#5cFt9

Pracowałam w sklepie osiedlowym. Przyszedł burak, ani dzień dobry, ani nic, rzucił na ladę batona i 200 zł. Poinformowałam go, że nie mam wydać nawet ze 100 zl, a co dopiero z 200 (pomijając fakt, że przez falę oszustw miałam zakaz przyjmowania banknotów 200 i 500 zł). Zabrał 200 zł i rzucił 100 zł. Znów przypominam, że nie wydam. Ten oczywiście z mordą, że mam obowiązek mu rozmienić, że jestem bezczelna itd. Stałam cicho niewzruszona, jak zwykle przy burakach. Nagadał się, nagadał i poszedł. Stówy zapomniał i już odruchowo chciałam za nim wybiec, żeby mu ją oddać, ale po zrobieniu kilku kroków jednak schowałam ją do kieszeni. O dziwo nie wrócił, przynajmniej nie ma mojej zmianie.

#zNcwK

Około czternaście lat temu, jak jeszcze byłam młoda i nieasertywna, podjęłam się pracy w sklepie z owadem.

Od początku pracownice z dłuższym stażem wykorzystywały mnie na każdy możliwy sposób. One chodziły po sklepie jak święte krowy, co godzinę na papieroska, miały pół godziny przerwy, ucinały sobie dyskusje z klientami itp.
Ja 95% czasu siedziałam na kasie i w ciągu 8 godz. pracy nie miałam przerwy, bo gdy już mnie łaskawie puściły, to po dwóch minutach wołały mnie znowu, bo kolejki. Zazwyczaj nawet nie zdążyłam dobiec do pomieszczenia socjalnego, bo po drodze jeszcze klienci mnie zagadywali, zgodnie z wytycznymi nie mogłam odmówić pomocy. W czasie pracy nie mogłam wyjść nawet na siku, gdy prosiłam, by któraś mnie zastąpiła na parę minut, mówiły, że mają dużo pracy.
Zdarzało się, że już byłam bliska posikania się w gacie, więc zostawiałam klientów i leciałam do kibelka, żeby zdążyć w ostatniej chwili. Oczywiście zbierałam wtedy solidny opieprz. Jednak to, co mnie bolało najbardziej, to że jak już pobiegłam do ubikacji, widziałam jak we trzy czy w więcej stoją sobie przy tylnym wejściu i jakby nigdy nic palą papieroski i rozmawiają. Tak bardzo zapracowane!

W końcu zaczęłam przychodzić do pracy na czczo, bez jedzenia i picia, żebym nie musiała się martwić. Pracę kończyłam okrutnie głodna, odwodniona, słaba i z potwornym bólem głowy.
Nadszedł moment, w którym kasowałam ludziom towar i dosłownie płakałam, łzy mi ciekły, nie mogłam się uspokoić. Klienci pytali co się dzieje, ale mówiłam, że to alergia.

Po trzech miesiącach znoszenia mobbingu poszłam do psychiatry. Dostałam zwolnienie, które potem przedłużyłam i tak nie było mnie miesiąc w pracy. Oczywiście moje współpracownice pisały do mnie na gadu gadu. Pytały kiedy wrócę do pracy i jak długo mam zamiar SYMULOWAĆ chorobę!
Wtedy podjęłam decyzję, że zacznę walczyć o swoje. Zacznę być asertywna.

Po powrocie do pracy znowu była ta sama sytuacja, a ja próbowałam się przełamać. W końcu się udało i gdy znów odmówiły mi puszczenia mnie na siku, głośno przy klientach powiedziałam, że zaraz posikam się w majtki, bo od 6 godzin nie wychodziłam i nie będę po sobie sprzątać. Kiedy kazano mi zostawać po godzinach, mówiłam, również głośno, tak by klienci słyszeli, że nie zostanę, bo nie puszczono mnie na przerwę i jestem bardzo głodna i kręci mi się w głowie. Straszyli mnie naganą, ale wtedy ja straszyłam ich inspekcją pracy, a stałych klientów powołam na świadków - ci nie mieli z tym problemu, wręcz byli gotowi mnie wesprzeć.

Koniec końców, po łącznym pół roku pracy przyniosłam wypowiedzenie oraz L4, oznajmiłam kierownikowi, ze ani dnia dłużej nie spędzę w tym obozie pracy. Był wielce zdziwiony, na koniec usłyszałam "źle ci u nas było?".
Dziwię się, że wytrzymałam tam aż tyle czasu.

#P9zd2

Od kilku lat jestem posiadaczką buldoga francuskiego. Kto ma ten wie, że te psy potrafią się nieźle spierdzieć, taki urok rasy. Jednak ostatnio z mojego przyjaciela zaczęły wydobywać się iście piekielne zapachy, jakby coś tam w środku zdechło, do tego pojawiały się częściej niż zwykle. Po wykluczeniu oczywistych czynników udajemy się na konsultację do weterynarza, zabrałam pierdzącego towarzysza i w drogę!
Z 9 piętra zjazd na dół windą, coby oszczędzić psu schodzenia po schodach. Towarzystwo w windzie: mały, na oko 2-3-letni chłopiec, najprawdopodobniej jego mama i babcia. Pies po zamknięciu drzwi puścił cichacza mordercę, wszyscy patrzą po sobie, smród daje po oczach. 

Chwilę po tym spadły mi klucze i schyliłam się po nie, starając się nie trącić dupskiem babci, mój pies stoi sobie w rogu. Wiecie co zrobił? W momencie kiedy się schylałam, puścił najgłośniejszego, najbardziej obrzydliwego bąka jakiego słyszałam kiedykolwiek. Wszystkie oczy na mnie, w tym wzrok psa. Patrzę na niego, a on zdegustowany powoli odwraca ode mnie łeb. Było mi tak cholernie wstyd, powiedziałam tylko "to pies...", ale ich spojrzenia wwiercały mi się w duszę, chyba nie uwierzyli. W całej windzie śmierdzi trupem.
Wysiadłam, a raczej wybiegłam z windy i nie odwróciłam się za siebie ani na moment, mam nadzieję, że nieczęsto będę spotykać ich na klatce.

Dzięki, psie.

#nHiTT

Wyznanie, które właśnie czytacie, może wydawać się nierealne i szczerze gdybym usłyszała je przed całą tą wstrząsającą sytuacją, to stwierdziłabym, że ktoś musi nieźle zmyślać.
Zacznijmy od początku...
W 2013 r. kończyłam gimnazjum znajdujące się w dużym mieście, ale w małej dzielnicy. Moja najlepszą przyjaciółką była wówczas Ania - niesamowicie zwariowana, zabawna, pewna siebie dziewczyna, którą lubił każdy. 

Pamiętam do dziś - środek jesieni, sobota, ok. 7 rano budzę się, ponieważ mój telefon aż wariuje z powodu powiadomień z gg (gadu gadu) oraz z SMS. Wstaje, włączam wiadomości i nagle jakby cały świat zniknął - "Anka zaginęła!". Dnia poprzedniego, w piątek, Ania nie wróciła ze szkoły do domu.

Rodzice Ani zadzwonili po policje, gdy żaden z jej znajomych nie wiedział, gdzie się znajduje ich córka (dzwonili również do mojej mamy, ale ta zapomniała mi powiedzieć, bo to było koło 22, a nie chciała mnie budzić).

Cała nasza klasa umówiła się o 8 na dworze. Poszliśmy do domu Ani, a jej mama ze łzami w oczach powiedziała, że policjanci wczoraj w nocy przeszukiwali wszystkie miejsca wokół drogi, którą Ania pokonywała do domu. Mieli to zrobić również dzisiaj, kiedy będzie już jasno.

Rodzice Ani ani policja jednak nie wiedziała o czymś, co wiedział każdy z nas - Ania nie wracała tą drogą, co kiedyś. Razem z koleżankami, z którymi sąsiadowała, chodziły drogą na skróty - o 10 minut krótszą, prowadzącą przez kanały, rożne zakamarki, las,itp, itd. Nigdy nikt obcy tamtędy nie przechodził, bo po co?
Tak wiec od razu wspólnie ustaliliśmy, że odwzorujemy jej kroki.
Przedzierając się przez różne dziury, łąkę,kawałek kanału minęło już ok 15 min. Traciliśmy nadzieje, baliśmy się, że ktoś ja porwał i wywiózł. 

Nasze krzyki, kiedy przechodziliśmy przez las, przerwał nasz kolega, który kazał nam się uciszyć i nasłuchiwać, bo chyba coś usłyszał. No i miał racje - jęki dobiegały zza krzaków bardzo oddalonych od nas. Od razu się tam rzuciłam no i znalazłam - Anka, goła, ze szczątkami ubrań wokół siebie, cała umazana krwią, z ranami na brzuchu. Do dzisiaj nie mogę zapomnieć tego widoku. Zakazałam zbliżać się chłopakom - kazałam im zadzwonić po policje i pogotowie. Z dziewczynami ubrałyśmy Anię korzystając z naszych bluz, szalików i kurtek. Po jakieś 10 minutach przyjechało pogotowie.
Ania została zgwałcona i pocięta nożem. Cud, że przeżyła noc. Kiedy wróciła do szkoły, już nie była tą samą Anią. Czuła, że jest przez nas traktowana inaczej, delikatniej. Baliśmy się jej powiedzieć cokolwiek, ażeby jej nie zranić. 

Popełniła samobójstwo jakiś miesiąc później. Znaleziono przy niej pozytywny test ciążowy. Ból, jaki przeżyła mając jedynie 16 lat jest niezwykły. Do dzisiaj tęsknie i wciąż nie mogę zapomnieć jej śmiechu, który odtwarza mi się w głowie jak tylko o niej pomyślę...

#CeCkL

Mój tata nie potrafi cicho kichać. Niby nieczęsto mu się to zdarza, ale jak już psiknie, to jakby trzęsienie ziemi przeszło albo grzmot jakiś trzasnął. O ile kicha w domu, to spoko, bo już jesteśmy przyzwyczajeni, gorzej jak jest w miejscu publicznym i zawierci go w nosie.

Raz byliśmy w kościele, a mój tata nagle kichnął tak, że zabrzmiał jak trąba jerychońska, wskutek czego przestraszył przechodzącego po składce księdza, który w strachu upuścił tacę, przy okazji wypowiadając soczyste "o ku*wa".

Myślałam, że ludzie wokół skończą się ze śmiechu.

#R7TOa

Skończyłam prawo i zostałam adwokatem, bo oczekiwali tego moi rodzice-prawnicy. Nienawidzę tej roboty i tych gnojów, których muszę bronić. Za każdym razem na sali sądowej mam ochotę wrzeszczeć coś w stylu „to on ukradł, wsadźcie go do pierdla”. Mam wrażenie, że jestem coraz bliżej, by to rzeczywiście zrobić.

#8GOuZ

Mam 16 lat. Moi rodzice się kłócą, niedawno byłam świadkiem jak mój tata szarpał moją mamę. Rzucił ją na łóżko, a gdy stanęłam po stronie mamy, zaczął mnie szarpać. Nienawidzę ich. Nie mam nawet komu się wypłakać i czuję, że długo nie wytrzymam z ich ciągłymi kłótniami.
Mam już dosyć.

#pd8Gb

Widzę, że jest tutaj ostatnio wiele historii osób z zaburzeniami psychicznymi, więc napiszę i ja.

Mam 23 lata, od lat leczę się na depresję z nerwicą lękową i natręctw. Klasyka gatunku - brutalne gnębienie w szkole, właściwie całą edukację. Rzeczy, które mi robili, nadają się na grubą sprawę kryminalną, w której by poszły wysokie wyroki. To nie był zwykły brak sympatii... I uprzedzę. Nie zrobiłem nic, aby na to sobie zasłużyć. W szkole zamiatali to pod dywan nawet, jak zacząłem mieć problemy psychiczne. Być może naprawdę teraz mają wyjebane w to, co z dzieckiem się stanie. Byle szkoła nie ucierpiała wizerunkowo, nieważne, że ktoś jest bity, molestowany, "krojony" z kasy i telefonu...

Tak więc mama to zgłaszała na policję i sprawa szła do sądu. To tylko wzmagało ich agresję... Atakowali mnie wtedy bardzo, nazywając konfidentem i wszystkim, co najgorsze. Jak bardzo nienawiść musi ogarniać chore łby, aby tak kogoś krzywdzić za to, że jest słabszy? Teraz się tych ludzi nie boję, zwisają mi. W domu również nie było cudownie, ale o tym może opowiem kiedy indziej. Ciężko mi się samemu odnaleźć w sobie. Nie szukam porady, lecz chciałem wyrzucić z siebie to, co mnie dręczy dzień w dzień. Mam teraz duże grono znajomych, przyjaciół... Jestem przeciwnością siebie ze szkoły. Wygadany śmieszek, dusza towarzystwa... Lecz to, co przeżywam w głowie jest czymś, z czym tak naprawdę nikt mi nie pomoże i jest to moim ciężarem.

Najciężej jest nie dać się myślom, że oni mieli rację, robiąc mi taką krzywdę... Jednak w tym wszystkim mam swoje pasje, z którymi wiążę przyszłość zawodową i które też mnie bardzo nakręcają do działania, poza antydepresantami. Dziękuję, jeżeli komukolwiek chciało się to czytać.

#vkg0O

Moja prababcia była czołową nazistką. Nastoletnia dziewczyna z najwyższych kręgów, która pod koniec wojny została złapana przez odział polskich partyzantów koło oblężonego Wrocławia. Cóż, mój pradziadek był jednym z dowodzących odziałem oficerów i postanowił ją oszczędzić, zamiast rozstrzelać jak zazwyczaj robiono z
najważniejszymi nazistami. A podobno można ją było za co najmniej kilka rzeczy rozstrzelać, bo nie była to zwykła głupia dziewczyna, tylko córka jednej z najbardziej wpływowych niemieckich rodzin, wysoce zaangażowana w działalność nazistowską. Jej matka, czyli moja praprababcia była niemiecką księżną i wychowywała się na dworze z rodziną cesarską. Wcześniej aż do zjednoczenia Niemiec rodzina prababci rządziła jednym z niemieckich księstw. No, ale po I wojnie światowej stracili formalną władzę, choć wpływy im zostały i bardzo popierali nazistów. Tyle wiem z historii. Aha i jeszcze, to, że jedna z przodkiń prababci, jeszcze przed rozbiorami, była córką jednej z rodzin magnackich.

No, ale wojna się skończyła, a pradziadek z prababcią uciekli z partyzantki, bo jednak bratanie się z nazistką, nawet ładną, to nie było coś dopuszczalnego.
Zakochali się w sobie i wzięli ślub w styczniu 1946 r. po nieco ponad pół roku roku znajomości (poznali się w maju 1945) - pradziadek miał wtedy 24 lata (walczył w wojsku jako ochotnik od września 1939 jako 17-latek i z czasem został nawet porucznikiem), a prababcia prawie 18. Oczywiście oboje zmienili tożsamość w powojennym rozgardiaszu - polskim żołnierzom groziło rozstrzelanie lub nawet gorsze rodzaje śmierci, a prababcia jako Niemka i nazistka zostałaby deportowana lub rozstrzelana. Oboje zapisali się na studia (prababcia szybko uczyła się polskiego, ale w razie czego mówiła, że od 1939 była deportowana na przymusowe roboty do Niemiec i dlatego zapomniała polskiego). Już nigdy nie zobaczyła niemieckiej rodziny, z tego co wiem zostali w RFN i utrzymali większość majątku, a jej matka do końca życia pół formalnie była tytularną księżną. Po studiach pradziadek z prababcią wyjechali z PRL-u nie do końca legalnie na zachód, jak tysiące innych osób. Trafili do Ameryki, prababcia była lekarzem, a pradziadek inżynierem lotnictwa, nawet pracował dla NASA w latach 60. i potem projektował samoloty. W 1992 wrócili do Polski na starość i zostali tutaj. Prababcia zmarła w 2014, a pradziadek w 2016 r. Byli małżeństwem 68 lat, mieli 4 dzieci i 14 wnuków, w tym mnie.

Nie liczę, że wszyscy mi uwierzą, ale jest to moja rodzinna tajemnica, o której wie tylko kilka osób (ich dzieci, małżonkowie ich dzieci i 6 wnuków, bo nawet nie wszystkie ich wnuki to wiedzą). Uważam, że jest to na tyle ciekawa opowieść, że warto nawet anonimowo ją komuś przekazać.
Dodaj anonimowe wyznanie