Zawsze kiedy mam operację albo zakładane szwy, to wyobrażam sobie, że jestem na wojnie, zostałem ranny i muszę być dzielny. Mówcie sobie co chcecie, ale ta metoda pomaga.
Mam 27 lat i jestem programistą.
Moja matka zachowuje się jak rozwydrzony bachor.
Kilka miesięcy temu straciła pracę, a szukanie nowej idzie jej bardzo opornie. Nie przegląda ogłoszeń w internecie, bo jest ich za dużo i jej się nie chce. Co jakiś czas dowiaduje się o jakichś ofertach drogą tradycyjną, ale są one niezmiennie odrzucane, bo coś zawsze jej nie odpowiada.
Uzyskane tym sposobem ogromne pokłady czasu wolnego spędza oglądając przybory kuchenne w sklepach internetowych. Innych zainteresowań nie posiada. Wyszukuje, porównuje, mierzy, dobiera kolory, co chwilę woła mnie by zapytać, co mi się bardziej podoba. Wybrane produkty odkłada następnie do koszyka i stopniowo się w nie zaopatruje. Nie, ona nawet nie lubi gotowania. Przecież zestaw do fondue należy do niezbędnego wyposażenia domu, a w tak wybrakowanej kuchni jak nasza to nawet wstyd gotować. Oczywiście to moja wina, bo ja, licealistka, za mało zarabiam.
Matka dała mi zresztą do zrozumienia, że w przyszłości kupię duże mieszkanie, do którego wprowadzę się wraz z nią i tam podaruję jej wszystkie wymarzone sprzęty. A pieniądze zdobędę pracując w zawodzie, który ona dla mnie wybierze, bo ona najlepiej wie, gdzie można dobrze zarobić.
Leżąc w swoim łóżku, potrafi kilkukrotnie dzwonić do mnie (nawet wołać jej się nie chce), żebym otworzyła u niej okno/zgasiła światło/coś przyniosła. Albo o 22 dzwonić, żebym skoczyła do nocnego po chipsy. Nie, nie jest żydówką. Żydzi świętują tylko raz w tygodniu.
Jest za to pobożną, praktykującą w swoim mniemaniu katoliczką. Nie chodzi do kościoła, ale uwielbia rozmawiać z koleżankami o islamistach, lewakach i swojej głębokiej relacji z Jezusem. Gdy byłam młodsza, potrafiła pobić mnie w Boże Narodzenie, bo nie dość elegancko ubrałam się na Wigilię (we własnym domu, bez gości).
Zapewne się nie wyprowadzę, bo nie potrafię zostawić psów, a ona prawdopodobnie obrażona zerwałaby kontakt.
Przez znajomych i rodzinę uznawana jestem za osobę otwartą i odważną.
Od gimnazjum - akademia czy przeniesienie klasówki u nauczyciela na inny dzień, byłam wysyłana ja.
Później, każda wizyta w urzędzie, dziekanacie jakaś reklamacja, wszędzie szłam Ja.
Nigdy nie miałam tremy czy odczuwałam wstydu przed nowością.
Ale to nastało od czasów gimnazjum wcześniej byłam raczej wstydliwa i wycofana.
Co mnie tak zmieniło - Dziadek - który obecnie nie żyje, dał mi srebrną bransoletkę "zaczarowaną" dającą siłę.
Choć teraz mam 26 lat to nadal mam ją zawsze ze sobą - bransoletkę dziadka - która daje mi siłę.
Wstyd mi się przyznać, że kawałek metalu tak na mnie działa.
Często jak jestem w fast foodzie, to biorę dwa zestawy na wynos, że niby dla kogoś... Oczywiście zjadam dwa, z małą przerwą, ale czuję się, jakbym był w związku. Czasami nawet sprzedawczynie mi zazdroszczą, mówiąc: "mój nigdy o mnie nie pamięta".
Kiedy byłem gimnazjalistą, miałem tendencję do spóźniania. Wstawałem 2 godziny wcześniej, przestawiałem zegarki, a i tak nie pomagało.
Sprawę rozwiązał mały kotek, który zawsze o 7:20 był pod domem. Spieszyłem się głównie po to, żeby zdążyć go pogłaskać.
Pomógł mi i już się ani do pracy, ani szkoły nie spóźniałem.
Urodziłam córkę, kiedy miałam 19 lat. Używaliśmy z chłopakiem prezerwatywy ale zawiodła. Chłopak uznał dziecko, płacił alimenty i widywał się z córką. My razem jednak nie byliśmy.
Obecnie córka ma 18 lat. Jej ojciec założył nową rodzinę ale nadal się z nią widuje. Ja jestem sama. Zawiodłam się kilka razy na facetach, którzy nagle stwierdzali, że jednak nie chcą dziewczyny z dzieckiem. W końcu więc zupełnie odpuściłam randki. Skupiłam się na studiach, pracy i dziecku.
Teraz zdałam sobie jednak sprawę, że chyba coś mnie ominęło, że coś straciłam. Nie zrozumcie mnie źle, kocham córkę nad życie ale ona zaraz wyjedzie na studia i będzie miała swoje życie, a ja? Chciałam jeszcze coś przeżyć, zaszaleć, zwariować, nie wiem w sumie.
Postanowiłam, że już dość bycia poukładaną i odpowiedzialną. Wychodzę na jeden wieczór, do klubu, zabawić się.
Na miejscu prawie wszyscy byli młodsi ode mnie ale co mi tam! Wypiłam trochę (ale nie byłam pijana), wytańczyłam się za wszystkie czasy i chciałam już wracać. Wtedy zobaczyłam jego. Stał przy barze i wyglądał jak żywcem wycięty z jakiegoś filmu. Bardzo w moim typie i zdecydowanie młodszy ode mnie. Miałam wrażenie jakby wszechświat postawił go na mojej drodze, żeby mnie wyśmiać. Widzisz czego już nigdy nie będziesz miała? Jesteś za stara, przegapiłaś swoją szansę.
O nie! Nie ze mną te numery. Chciałam sobie udowodnić, że jeszcze nie jest na nic za późno. Podeszłam i zagadałam. Był inny niż myślałam. Sądziłam, że będzie aroganckim dupkiem (przystojniaki często tacy niestety są) i mnie wyśmieje.
Był cholernie miły (no oczywiście). Postawił mi piwo. Tańczyliśmy chwilę, a potem wyszliśmy na dwór przewietrzyć się i porozmawiać. Okazało się, że rozmawialiśmy prawie 3 godziny! Nigdy mi się z nikim tak dobrze nie rozmawiało. Był inteligentny, sarkastyczny i cudownie się śmiał. Wtedy zrozumiałam, że wszechświat wygrał. Oto spotykam faceta idealnego dla mnie ale o wiele za późno i o wiele za młodego. Miałam ochotę wyć. I wtedy mnie pocałował. Cały mój zdrowy rozsądek szlag trafił. Całowaliśmy się jak para nastolatków. W końcu jednak wróciła do mnie rzeczywistość i przyszło otrzeźwienie. Stop. Musiałam to zakończyć. To nie miało sensu.
Wypaliłam, że mam 37 lat i dorosłą córkę, a on jest dla mnie za młody i nie wiem co ja sobie myślałam i że przepraszam. Był zaskoczony ale powiedział tylko, że nie jest wcale taki młody, tylko tak wygląda. Ma 28 lat i chce się ze mną jeszcze spotkać. Dał mi swój numer i powiedział, że muszę zadzwonić, bo będziemy oboje żałowali jeśli tego nie zrobię. Powiedziałam, że zobaczę.
Wróciłam do domu. To było 5 dni temu. Nie wiem co robić. Nikomu o tym nie powiedziałam. Dziewięć lat młodszy to nadal sporo. Dać temu szansę? Co "to" w ogóle jest? Nie wyjdę na zdesperowaną idiotkę?
Wyznanie #Xx5LL skłoniło mnie do opisania mojej własnej sytuacji.
Pochodzę z rodziny może jeszcze nie stricte patologicznej, ale już na pograniczu. Odkąd dzieciaki podrosły, tak naprawdę każdy z nas - rodzice, ja, moje rodzeństwo - żyje sam sobie, je, pracuje, śpi w typowych tylko dla siebie porach. Rozmowy ograniczają się niemal wyłącznie do kłótni o każdą pierdołę i wzajemnych oskarżeń, zwykle każdy siedzi z nosem we własnym telefonie czy laptopie.
Rodzina mojego chłopaka dla odmiany spędza razem niemal cały czas. Razem jedzą posiłki, grają, wspólnie ustalają ważne sprawy, zwierzają się sobie niemal dosłownie ze wszystkiego. Początkowo byłam tym zachwycona - wreszcie miałam rodzinę, która naprawdę się mną interesuje i się o mnie troszczy...
...ale teraz, po kilku latach męczy mnie ciągły brak prywatności i czasu dla siebie. Nie mogę spędzić czasu z chłopakiem sam na sam (a jeśli już to dopiero późnym wieczorem kiedy niemal już trzeba iść spać), bo jego rodzina zawsze chce coś robić wspólnie, a dla niego jest to naturalne i uważa, że tak właśnie powinno być. Wszystkie moje sprawy są drobiazgowo roztrząsane, kiedy parę razy nie chciałam np. powiedzieć, że i z kim, i dlaczego wychodzę (czyli: dlaczego nie mogę przyjechać na weekend) od razu byłam określana jako mruk i uważana za zbędnie skrytą. Mój chłopak nie rozumie, dlaczego kłócę się z nim, gdy opowiada swoim rodzicom o moich prywatnych sprawach, np. że byłam u lekarza i z jakiego powodu.
Narzekałam na moją rodzinę, że w ogóle nie interesuje się sobą nawzajem, jednak coraz częściej myślę, że już wolę to niż bycie pod ciągłą obserwacją.
Mam ogromny żal do mojej matki za to jak mnie traktuje/traktowała (gdy byłam dzieckiem) oraz do ojca, że na to pozwalał.
Nigdy nie zrobiła mi śniadania czy kanapki do szkoły, nie pomogła w lekcjach, nie zatroszczyła się o to czy mam czyste ubrania albo zeszyty na nowy rok szkolny. Nie okazywała mi troski kiedy byłam chora. Nigdy nie zapomnę jak rano obudziłam się z bólem głowy, po zmierzeniu temperatur poszłam do matki, żeby pozwoliła mi zostać w łóżku. Zamiast zainteresowania usłyszałam, że jak wyjdę z psem to mogę wrócić do łóżka (był środek zimy, a ja miałam z 11 lat). Takie sytuacje zdarzały się nieraz.
Ojciec często wyjeżdżał w delegacje, bywało że przez cały rok pojawiał się w domu jedynie na weekendy. Kiedy był w domu matka robiła obiady, nawet zdarzyło jej się posprzątać mieszkanie. Gdy taty nie było, nie było też obiadu, matka nie sprzątała... nie robiła nic.
Leżała w łóżku do 12, później siedziała przed komputerem grając w jakieś głupie gry, oglądała tv. Czasem ruszyła się żeby spotkać się z koleżanką czy kimś z rodziny.
Odkąd skończyłam 9-10 lat robiłam w domu wszystko. Pranie, zmywanie naczyń, sprzątnie(wszystkiego), chodzenie po zakupy(matka chodziła tylko na zakupy dla siebie-ubrania, kosmetyki), wychodzenie z psem, w pewnym momencie doszło też gotowanie. Wstydziłam się zaprosić kogoś do domu z powodu wiecznego bałaganu (mogłam sprzątnąć np w środę ale w czwartek gdy wróciłam ze szkoły znów był bałagan, moja rodzina nie szanuje tego że po nich sprzątam - SAMO się sprzątnęło raz to sprzątnie się drugi.
O tym co się dzieje w domu wiedzieli moi dziadkowie, próbowali rozmawiać z tatą(ich synem) ale kończyło się jedynie na kłótni i na tym że kiedy nie był taty to miałam zakaz chodzenia do dziadków(jedynych osób, które się o mnie troszczyły) .
Kiedy byłam nastolatką urodziła się moja młodsza siostra, a mi doszły obowiązki związane z nią. Kiedy wracałam ze szkoły robiłam przy niej wszystko. W weekendy i każde wolne od szkoły byłam niańką 24h na dobę.
Obecnie jestem studentką, kiedy wracam do ,,domu rodzinnego", pierwsze co robię to sprzątam, żeby nie czuć się jak w chlewie i móc spokojnie wziąć prysznic. Rodzina chyba uważa, że robienie za sprzątaczkę to mój obowiązek. Jeżeli zdarzy się weekend że mam dużo nauki i np. sprzątnę, ale nie zmyję podłogi to słyszę, że jestem leniwa.
Moja siostra rośnie na takiego samego lenia i brudasa co matka, co mnie bardzo martwi. Podobnie jak matka ciągle wymyśla sobie choroby, bóle każdej możliwej części ciała i wieczne wymówki, żeby nic nie zrobić. Moja matka gdy usłyszy, że np. boli mnie brzuch zaraz ma takie same bóle+np. ból głowy (byle tylko wyszło, że ona czuje się gorzej).
Dobija mnie kiedy słyszę jak matka opowiada komuś jaki z niej świetny rodzic, jak dużo robi dla swoich dzieci i jak poucza/krytykuje innych rodziców
Jestem człowiekiem, który z natury jest... nudny, opanowany, a każdy przejaw emocji jest niezwykle rzadki. Można powiedzieć, że stoik.
Jeżdżę bardzo dużo samochodem i bardzo często na drodze spotykam się z sytuacjami, gdzie agresywni kierowcy zajeżdżają drogę, blokują lewy pas (szeryf) itp.
Zazwyczaj mam to gdzieś i jestem tym, który odpuszcza, ale w ostatnim czasie zdarzyły się przypadki, że ktoś do mnie wysiadł, bo go potraktowałem klaksonem za zajeżdżanie drogi. Te sytuacje sprawiają, że... czuję, że żyję!
Serce zaczyna bić jak szalone, wizja konfrontacji sprawia, że moje zwykle ospałe nerwy budzą się niczym gotowy do walki byk na corridzie, czuję wtedy, że mógłbym kogoś pobić, mam wrażenie, że jestem silny jak wół i pokonam każdego.
Nie, nie wychodzę do takich osób, uchylam tylko okno na kilka cm i traktuję gazem łzawiącym, kompletnie nieszkodliwym, działającym ok. 10 min, i odjeżdżam bijąc się z myślami, że jednak mogłem wyjść i stanąć do walki...
Pamiętajcie, nie każdy spokojny człowiek pozostanie spokojny. Kto wie ilu jest takich powstrzymujących się kierowców jak ja?
Nie pozdrawiam szeryfów. Gwóźdź wam w koło!
Kiedy miałam jakoś 6 lat, dostałam rybkę. Po kilku dniach wrzuciłam ją do toalety świecie przekonana, że uratowałam jej życie i wróci do morza do swojej rodziny.
Dodaj anonimowe wyznanie