Jestem w czwartym miesiącu ciąży (brzuszek już widać, co jest istotne). Półtora miesiąca przede mną zaszła w ciążę moja szwagierka (żona brata mojego męża). Niestety wydarzyła się tragedia i miesiąc temu poroniła.
W weekend mieliśmy - od dawna zaplanowaną - imprezę z okazji okrągłej rocznicy ślubu moich teściów. Było sporo gości, szwagier ze szwagierką też. Moja teściowa i kilka innych osób było oburzonych, że "jak ja mogę się tak z brzuchem pokazywać szwagierce na oczy? Przecież oni tak strasznie to przeżyli, taka tragedia, a ja tu zadowolona i uśmiechnięta chwalę się (!) ciążą". I to wszystko publicznie, przy wszystkich. Szwagierka, która już troszkę doszła do siebie, wpadła w histerię. Ja nic im, głupia, nie odpowiedziałam, mąż na szczęście miał na tyle refleksu, że wstał, zabrał mnie i bez słowa wyszliśmy.
Co najlepsze, ani szwagier, ani szwagierka w ten sposób nie myślą, cieszą się, że z moją ciążą wszystko w porządku. Tylko "mamusia" i świrnięte ciotki widzą problem. Żeby nie było, staram się tym nie przejmować, żal mi tylko szwagra i jego żony. Wiem, nie jest anonimowo, ale kurde, skąd się biorą tacy ludzie?
Lata temu, na dwa dni przed moim ślubem fryzjerka, do której chodzę od lat, odmówiła mi wizyty z powodu grypy żołądkowej. Zaczęłam w pospiechu szukać innego fryzjera. No i znalazłam najbardziej prestiżowy salon w moim mieście. Mieli wolne miejsce.
Jak się potem okazało, włosy robiła mi praktykantka. Głowa od rozjaśniacza zaczęła mnie palić, ale zapewniano mnie, że to normalne. Nie było... Żal, rozpacz, wkurzenie. Fryzjerka sama nie wiedziała, co ma robić. Za późno było na doczepy czy inne tego typu rzeczy. Musiałam pójść w takich włosach, tragedia.
Mimo upięcia było widać, że włosy mam bardzo przerzedzone, a nawet mam całe łyse placki. Najlepsze, że jedna z cioć mojego męża, gdy składała nam życzenia powiedziała, że podziwia mojego męża, że mimo mojej choroby trwa przy mnie i wziął ze mną ślub :D
Ponad rok pracowałam w magazynie z taką dziewczyną, która za każdym zanim umyła ręce, to ściągała z rąk wszystkie pierścionki, bransoletki, zegarek. Często zdarzało jej się zapomnieć tych rzeczy i zostawiała to w łazience. Nie raz jej to przynosiłam i nie raz sama biegła do kibelka, jak się zorientowała.
Szef akurat zatrudnił ekstra 20 osób przez agencję na kilka tygodni, żeby pomogli się wyrobić z towarem. Mówiłam jej już wiele razy, że jest teraz dużo nowych ludzi i że ktoś obcy nie będzie sprawdzać czyj jest ten zegarek w łazience, tylko weźmie dla siebie, ale ona nie słuchała.
Pewnego dnia po raz kolejny zostawiła zegarek w łazience. Akurat ja byłam po niej, więc wzięłam go żeby jej oddać, ale wpadłam na pomysł, że schowam zegarek, żeby ją wystraszyć, że ktoś go ukradł. Może się nauczy - pomyślałam.
Podchodzę do niej, gadka o dupie Maryny, nagle "zauważam", że ona nie ma zegarka na ręce. Pobiegła do kibla, wraca z paniką w oczach, biega, szuka gdzie on może być. Kilka minut zostawiłam ją w panice i w końcu wyciągam go z kieszeni i śmieję się "może się w końcu nauczysz zabierać swoje rzeczy z łazienki".
Ona nie uznała tego za dowcip/nauczkę. Uznała za to, że jestem złodziejką! Nawet koleżanka, która widziała co robię nie dała rady jej przekonać. Rozpowiedziała wszystkim w pracy, że chciałam ją okraść i od tamtej pory nigdy się już do mnie nie odezwała. A ja miałam kolejną motywację, żeby znaleźć lepszą pracę. :)
Gdy byłam mała, grałam w bardzo popularny symulator życia zwany The Sims. Zawsze gdy brakowało mi pomysłu na nazwisko nowo stworzonej rodziny chodziłam na cmentarz, żeby poszukać jakiegoś ciekawego i nieodmieniającego się w języku polskim nazwiska.
To było jakieś 12 lat temu.
Teraz mam 22 lata i dalej tak robię.
Po szkole średniej zapisałem się do urzędu pracy, gdzie oficjalnie zostałem bezrobotnym. Od razu dostałem możliwość stażu w firmie, która przypasowała mniej więcej do szkoły jaką ukończyłem i kwalifikacji, jakie zdobyłem. Zadzwoniłem, umówiłem się na spotkanie, po paru dniach pojechałem do placówki. Wcześniej było mi mówione, że konwersować będę z jakąś panią będącą kimś w rodzaju sekretarki, która jedynie zrobi ksero moich dokumentów i będę miał czekać na odzew - gdzie kolejnym ewentualnym krokiem byłaby rozmowa z szefem, który już miałby decydować, czy mnie przyjąć czy nie.
Przyjechałem w codziennych, ale czystych ciuchach (za duża kolorowa koszula w kratę, na nią kurtka skórzana, na nogach trochę zakurzone adidasy, jasne jeansy) z plecakiem jednoramiennym koloru zgniłych liści. Wpadam do tejże firmy, witam się z panią przy ladzie i już wyciągam teczkę chcąc wytłumaczyć, że ja w sprawie stażu - a ta ni z gruchy wypala: "Proszę udać się do poczekalni, prezes zaraz pana zawoła, teraz z kimś rozmawia". Przyznam, że nigdy wcześniej tak mnie nie zamurowało. Po walce z myślami stwierdziłem, że teraz nie mogę wyjść, bo nawet nie zdążyłem się przedstawić, a już wiedziano, po co przyjechałem.
Po jakiejś chwili wszedłem do wielkiego gabinetu, gdzie poza ciężkimi meblami i skórzanymi dodatkami był prezes przy stole konferencyjnym - w garniturze, wszystko zapięte na ostatni guzik. W życiu nie było mi tak głupio. Wiedział jak się nazywam zanim zdążyłem sam się przedstawić, mocno uściskał moją zimną rękę i od razu poprosił o dokumenty. Nic nie komentował, pytał o moje życie prywatne; plany na przyszłość; o moje umiejętności; a nawet rodziców. Stwierdziłem, że wykorzystam daną mi szansę i siedząc prosto opowiadałem, w czym jestem dobry i jak wiele zainteresowań posiadam oraz że jestem dobrą osobą w dobrym miejscu. Po pół godziny rozmowy pan w krawacie odezwał się: "Na 85% jestem na pana zdecydowany". Byłem w małym szoku, jak dobrze mi poszło pomimo wpadki jaką zaliczyłem. Nawet podziękowałem z gębą uśmiechniętą do sufitu (bielszego niż moje zęby). Niestety dodał: "Jednak gdyby nie dzisiejsza sytuacja, gdzie mam luźny dzień, jestem praktycznie sam w firmie i nie mam żadnych spotkań, odmówiłbym panu zanim zdążyłby pan nadepnąć na próg". Podziękowałem i zmieszany prędko wyszedłem, zapominając nawet zasunąć po sobie krzesło i wcale nie licząc na przyszłą współpracę.
Tak, przyjęto mnie jakimś cudem na ten staż, prezes nie wypomina mi naszej pierwszej rozmowy, a ja robię swoje.
PS Od tego czasu codziennie, nawet w niedzielę - ubieram się w pełni elegancko i "jak do pracy".
Jestem biedną studentką. Mam także chłopaka, sypiamy ze sobą, a że nieplanowana ciąża obciążyłaby mój i tak marny budżet, stosuję pierścienie dopochwowe z hormonami, aby zapobiec wpadce.
Miesiąc temu, dostałam zaparć. Siedziałam na toalecie, prąc bardzo mocno, jakbym, zamiast załatwiać codzienną potrzebę, rodziła dziecko, i to sporych rozmiarów. Tak mocno, że gdy wreszcie wydaliłam kupę, krążek antykoncepcyjny wypadł mi z pochwy, lądując wraz z "dwójką" w odmętach muszli klozetowej. Stłumiłam obrzydzenie, wyłowiłam i wypłukałam pierścień, następnie włożyłam z powrotem na miejsce.
Nie zaszłam w ciążę.
Od gimnazjum czułam coś do mojego nauczyciela. Przez pierwsze dwa lata dało się z tym żyć, później było już gorzej. Wiecie, typowe "zauroczenie" gimnazjalistki. Oczywiście jak to się często zdarza byłam najlepsza z jego przedmiotu i miałam z nim naprawdę świetny kontakt.
Szkołę w końcu skończyłam i poszłam do liceum. Po roku miłość do niego mi przeszła, ale on zadzwonił do mnie (tak, miał mój numer) i zaprosił mnie do szkoły w odwiedziny. Przyszłam i znów gadaliśmy tak jak dawniej. Moje uczucie wróciło i już nie zniknęło.
Teraz jestem w klasie maturalnej. Czasem go odwiedzam i już sama nie wiem jak wygląda nasza relacja. Czasem on traktuje mnie jak swoją uczennicę, innym razem jak kobietę. Nie umiem tego dokładnie wyjaśnić, ale to się po prostu czuje. Nie wiem co mam robić. To uczucie mnie męczy i trwa już prawie 6 lat... Naprawdę jedyne o czym marzę to po prostu je wyłączyć.
PS: Nie mam wyrzutów sumienia, bo ten człowiek nie ma żony, dzieci, chłopaka itp. A byłoby łatwiej zapomnieć...
Mam taki mroczny okres w swoim życiu. Żadne narkotyki, melanże czy seks z przypadkowymi osobami, po prostu padła mi psycha.
Kilka lat temu mój luby (od niedawna były luby) zachorował na raka. Był dzielny, ogromnie. Ja też się starałam, wierzyłam, że się uda i wspierałam go. W środku jednak byłam w rozsypce. W nocy budziłam się, bo nie mogłam oddychać, drętwiały mi ręce i dostawałam ataków paniki. Musiałam łykać leki uspokajające lub walnąć coś mocniejszego przed snem, żeby usnąć. Zaczęłam też mieć problemy z oczami, bo okazało się, że organizm nie radzi sobie z taką dawką stresu i mam pełno skur*ielków przed oczami. Co rano, po przebudzeniu, dochodziło do mnie co się dzieje i marzyłam o tym, żeby moim największym problemem były dodatkowe kilogramy czy niezaliczony egzamin na uczelni. Niektórzy "wspierali mnie" tekstami typu "przywykniesz, że jest chory" lub "z nim czy bez niego, dasz radę". Na szczęście leczenie przebiegło pomyślnie i tu by się mogło wszystko zakończyć, ale... po jego chorobie odbiło mi.
Dwa lata później bałam się wszystkiego, każdego znamienia, bólu gardła czy bólu brzucha. Doprowadziłam się do takiego stanu, że każdego dnia rano zaczynałam histerycznie płakać, że umieram, bo na pewno jestem chora. Byłam ciągle przerażona, ciągle zapłakana. Bałam się dotknąć, bo podczas mycia znajdowałam guza za guzem. Co chwilę byłam u lekarza i w końcu polecił mi wybranie się do psychologa. Oczywiście nie poszłam. W domu wiedzieli, że coś fiziuje, ale nikt nie wiedział jak jest źle, oprócz byłego, który najpierw się ze mnie śmiał, a potem przestał zwracać uwagę. Nie rozumiał, że ja nad tym nie panuję.
Kiedy przypominam sobie to wszystko, wciąż czuję to ogromne przerażenie, ten ból, tę niemoc i rozpacz... potrafiłam leżeć na podłodze i wyć jak zwierzę, ot tak, bo czułam, że mnie coś zżera od środka.
Wiedziałam, że przestaję kompletnie nad sobą panować. Jak zamykałam oczy, widziałam tylko czerń. Taki pusty twór się ze mnie zrobił.
Udało mi się ogarnąć swoje cztery litery, ale dopiero teraz, po 4 latach od tego wszystkiego, nie popadam w panikę, kiedy coś się dzieje.
Za to do szału doprowadzają mnie ludzie, którzy wypowiadają się na temat depresji, nerwicy czy stanów lękowych. Depresja? A tam, za dobrze miał, jeden problem się pojawił i już histeria!
Gdyby ktoś wcześniej, przed tym wszystkim, próbował mi opisać to, co sama przeżyłam, nie byłabym w stanie sobie tego wyobrazić. To jest ta pustka, ta ciemność w środku, która przytłacza swoim ciężarem i odbiera nadzieję na wszystko. Brzmi patetycznie, ale nie umiem tego inaczej opisać.
Do końca jeszcze się nie wyzbierałam, wiem, ale staram się.
Nikomu nie mówiłam o tym, że było tak źle. Wstydzę się, że sama doprowadziłam siebie do takiego stanu.
Po rozstaniu w dotychczasowym partnerem (byliśmy ze sobą 4 lata), stwierdziłam, że nie zaszkodzi mi pochodzić trochę na randki. I jak to bywa, założyłam konto na portalu randkowym. Pisałam z kilkoma facetami, którzy po dłuższej czy krótszej konwersacji okazywali się co najmniej zaburzeni. Ale był ten jeden - jak główna wygrana w "lotka"!
Oczytany, inteligentny, z poczuciem humoru, dystansem do siebie. Dwa lata starszy (lat 31), rozwodnik, bezdzietny, PR-owiec. Rozmawialiśmy o wszystkim - literatura, film, muzyka, historia, psychologia, polityka, ekonomia. Wreszcie nieśmiało poprosiłam o zdjęcie... może z lekką nadwagą, ale wciąż przystojniak. Myślałam - co za fart! Tak trafić!
Nie spieszyliśmy się z pierwszym spotkaniem, chcieliśmy się lepiej poznać, ale wreszcie nadszedł ten wymarzony dzień.
Czekałam w wyznaczonym miejscu, o wyznaczonym czasie...10 minut, 20 minut. Wreszcie usiadłam z książką (on mi ją polecił) i zatopiłam się w niej. Po kolejnych 15 minutach przysiadł się do mnie starszy pan (na oko 60+). Trochę się wkurzyłam, myślę - przyjdzie mój Romeo, zobaczy mnie z takim dziadygą i stwierdzi, że przyszłam z tatusiem na randkę...
No nic to, usiłuję grzecznie, acz stanowczo dać do zrozumienia, że nie mam ochoty na geriatryczne pogawędki - bez skutku.
Facet zaczął coś ględzić, nie słuchałam go uważnie... aż w pewnym momencie usłyszałam, że zwraca się do mnie po imieniu i w dodatku usiłuje mnie złapać za kolano!
Mój mózg wystartował jak ferrari w wyścigu łączenia faktów.
Niemożliwe! Mój przystojny Romeo to ten dziadek?! Kiedy, do cholery, zdążył się tak zestarzeć? Aż tak długo na niego nie czekałam!
Zerwałam się na równe nogi i chyba wyczytał bezgłośne pytanie w moim spojrzeniu.
Tak, to był on... tyle że nie miał 31 lat, tylko drugie tyle, zdjęcia były zdjęciami jego syna, a on dostał od syna tablet i jak to określił "sprawdzał jego możliwości umawiając się na randki przez internet".
Nie mogłam się powstrzymać - dostał z liścia w tę pomarszczoną gębę!
Najkrótsza i najbardziej obleśna randka w moim życiu.
Chyba wolę zostać starą panną z tuzinem kotów!
Znajomy podszedł do medycyny, jak to on sam mówi, "od dupy strony" i jest obecnie proktologiem. Przyszła ostatnio do niego laska, całkiem ładna blondynka. Bo ją "swędzi dup". Dosłownie.
No to koleś bierze sprzęty, zagląda gdzie trzeba. I tu zdziwienie. Jak sobie poświecił - to tam w środku się wszystko błyszczy. Przygląda się. WTF? Brokat. No to babeczka mu wyjaśnia, że dzień wcześniej z chłopakiem z okazji jego urodzin robili to "po grecku". Po raz pierwszy. I podczas gdy niektóre aspekty ogarnęli jeszcze jako tako (higiena, lubrykant), to już dodatkowy pomysł laski był nie bardzo. Mianowicie już w łóżku udekorowała się tam szczodrze brokatem, "żeby ładnie wyglądało". A równie inteligentny facet zrobił swoje, tak że część tego brokatu wcisnął do środka. No i mimo że po zabawie się niby ogarnęła higienicznie, to najwyraźniej nie dość dokładnie. A jej organizm najwyraźniej stwierdził, że aż taki ładny to on nie chce być i nastąpiło podrażnienie. Dokładne płukanie i odpowiednia maść pomogły.
Kumpel mówi, że już myślał, że wszystko widział (a z tego co opowiadał, to ludzie potrafią sobie tam dla zabawy wcisnąć najdziwniejsze rzeczy), a tu go świat po raz kolejny zaskoczył.
.
Dodaj anonimowe wyznanie