#nMdJA
Kilka lat temu mój luby (od niedawna były luby) zachorował na raka. Był dzielny, ogromnie. Ja też się starałam, wierzyłam, że się uda i wspierałam go. W środku jednak byłam w rozsypce. W nocy budziłam się, bo nie mogłam oddychać, drętwiały mi ręce i dostawałam ataków paniki. Musiałam łykać leki uspokajające lub walnąć coś mocniejszego przed snem, żeby usnąć. Zaczęłam też mieć problemy z oczami, bo okazało się, że organizm nie radzi sobie z taką dawką stresu i mam pełno skur*ielków przed oczami. Co rano, po przebudzeniu, dochodziło do mnie co się dzieje i marzyłam o tym, żeby moim największym problemem były dodatkowe kilogramy czy niezaliczony egzamin na uczelni. Niektórzy "wspierali mnie" tekstami typu "przywykniesz, że jest chory" lub "z nim czy bez niego, dasz radę". Na szczęście leczenie przebiegło pomyślnie i tu by się mogło wszystko zakończyć, ale... po jego chorobie odbiło mi.
Dwa lata później bałam się wszystkiego, każdego znamienia, bólu gardła czy bólu brzucha. Doprowadziłam się do takiego stanu, że każdego dnia rano zaczynałam histerycznie płakać, że umieram, bo na pewno jestem chora. Byłam ciągle przerażona, ciągle zapłakana. Bałam się dotknąć, bo podczas mycia znajdowałam guza za guzem. Co chwilę byłam u lekarza i w końcu polecił mi wybranie się do psychologa. Oczywiście nie poszłam. W domu wiedzieli, że coś fiziuje, ale nikt nie wiedział jak jest źle, oprócz byłego, który najpierw się ze mnie śmiał, a potem przestał zwracać uwagę. Nie rozumiał, że ja nad tym nie panuję.
Kiedy przypominam sobie to wszystko, wciąż czuję to ogromne przerażenie, ten ból, tę niemoc i rozpacz... potrafiłam leżeć na podłodze i wyć jak zwierzę, ot tak, bo czułam, że mnie coś zżera od środka.
Wiedziałam, że przestaję kompletnie nad sobą panować. Jak zamykałam oczy, widziałam tylko czerń. Taki pusty twór się ze mnie zrobił.
Udało mi się ogarnąć swoje cztery litery, ale dopiero teraz, po 4 latach od tego wszystkiego, nie popadam w panikę, kiedy coś się dzieje.
Za to do szału doprowadzają mnie ludzie, którzy wypowiadają się na temat depresji, nerwicy czy stanów lękowych. Depresja? A tam, za dobrze miał, jeden problem się pojawił i już histeria!
Gdyby ktoś wcześniej, przed tym wszystkim, próbował mi opisać to, co sama przeżyłam, nie byłabym w stanie sobie tego wyobrazić. To jest ta pustka, ta ciemność w środku, która przytłacza swoim ciężarem i odbiera nadzieję na wszystko. Brzmi patetycznie, ale nie umiem tego inaczej opisać.
Do końca jeszcze się nie wyzbierałam, wiem, ale staram się.
Nikomu nie mówiłam o tym, że było tak źle. Wstydzę się, że sama doprowadziłam siebie do takiego stanu.
I tolen twój protekcjonalizm, bo nikt oprócz ciebie nie wie, czym jest depresja... :P
@NOTHING000 sądząc po komentarzach tutaj 99% nie wie co to depresja
@nixi - szczerze wątpię, że znasz prawie wszystkich komentujących stąd i ich nastawienie oraz stan wiedzy względem depresji. To raz. A dwa, Anonimowi to wciąż malutki wycinek społeczeństwa.
Jeśli taka postawa pomaga jej trzymać granice, to dla mnie niech będzie najbardziej protekcjonalna na świecie :)
Mam nadzieję, ze sama zerwałaś z chłopakiem, a nie on z Tobą. Też mam nerwicę lękową i depresję. Gdyby mój chłopak zaczął z tego szydzić nie byłby już moim chłopakiem.
Ale dlaczego czepiacie się Autorki, przecież ona właśnie pisze, że nie trawi ludzi, którzy wypowiadają się w taki sposób (ignorując depresję). Jak dla mnie powinien być cudzysłów przy zdaniu "A tam, za dobrze miał, jeden problem się pojawił i już histeria". I wtedy byłoby to bardziej jasne.
To autorki wina, że kiepsko to napisała. Jej składnia sugeruje co innego i nie mamy obowiązku się domyślać, że może akurat słabo coś sformułował.
Wystarczy użyć myślenia i wszystko staje się jasne.
Każdy jak zamknie oczy to widzi tylko czerń. XD
Dobrze Cię rozumiem. Przeżyłam coś bardzo podobnego. Miałam jakieś 20 lat, studia, o których marzyłam, wszystko przede mną. Byłam religijna, ale tak normalnie, chodziłam do kościoła co niedziela i dawało mi to radość. Pewnego dnia obudziłam się z myślą, że nie robię wystarczająco, że i tak trafię do piekła na wieczność. Też byłam przerażona - dokładnie tak, jak opisujesz. Codziennie płakałam nad tym, jakim jestem grzesznikiem. Jak tylko nawet coś pomyślałam, płakałam pół dnia, że pójdę do piekła, po czym leciałam do spowiedzi. Nawet 2 razy dziennie. Odrzuciłam wszystkie swoje hobby, bo to grzech. Czułam się okropnie, po prostu nie chciałam wstać z łóżka, żeby nie czuć tej udręki, tego przerażenia, że będę cierpieć na wieczność. Dokładnie tak, jak mówisz - ból, niemoc, rozpacz... Próbowałam też poprawiać innych ludzi, bo byłam przekonana, że jeśli nic nie zrobię, to współodpowiadam za ich grzechy. Nie miałam kompletnie świadomości, że coś robię nie tak i że nie mam nad tym kontroli. Facet też mnie rzucił, i to w bardzo nieprzyjemny sposób, bo mnie obwiniał za to, że nagle się zmieniłam. Dopiero Mama (która nota bene pracowała z zawodzie okołomedycznym) się zorientowała co i jak i niemal siłą zaciągnęła mnie niemal siłą do psychiatry, który zdiagnozował nerwicę natręctw. Zaczęłam brać leki i jakoś z czasem zyskałam świadomość, że to co robię, nie jest normalne (takiego "kopa" dało mi zachowanie mojego byłego faceta i to, że byłam blisko zawalenia studiów). Niewiele szczegółów pamiętam z tego okresu, oprócz właśnie tej rozpaczy, bólu i przerażenia. Czarnej pustki w środku, tak jak mówisz. Minęło wiele lat, jest ok, ale do dziś nie potrafię być religijna i odczuwam niepokój, gdy wchodzę do kościoła. Pamiętaj Autorko, że to nie Twoja wina, niczym sobie na to nie zasłużyłaś i że prawda jest taka, że ludzie będą Cię osądzać, że rzadko kiedy ktoś rozumie - ale mimo wszystko nie jesteś w tym sama. Chciałabym, żeby społeczeństwo zrozumiało, że to choroba jak każda inna.
Karen, też tak miałam. Mam dopiero 16 lat i już to przeżyłam, więc rozumiem doskonale i ciebie, i autorkę. Moje wyznanie - #8xH56
Nawet nie wiesz jak Cię rozumiem. W zeszłym roku spuchła mi noga z niewiadomych przyczyn. Długo mnie diagnozowali (na szczescie byl to tylko obrzęk limfatyczny), ale ta niepewność i strach spowodowało, że miałam zaburzenia lękowe tak silne, że nie dawałam rady funkcjonować. Codziennie coś znajdowałam. Czy to nowy guzek czy nowe znamie. I do lekarza. Fortune wydałam na kardiologów, dermatologów, neurologów. Moja mama, która jest pielęgniarką, miała telefony codziennie, robiłam jej zdjęcia wszystkiego co w sobie znalazłam. I ten strach, pustka i ciemność. W końcu po 8 miesiącach wybrałam się do psychiatry, który wypisał mi leki przeciwdepresyjne. Których oczywiscie nie brałam, bo wymyślilam sobie, że mogę być uczulona na jakiś składnik w leku. Rozpacz, tak pamiętam cały ten okres
Opis bardziej wskazuje na psychozę niż na depresję. Depresja sama nie przechodzi, a psychoza może się przydarzyć raz w życiu.
Bardziej mi podchodzi pod hipochondrie
Jedno nie wyklucza drugiego. W przypadku hipochondrii lęk może przybrać formę psychozy. Autorka opisuje stany psychiczne, które dalece wykraczają poza zwykłą obawę o własne zdrowie.
Ja dopoki nie dopadl mnie epizod psychotyczny (miałam też napady nerwicy natręctw i paniki) nie miałam pojęcia, ze musze wybrać się do specjalisty. Myślałam, ze jestem zwyczajnie beznadziejna we wszystkim i czulam sie podle latami (okolo 10 lat). Bo przecież mnie choroby psychiczne nie dotycza!
Niestety na psychologa już za późno. Muszę brać leki na szereg różnych chorób, ale już teraz żałuję, ze nie zrobiłam tego wcześniej. Nie miałam pojęcia, ze mogę czuć się okay i nie mieć problemów z życiem oraz kontaktami z ludźmi.
Psychiatra powiedział, ze byłam o krok od psychozy.
Nigdy nie wiadomo, co i kiedy uderzy.
@CzarnyMag chyba nie wiesz czym jest psychoza A czym depresja I nerwica. To co opisuje autorka to nerwica lękowa z objawami hipohondrii. I psychoza nie może przytrafić się raz w życiu - albo się ma psychoze albo nie. Psychozy są chorobami nieuleczalnymi ma się je całe życie. W niektórych przypadkach można złagodzić objawy lub pozbyc się ich ale tylko na okres farmakoterapii jeśli przestanie się brać leki psychoza wraca. Hipohondrie, depresję, nerwice można wyleczyć. I tak. Wiem O czym mówię.
Bzdury posuwasz. Psychoza nie jest jednostką chorobową, tylko pewnym stanem umysłu. Psychozy mogą towarzyszyć różnym chorobom psychicznym. STAN psychozy może się przydarzyć raz w życiu - jest to cytat z psychiatry.
Powrót stanów psychotycznych jest oczekiwanym skutkiem po odstawieniu farmakoterapii, ale nie zawsze się tak dzieje. Nie u wszystkich te stany nawracają.
Ty mówisz nie o psychozie tylko o epizocie psychotycznym ktory moze zdarzyć sie raz w życiu takie epizody tez potocznie nazywa soe psychozą np narkotykową ale nie jest to typowa psychoza. Psychozą jest np schizofrenia którą jest nieuleczalną chorobą. Można jedynie poprawić stan chorego który funkcjonuje zupełnie normalnie pod warunkiem brania leków. Ale nie będę się z Tobą o to kłócić.
Po takich wydarzeniach trzeba się nauczyć żyć od nowa. Uwierzyć, że jest się bezpiecznym... Co czasem jest całkowicie nieprawdziwe - Babcia mojego chłopaka przez wiele lat po wyleczeniu pierwszego raka była uważana przez lekarzy i część otoczenia za hopochondryczkę - niestety dekadę później okazało się, że jednak nie oszukała przeznaczenia i kolejny złośliwiec okazał się śmiertelny. Jedne z jej ostatnich słów przed śmiercią? "Żałuję, że nie umarłam za pierwszym razem, to nie było życie, tylko piekło na ziemi".
Morału nie będzie, ale Autorko, idź do psychologa/psychiatry/kogoś kto pomoże Ci przez to przejść, bo życie w ciągłym lęku jest chyba nawet gorsze od walki z chorobą. :(
Ale wiesz że znajomi pocieszając Cię słowami "przyzwyczaisz się " mieli rację? Do życia z rakiem ludzie się przyzwyczajają i ich bliscy też. Mi to zajęło miesiąc, aby w pełni przyzwyczaić się do raka mojego rocznego syna.
Po przeczytaniu Twoich słów, odnoszę wrażenie że to Twój własny egocentryzm i wyolbrzymianie wpędziło Cię w tę chorobę. Tak, wiem doskonale czym jest rak, czym jest depresja też wiem od 13 lat.
Czekaj, dobrze rozumiem że uważasz, że tylko stan, w jakim Ty byłaś można uważać za problem? Że jak ktoś ma lęki, ale mniej nasilone, to za przeproszeniem kutasa o lękach wie? Oj, laska... większość wyznania współczułam, bo miałam bardzo podobne doświadczenia z hipochondrią, ale tym zdaniem się przekreśliłaś. Zero wrażliwości.
Naucz się czytać ze zrozumieniem. Autorka wcale nie umniejsza wagi problemów innych ludzi, wręcz przeciwnie, denerwuje ją bagatelizowanie depresji, tak powszechne w społeczeństwie.