Nasza rodzina zawsze była biedna i takie fanaberie jak komputery, wakacje czy wycieczki klasowe nie wchodziły w grę. Było mi z tego powodu niesamowicie głupio. Zamiast jechać na długo wyczekiwany obóz z przyjaciółmi, musiałem zostać w domu i niańczyć rodzeństwo - dwaj bracia i siostra - bo nagle coś zepsuło się w samochodzie i tata nie miał pieniędzy na mój wyjazd. Później ponownie musiałem porzucić plany o telefonie, bo był dla nas zdecydowanie za drogi.
Ojciec od dziecka zaganiał nas do pracy, a to pomaganie mu w domu, a to dorabianie u sąsiada w polu, żeby zarobić jakieś śmieszne pięć złotych (które i tak mieliśmy oddać tacie). W wieku piętnastu lat udało mi się odłożyć trochę kasy ze sprzedaży roweru i za jakąś pomoc w warsztacie. Było to około pięciuset złotych, wówczas ogromna dla mnie kwota. Już zdążyłem upatrzyć sobie fajny, używany telefon, kiedy ojciec dowiedział się o moich oszczędnościach i kazał mi je oddać.
Zbuntowałem się i powiedziałem, że są moje i chcę choć raz kupić sobie coś fajnego. Pamiętam, że wpadł wtedy w szał i tylko matka powstrzymała go od sprania mnie na kwaśne jabłko. Takich sytuacji w naszym domu było mnóstwo, w końcu także rodzeństwo miało dość jego zachowania i skąpstwa, ale baliśmy się jego napadów szału i nieobliczalności. Co mi się udało zarobić na jakichś dorywczych pracach, musiałem mu oddać, bo inaczej potrafił przekopać mój cały pokój, aż do skutku. Wyżywał się na nas za swoje niepowodzenia, czerpał radość z tego, że tylu ludzi w domu się go boi. Mama brała na siebie niektóre uderzenia, ale my też obrywaliśmy. Zaraz po technikum wyprowadziłem się z domu, nie powiem, było bardzo ciężko, ale przynajmniej byłem z daleka od tego despoty. Zostałem zatrudniony jako pomoc w warsztacie samochodowym, po kilku latach udało mi się wyrobić w tym fachu i zarabiałem naprawdę dobrze.
Warto zaznaczyć, że mój kontakt z rodziną był bardzo słaby, z rodzeństwem tylko przez telefon i to od święta. Miesiąc temu zadzwoniła do mnie siostra i powiedziała, że tata miał wypadek. Spadł z drabiny, gdy naprawiał dach i poważnie się uszkodził. Pojechałem do szpitala, gdzie leżał. Był świadomy, ale nie mógł się poruszać, tylko wodził na mną oczami, mrugał, gdy zadawano mu pytanie. Według lekarzy jego stan może ulec jakiejś poprawie, ale wielkich szans nie ma. W pewnej chwili, kiedy rodzina wyszła z sali, zostałem z nim sam. Nachyliłem się nad nim i powiedziałem mu co o nim myślę. Że był tyranem i dupkiem.
Dodałem nawet, że żałuję, że żyje. Widziałem w jego oczach strach i ogromny żal i sprawiło mi to wielką satysfakcję. Poczułem, że mogę mu się odpłacić za lata upokorzeń i strachu. Jednak po chwili żałowałem tych myśli i wyszedłem ze szpitala. Pozostaje mi tylko wspomóc mamę i rodzeństwo, ale dla mnie ten człowiek już się nie liczy.
Kilka miesięcy temu byłam na kolejnej wycieczce do Izraela. Panią przewodnik została kobieta, z którą od pierwszego spotkania nie obdarzyłyśmy się sympatią. W pewnym momencie usłyszałam, że przewodniczka obgaduje nas (mnie i mojego partnera) z miejscowym kierowcą.
Siedzieli przy sąsiednim stoliku i rozmawiali po hebrajsku. Gdy wchodziliśmy do autobusu, rzucali do siebie niewybredne komentarze. Kobieta była złośliwa, a gdy zwracałam się do niej po polsku, była miła i sympatyczna.
Pod koniec podróży na lotnisku podeszła do nas osoba z obsługi, pytając o bagaże. Po angielsku. Podeszła przewodniczka gotowa pomóc w rozmowie (bardziej ciekawa, co u nas). To był ten moment. Mówiąc płynnie po hebrajsku, odpowiedziałam na pytania obsługi, a następnie zwróciłam się do przewodniczki, mówiąc, że jeśli chce kogoś obgadywać, musi to zrobić o wiele lepiej. Mina bezcenna.
Miałam kiedyś, jak mi się wtedy wydawało, bliską koleżankę, a ta koleżanka miała mamę, która miała faceta (nie ojca mojej koleżanki). Pewnej babie bardzo się nie podobało, że jej mama jest z tym gościem, więc wydzwaniała cały czas do mamy koleżanki. Nic nie mówiła, wydawała z siebie dziwne dźwięki bądź sapała, ogólnie zachowywała się jak chora psychicznie. Telefony zdarzały się bardzo często, a jako że moja koleżanka jest mocna w gębie i nie przelewa w słowach, to gdy ta baba dzwoniła, to wyzwala ją od najgorszych, praktycznie leciały same słowa na ''k''. Mi to bardzo zaimponowało, że koleżanka jest taka bezpośrednia, a jednocześnie miała do tego takie lekkie podejście, tak zwaną bekę. Telefony po jakimś czasie ustały.
Po jakimś czasie do mojej mamy zaczął ktoś dzwonić. Zachowywał się bardzo podobnie, jakieś dziwne dźwięki, lecz nikt konkretnie się nie odzywał. Po kilku dniach takich telefonów postanowiłam, że odbiorę i oczywiście, jak podejrzewacie, puściłam niezłą wiązankę słów. Jechałam wyzwiskami, jakie mi tylko przyszły do głowy. Tuż po tym, jak skończyłam, odezwała się cierpliwie czekająca osoba. Nie pamiętam co powiedziała, ale oddałam telefon mamie. Okazało się, że to jakaś bliska rodzina od strony mojej mamy, z niewiadomych powodów od kilku dni mieli problem, żeby się dodzwonić...
Mi oczywiście było wstyd jak nie wiem, nawet teraz, gdy o tym piszę. Chciałam pokazać jaki jestem kozak, tak jak moja koleżanka, a oni po prostu chcieli zapytać co słychać.
Mam 20 lat i zaczynam studia.
Nie jest tak, że nie zdałam, tylko byłam w technikum.
Mieszkam na zadupiu obok dużego miasta. Mając kilka lat chciałam chodzić na nocowania do koleżanek - odpowiedź od mamy "nie, bo to w innym mieście". Wyjście gdzieś? Tak samo. Po chwili przestałam być zapraszana i koleżanki przestały ze mną gadać.
W tym samym okresie chciałam chodzić na tańce - "zatańcz przed nami, my ocenimy, czy się nadajesz" usłyszałam od mamy. Słowa te sprawiły, że do dziś nie tańczę nigdzie i w żaden sposób.
Niedaleko znajdowała się stajnia. Przez rodziców sport uznany za nudny i niebezpieczny.
I tak mijały lata i nowe pomysły odchodziły, aż w końcu przestałam się pytać i mówić cokolwiek. Dziś nie mam pasji i nie potrafię się niczym zainteresować. Do wieku 16 lat nigdzie nie wychodziłam, od 18 informuje mamę i idę, i tyle.
Myślałam, że coś się zmieni, ale gdy zapytałam o przekłucie uszu, jedyne co usłyszałam to krzyki i stanowcze "nie".
A wiecie co jest szczytem? Ostatnio mama powiedziała mi, że nie mam pasji i że nic nie robię...
Nic dziwnego, skoro czytanie i rzeczy, które można robić w domu, były jedynymi do wyboru.
Piszę to wyznanie w nadziei, że natkną się na nie rodzice- przyszli lub obecni- i wyciągną z niego coś dla siebie, może zastanowią się nad czymś, czego do tej pory nie rozważali. Na moją rodzinę już za późno, może choć wasze zaczerpną z mojego doświadczenia.
Wiele osób zdradzonych w związku z dziećmi stanęło pewnie przed dylematem rozwodu i jego implikacji dla młodszych członków rodziny.
W tej sytuacji, mogę zaoferować wam perspektywę córki zdradzonej matki- mój ojciec zrobił to nam 14 lat temu (teraz mam 22, wtedy byłam ośmiolatką), a mama dowiedziała się o tym przypadkiem przeczytawszy SMS kochanki na rodzinnych wakacjach. Mogę śmiało powiedzieć że to co zrobił, a po części też decyzja matki, by z nim zostać (hipoteka, dobro dziecka, itd) coś we mnie zabiły.
Mój ojciec jest tchórzem. Nigdy nie dorósł do tego, by za swoje czyny zaoferować proste „przepraszam”. Po kłótniach z matką wyprowadził się od nas i wiódł kawalerskie życie, do domu wpadając około dwóch razów w miesiącu. Moja matka cierpiała, nie zdecydowała się jednak na rozwód- mieliśmy dom na kredyt a ja chodziłam na wiele płatnych zajęć pozalekcyjnych, na które nie byłoby nas stać po rozwodzie. Słowem, poświęciła się dla mojego dobra.
Ojciec nigdy nie przyznawał się do winy. Swoje postępowanie usprawiedliwiał stwierdzeniem, że „mężczyźni nie są ewolucyjnie zaprogramowani do monogamii”. Nigdy nie zapomnę, jak powiedział mi , że w wyborze partnera powinnam kierować się jego statusem materialnym- nie jest bowiem możliwe, żeby przyszły partner był mi bez końca wierny , powinnam więc myśleć pragmatycznie. Miałam wtedy 12 lat.
Chciałabym, żeby ta historia była przerysowana, ale nie jest. We wczesnym okresie dojrzewania (12-13 lat) przeszłam epizod depresyjny (rozpoznany dopiero rok temu, kiedy za własne pieniądze zaczęłam terapię i usiłowaliśmy dojść do źródła moich obecnych problemów), który ustał po pewnym czasie od wyprowadzki ojca w jego kawalerskie życie. Wielokrotnie namawiałam matkę na rozwód, żeby nie musieć widywać się z nim nigdy więcej. Nie zgadzała się, a mi zostało obserwować jak z roku na rok, wybacza mu to co zrobił.
Jakiś czas temu, ojciec wprowadził się do nas ponownie. Szczęśliwie, studiuję daleko od domu, widuję go więc sporadycznie. Jednak to uczucie, kiedy mam go za ścianą, jest nie do opisania. W tej sytuacji nie ma miejsca na obojętność- dziura, jaką stworzył w moim życiu pozwala mi wyłącznie na nienawiść w stosunku do niego. Próbujemy udawać nareperowaną rodzinę a ja łapię się coraz częściej na tym, że chciałabym, żeby zniknął. Uciekł, umarł, obojętnie. Uwolnił mnie od tych okrutnych myśli.
Puenty chyba brak. Wyznanie powszednie i rozczarowujące, jak życie. Być może tylko to: rodzice, uczcie dzieci że są warte miłości. Ja już nie wierzę, że jestem warta cokolwiek.
Znacie pewnie już wiele historii, z internetu lub własnego otoczenia, gdzie schemat był taki: dzieciak jest dręczony z tego czy innego powodu w szkole, nabawia się różnych urazów, nerwic, itd. Zła passa ciągnie się za nim, nie potrafi nawiązać normalnych znajomości, ale w końcu następuje punkt zwrotny.
Dzieciak postanawia wziąć się za siebie. Dokuczali mu, bo był za gruby, zbyt nieśmiały? Inwestuje trochę pieniędzy i czasu w zmianę trybu życia i z zahukanego pulpeta robi się atrakcyjny i pewny siebie człowiek sukcesu. Wysiłkiem i zdolnościami zdobywa swoje miejsce na ziemi, może nawet otwiera firmę, zakłada rodzinę. A potem mniej lub bardziej przypadkowo trafia na oprawców ze szkolnych czasów i oczywiście okazuje się, że w przeciwieństwie do niego oni żyją w najgorszym razie w jakichś koszmarnych patologiach, a w najlepszym ledwo wiążą koniec z końcem. Los się odwrócił, można powiedzieć. Kiedyś ofiara, teraz ten dzieciak jest na szczycie.
Dziś mam 34 lata, w tym roku kończę 35. Skończyłam szkołę średnią z przeciętnymi wynikami, mimo że się bardzo starałam, studiów mam. Aktualnie pracuję w markecie w swoim mieście, wynajmuję pokój i jakoś sobie niby radzę... Nie mam przydatnych kursów, z językami obcymi też nie jestem szczególnie blisko. Rodzina, facet? Nic z tego. Oszczędności? Dobry żart. Problemy z samooceną? O. Tego mi nie brakuje. Marzyłam o studiach pielęgniarskich lub weterynaryjnych swego czasu, ale na pierwszych nie podołam przez pieniądze, na drugie się nie dostanę. Każdego dnia czuję się coraz gorzej, jak śmieć, jak przegryw. Spokojnie, nie skarżę się, nie oczekuję klepania po plecach. Do czego jednak zmierzam?
Ja byłam takim dzieciakiem. Za wysoka, za gruba, za ambitna, a jednocześnie - za cicha. A więc pewnie się wywyższam i trzeba to ukrócić... Byłam nieśmiała przez większość szkolnego życia, cholernie nieśmiała i kto tylko chciał, mógł mnie traktować jak śmiecia, a ja nie miałam odwagi się bronić. Klasyczna ofiara. I ofiarą, przegrywem pozostałam, a tamci? Mają rodziny, firmy, wiedzie im się.
Ja zaś czuję, że już przegrałam życie.
Mam poj*banego psa. Kiedyś jak szłam sobie z nim na spacer, podleciał do mnie jakiś typek i chwycił za moją torebkę, próbując mi ją wyrwać. Pewnie udałoby mi się ją utrzymać, gdyby nie mój pierdolnięty pies, który podskoczył, ugryzł mnie w rękę, na co ja zwolniłam uścisk i ułatwiłam sprawę złodziejowi, który szybciutko spie*dolił z łupem.
Gdy miałam 16 lat wpadłam pod samochód, gdy jechałam rowerem. Miałam złamane żebra, piszczel, strzałkę oraz obojczyk, a kawałki szkła z ręki wyciągano mi przez następny miesiąc. Przez niemal rok dochodziłam do siebie, a całe dwa semestry w szkole miałam indywidualne nauczanie.
Gdy już było ze mną ok fizycznie, uczyłam się powoli przezwyciężać strach przed jazdą autem i rowerem. Teraz mam 24 lata i wysiądę na rower bez problemu, ale nie wyjadę nim na jakąś ruchliwą drogę, ale jeśli chodzi o jazdę autem, to do dzisiaj bardzo się boję. Jak wsiadam do auta to od razu staram się zasnąć, żeby nie widzieć co się dzieje na drodze i nie dostawać palpitacji, gdy ktoś przekroczy dopuszczalną prędkość na drodze.
Na moje 18 urodziny, rodzice wykupili mi naukę jazdy autem. To był dla mnie koszmar. Co jazdę, ryczałam już w aucie instruktora, a po jeździe w domu, już w ogóle histeryzowałam. Na egzaminach tak bardzo się stresowałam, że choć umiałam jako tako jeździć, oblewałam za każdym razem z powodu jakiś głupich błędów.
Nie radziłam sobie w ogóle z jazdą, wręcz nienawidziłam wsiadać do auta. Po 10 niezdanych egzaminach rodzice odpuścili dalsze namawianie i dali sobie wytłumaczyć, że to nie dla mnie. Mieszkaliśmy w dużym mieście więc tak na prawdę, mając pod ręką komunikację miejską, nie potrzebowałam auta.
Mój chłopak i moi przyszli teściowie, a także reszta mojej rodziny, kompletnie nie rozumiała mojego lęku. Co ich widziałam, dogryzali mi z powodu braku prawka. Chłopak marudził, ze nawet sobie wypić na imprezie nie może. Bagatelizowali mój lęk, nie docierało do nich, że nie każdemu pasuje jazda autem.
Na moje 24 urodziny, mój chłopak i jego rodzice, zrzucili mi się na drugi kurs prawa jazdy. Wściekłam się bo myślałam, że po 6 latach dotarło do nich, że nie chcę jeździć autem. Teraz robią mi awantury, że nawet nie chcę spróbować. Mam tego dosyć.
Nie chcę zrywać ze swoim chłopakiem bo kocham go i jesteśmy ze sobą od 7 lat, ale nie mam zamiaru więcej przechodzić przez to samo. Bardzo przeszkadza mi to, że nikt nie potrafi zrozumieć tego, że prawo jazdy nie jest niezbędne do życia i niektórzy po prostu nie lubią jeździć.
Jestem kobietą, mam 32 lata i uwielbiam swoje włosy łonowe. Nie wyobrażam sobie, abym mogła się ich pozbyć. Czasami, gdy są dłuższe to palcami robię z nich miniaturowe dredy. Liczę wtedy, ile udało mi się stworzyć. Mój rekord to 15. Niestety rozpadają się po wzięciu prysznica.
Lubię również, gdy są nieco krótsze, celowo przycinam je obcinaczką do paznokci aby miały ostre końcówki i selekcjonuje, które są dostatecznie mocne i twarde. Stworzyłam specjalne pudełeczko, do którego chowam te najlepsze. Wyrywam je pęsetą. Mam już małą kolekcje i czasem otwieram te pudełeczko i oglądam swoje wyrwane włoski oceniając, które są faktycznie fajne, grube i z ostrym zakończeniem, a które niesłusznie dostąpiły zaszczytu wylądowania w tym pudełeczku.
Za kilka miesięcy skończę 30 lat. Odkąd moje koleżanki zaczęły wychodzić za mąż i rodzić dzieci, coraz częściej padają bezpośrednie pytania o moje życie uczuciowe. Coś tam wiedzą, że kręcił się przy mnie "taki jeden Maciek", a później "widziały, że Tomek ma na mnie oko", ale w jako takim związku z nimi nie byłam.
Kiedy ostatnio się spotkałyśmy na kawie u jednej koleżanek, Zosia spytała wprost, czy wolę kobiety. Okazało się, że inne też mnie o to podejrzewały i że nie musiałam się wstydzić, bo to przecież nic złego. Ale zaprzeczyłam - jestem hetero. Dziewczyn jednak to nie przekonało.
- To dlaczego nie masz faceta? Jesteś całkiem ładna, wesoła, masz sporo zainteresowań. Może jesteś wybredna?
Druga z kolei zasugerowała, że jestem jedną z tych, które czekają na księcia. Inna, że jestem materialistką. Ale żadna z tych opcji nie jest prawdziwa. Jestem zakochana od lat w tym samym mężczyźnie. Zawsze był dla mnie prawdziwym wsparciem, pomógł mi wyjść na prostą, gdy w rodzinie pojawiły się problemy i gdy nie miałam gdzie mieszkać. Uwierzył we mnie, przekonał mnie, że wcale nie jestem taka beznadziejna, jak twierdzili wszyscy wokół.
Później widziałam, jak przegląda katalogi z pierścionkami zaręczynowymi i byłam pewna, że będziemy najwspanialszą parą na świecie. Ale wszystko przekreślił jeden pijany kierowca i wypadek o dziesiątej wieczorem. Przez kolejne tygodnie od jego śmierci żyłam jak w transie. Pogrzebem i formalnościami zajęła się rodzina, przywłaszczyli sobie sporą część majątku, ale zupełnie mnie to nie obeszło. To co było dla mnie najcenniejsze, zostało pochowane na cmentarzu.
Później próbowałam wziąć się w garść, znalazłam pracę daleko od rodzinnego miasta i wynajęłam nowe mieszkanie. I co prawda dzięki zatrudnieniu się w dużej firmie poznałam wielu mężczyzn - żonatych i kawalerów, młodszych i starszych - którzy często proponowali mi spotkania, ale zawsze odmawiałam. Nadal myślę o Janku, dla niego każdego dnia próbuję szukać pozytywów w życiu, tak jak mnie nauczył. Chociaż wydaje się to żałosne i głupie, widzę nas jako dwoje ludzi planujących ślub i wspólną przyszłość.
Wiem, że nigdy się to nie stanie, ale dzięki takim myślom udaje mi się przetrwać najcięższe dni. Od wypadku minęło pięć lat. Nie wiem, czy dam radę kiedykolwiek obdarzyć innego mężczyznę takim uczuciem, jakim darzyłam Janka. Z jednej strony niesamowicie brakuje mi bliskości i troski, z drugiej nadal nie umiem wyobrazić sobie na miejscu Jana kogoś innego.
Dodaj anonimowe wyznanie