością, że mam ją przepraszać na kolanach za to, że nie jestem jej wierna. Bardzo żałuję, że wtedy nie byłam tak wygadana jak teraz, bo bym ją wyśmiała w twarz i spławiła, no ale jako zakompleksione i niepewne siebie dziecko, nie umiałam tego zrobić. Dzisiaj nie byłoby z tym problemu, bo z takiej cichej szarej myszki zrobiłam się naprawdę przebojowa i pewna siebie.
Pisałam pamiętnik, w którym dokładnie opisałam jak bardzo mnie ona denerwuje i trafia mnie szlag gdy przyjeżdża. Niby przypadkiem zostawiłam go na wierzchu w dobrze widocznym miejscu, po czym wyszłam z pokoju, żeby się wykąpać. Nie potrzebowałam kąpieli, chciałam tylko żeby ona przeczytała pamiętnik i dała mi spokój. Zamknęłam się w łazience na dobre pół godziny. Gdy wróciłam, jej już nie było. Zostawiła kartkę, że mnie nienawidzi i już więcej się do mnie odezwie i coś tam o tym, że straciłam taką super przyjaciółkę i powinnam żałować.
Uff...
Mam cudowne życie. Teraz jest dobrze, a kiedyś żyłam w totalnej biedzie. Kiedy chcę sobie coś kupić, bo mnie stać, mam z tyłu głowy głos matki: "Na co ci to? Zostaw!". No i nie kupuję tego o czym marzę całe lata... Wracam do domu i cholernie żałuję, że nie umiem żyć po swojemu.
Mam pieniądze, a w głowie siedzi mi blokada, która mnie ogranicza do tego stopnia, że żyję jakbym była biedna...
Mam 24 lata. Gdy byłem w gimnazjum, ukradłem siostrze jeden tampon, żeby z ciekawości wsadzić go sobie w tyłek. Tak mi się spodobało to uczucie, że do tej pory kupuję tampony i trzymam je w szufladzie. Mama je kiedyś znalazła, ale nie miała podejrzeń - uznała, że jestem dobrze przygotowany, żeby w razie nagłego wypadku pomóc swojej dziewczynie.
Niedawno przeczytałam tutaj wyznanie #wC17I i poniekąd właśnie ono przypomniało mi pewne wspomnienia z mojego dzieciństwa. Bardzo się tego wstydzę.
Moczyłam się w nocy do około 12 roku życia. Z perspektywy czasu wiem, że spowodowane to było moją sytuacją w domu. Mój ojciec był alkoholikiem i niejednokrotnie w nocy wszczynał awantury, podczas których bił moją mamę. Bardzo się go bałam. Do około 9 roku życia myślałam, że wszystkie dzieci na noc mają zakładaną pieluchę. Dopiero kiedy w drugiej klasie szkoły podstawowej miałam jechać na dwudniową wycieczkę, dowiedziałam się, że to nieprawda. Mama nakrzyczała na mnie, że nie mogę założyć na noc na tej wycieczce pieluchy, bo to wstyd i że to nie jest normalne, że mając 9 lat moczę się w nocy. Później było gorzej. Mama z czasem chciała mnie tego "oduczyć" i po prostu pewnego dnia przestała mi zakładać pieluchę na noc. Nic to nie dało. Mama każdego ranka na mnie krzyczała, że łóżko znowu jest posikane. Powtarzała, że nie ma już do mnie sił.
Problem ustał dopiero wtedy, gdy mój ojciec dostał wyrok za znęcanie się nad rodziną i poszedł siedzieć. Miałam wtedy 12 lat.
Moja obecna dziewczyna, Ala, jest zazdrosna o moją byłą, Izę. Przeszkadza jej to, że na Facebooku Izy są wciąż nasze wspólne zdjęcia, i że mam świetny kontakt z jej rodziną, dzwonimy do siebie, odwiedzamy się i traktuję ich jak swoją własną rodzinę, której nigdy nie miałem (moi rodzice zmarli gdy byłem dzieckiem).
Problem polega na tym, że Iza zmarła 6 lat temu, zginęła w wypadku. Nikt nie logował się później na jej konto, dlatego wciąż są tam nasze zdjęcia, a z jej rodziną nie chcę urywać kontaktu, kocham ich jakby byli moimi własnymi rodzicami i rodzeństwem. Byłem na weselach Izy sióstr, na chrzcinach ich dzieci, co roku spędzam też z nimi jeden dzień świąt. Ala nie chce ze mną chodzić, choć zawsze jest zapraszana. Jest zazdrosna, bo z tamtą rodziną jestem bliżej niż z jej własną, a temat Izy często jest poruszany na rodzinnych spotkaniach. Nie rozumie, że to oni są moją rodziną, tą prawdziwą, choć nie łączą nas więzy krwi.
Bardzo kocham moją dziewczynę, staram się jej to pokazywać każdego dnia, rozumiem też co czuje, ale nie umiem sobie poradzić z jej zazdrością. Nie jestem w stanie wybrać pomiędzy nią, a rodziną.
Zainspirowana historią #Ons5K o trenerach personalnych, dzielę się i moją historią.
Również zmagam się z nadwagą i postanowiłam poszukać trenerki w internecie, która wpadnie mi do domu pokaże co i jak, da plan itp. Siłownię w domu mam dobrze wyposażoną, więc wolałam domową wizytę.
Znalazłam jakąś stronę do wpisania preferencji trenera, obszar zamieszkania i inne takie - wypełniłam, poszło zapytanie i czekam. Po dwóch dniach napisała do mnie babka trenerka z Koszalina. Zdziwiłam się, bo ja daleko od Koszalina, ok. 2h drogi, myślę no bez sensu. Ale zaoferowała mi, że 200 za cały miesiąc i tam porady, stały kontakt i inne pierdoły. OK, myślę, zależy jej, to niech wpada.
Spóźniła się 1,5h, już samo to mi się nie podobało, bo wyraźnie jej dałam znać, że o 15 zaczynam pracę i zależało mi na porannej wizycie. Na wstępie wyskoczyła, że ona jednak nie wiedziała, że tak dużo za paliwo zejdzie i prosiłaby więcej kasy. Niestety wtedy moja asertywność leżała i dałam.
I zaczęło się gadanie - usłyszałam o jej problemach z boreliozą, o jej poronieniu, "niech pani nie patrzy na mój brzuch, bo poroniłam, normalnie jest w lepszej formie" - wtf?). Dosłownie godzina to była jej gadka o problemach życiowych. Ja dobry i łagodny człowiek jestem i głupio mi ludziom uwagę zwracać, ale tu już się zirytowałam i mówię, że halo - czas leci, a my ani słowa o mnie i moim planie!
To na szybciocha mi plan zrobiła, pobieżnie pokazała ćwiczenia i uciekła, dosłownie wybiegła z domu, poświęcając mi 30 minut może max czasu. Szok wielki. Nie omieszkałam wystawić jej opinii jednak pod innym kontem. Taki trochę tchórz ze mnie, że nie umiałam na miejscu jej wygarnąć co ona odpindala i tego żałuję.
Nauczka na przyszłość duża. To było ponad rok temu, teraz już taka miękka nie jestem. Tylko kasy szkoda:(.
Rok temu moja koleżanka Zuzia zaczęła się wkręcać w środowisko głuchych i przez jej gadanie trochę mi się udzieliło. Pokazała mi alfabet palcowy i parę podstawowych znaków, mówiła o dyskryminacji, utrudnieniach i stereotypach.
Z miesiąc temu zaproponowała mi wyjazd z jej znajomymi głuchymi. Pomyślałam, że co mi szkodzi, a nuż poznam bliżej ich codzienne życie. I to był chyba największy błąd.
Pierwszy dzień był naprawdę świetny, mimo trudności komunikacyjnych.
Drugi dzień był już gorszy. Jeden z chłopaków widząc, że rozmawiam z koleżanką, zaczął krzyczeć i "agresywnie" migał. Nie wiedziałam o co mu chodzi, dopiero potem Zuzka powiedziała mi, że czuł się wykluczony z rozmowy i zabronił (!) nam używać polskiego.
Zdziwiło mnie to, ale odpuściłam, może po prostu jeden taki narwaniec. Jakże się myliłam! W ten sam dzień przy kolacji wszyscy wesoło migali, a ja siedziałam jak cielę, próbując coś rozszyfrować. Minęło 15 minut, ja nadal nic, więc poprosiłam, żeby albo spowolnili, albo zaczęli gdzieś spisywać, bo mam dość. W piątkę zaczęli na mnie naskakiwać, jeden oblał mnie sokiem, inny zaczął wyzywać (specjalnie później sprawdziłam znaki), a koleżaneczka, która rzekomo była niema, nagle przemówiła i kazała mi wypi*rdalać, skoro mam problem.
Poza tym akcja z publicznym wyśmiewaniem niewidomego starszego pana, machając mu przed twarzą i zdejmując przed nim spodnie, obrażanie się o źle pokazany znak, wyraźne sugerowanie wyższości ich i ichniejszej kultury przez brak słuchu.
Z tamtego tygodnia miło wspominam tylko sytuację, gdy wszystkich wyrzucono z baru, gdy pseudoniemowa krzyczała na barmana, że nie rozumie jej migów. Pierwszy raz w spokoju sączyłam piwo bez pogardliwych spojrzeń.
Niby wiem, że nie wszyscy tacy są, ale jak widzę potencjalnych głuchych, to uciekam.
Dodaj anonimowe wyznanie