Pracuję w call center. Kto pracuje w tej branży wie, że czasami ludzie, którzy się nam przedstawiają, potrafią mieć zabawne imię lub nazwisko. Z biegiem czasu uodporniłem się na takie sytuacje, ale dzisiaj imię pewnego pana rozłożyło mnie na łopatki. :D
Otóż po mojej standardowej formułce pewien jegomość przestawił się jako Grzmichuj i w tym momencie nie dałem rady się opanować i zacząłem się śmiać do słuchawki, po czym się rozłączyłem. Jest mi wstyd z tego powodu, ale nie dało się tego wytrzymać. Swoją drogą nie chce mi się wierzyć, że ktoś miał tak na imię i albo zrobił sobie ze mnie żarty, albo źle usłyszałem, ale humor mam do teraz dobry :)
Jako dziecko uwielbiałam malować i rysować i nieźle mi to wychodziło. Pani w szkole kazała nam namalować obrazek. Wszyscy dostali szóstki, a ja piątkę. Zapytałam, dlaczego mam piątkę, a nie szóstkę, jak inni. Odpowiedź? „Bo twój obrazek jest za ładny...”.
Mam 35 lat. Wczoraj spotkałam się z moją młodszą o dwa lata siostrą. Trochę wypiłyśmy i wzięło się nam na wspominki z dzieciństwa. W ich trakcie dowiedziałam się o najbardziej żenującej rzeczy, jaka mi się przytrafiła, a o której nie miałam pojęcia. Otóż przez długi czas moja kochana siostrzyczka sprzedawała za niemały hajs kserówki z co pikantniejszych stron mojego pamiętnika. Opychała ten „towar” chłopakom, z którymi się spotykałam oraz szkolnym plotkarom.
Ponoć wszyscy mieli z tego niezły ubaw, ale nikt nie pisnął mi nawet słowa, bo całą zabawę szlag by trafił.
Mój kot ma tendencję do pakowania się w karkołomne tarapaty. Dwa raz wyskoczył mi przez balkon z czwartego piętra, trzykrotnie wpadł pod samochód, raz zaklinował się w oknie rozszczelnionym do góry i kilkukrotnie został pogryziony przez psa. Za każdym razem nie miał nawet draśnięcia i wychodził ze swoich problemów praktycznie bez szwanku.
Wczoraj zasnęło mu się na parapecie, w wyniku czego spadł z wysokości 60 cm na dywan. Złamał sobie łapę i wybił kieł...
Będąc dzieciaczkiem, takim do 8-9 roku życia, bardzo fascynowały mnie sceny czy akty krzywdzenia ludzi, przekładało się to oczywiście na sposób, w jaki się bawiłam. Raz przy okazji oglądania z babcią telewizji zobaczyłam scenę, w której kobieta za karę zostaje zbiczowana. Tak mi się to spodobało, że później wieszałam lalki na sznurku i okładałam je drugim sznurkiem. Innymi moimi zabawami było m.in. wcielania się w różnych wymyślonych przeze mnie bohaterów, gdzie jeden był charakterem dobrym, a drugi jego zaciekłym wrogiem, który to robił wszystko, żeby uprzykrzyć mu życie – od porywania jego bliskich (maskotek) do mordowania ich, gdzie oczywiście później urządzałam im pogrzeby i miałam minicmentarze w kącie pokoju. W późniejszym okresie życia (tak do 13 roku życia) zaczęły interesować mnie zmyślone historie o seryjnych mordercach (creepypasty). Byłam tym tak zafascynowana, że na pamięć znałam każda pojedynczą historię, wyobrażałam sobie, jak do nich dołączam, a w plecaku (w szkole też) nosiłam scyzoryk, wymyślając różne sceny, jak to kogoś pozbawiam życia.
Aktualnie mam 21 lat i studiuję kryminalistykę i z moją psychiką (poza ADHD i stanami lękowymi) jest wszystko w porządku. Nie wiem, co poszło nie tak na etapie mojego dorastania, ale bawi mnie to, jak teraz o tym myślę, i to, w którą stronę to wszystko poszło.
Byłam pojebanym dzieckiem :))
Jestem bardzo wysoka, już jako dziecko byłam większa od rówieśników, ba, byłam najwyższa w całym przedszkolu. Oprócz wielkiego wzrostu miałam również wielkie zamiłowanie do gry aktorskiej, występowania przed publicznością, odgrywania głównych ról w przedstawieniach – do czasu...
Pewnego razu pani przedszkolanka powiedziała, że zagramy przedstawienie dla rodziców – „Calineczkę” Andersena. Bardzo chciałam być tytułową Calineczką, gdyż właśnie tę historię czytywała mi babcia na dobranoc, bardzo ją lubiłam i miałam do niej sentyment. Niestety roli nie dostałam. Pani powiedziała, że jestem za duża na główną bohaterkę, ale za to świetnie się nadaję do roli złej, dużej, brzydkiej ropuchy. Co miałam zrobić – rolę odegrałam. Byłam tak zła i zazdrosna, że wszyscy byli zachwyceni moją grą aktorską, bo całe przedstawienie siedziałam skulona w kącie w przebraniu i pozycji ropuchy ze złowrogim wyrazem twarzy, lustrując zawistnym spojrzeniem Calineczkę w przepięknej sukience.
Zdjęcie uwieczniające tamto przedstawienie jest moim ulubionym zdjęciem z dzieciństwa.
Przez wakacje pracowałam w miejscu, gdzie nigdzie w pobliżu nie było toalety. Kiedy miałam okres, to bałam się, że podpaska nie wytrzyma sześciu godzin bez zmiany, a tampon był zbyt ryzykowny. Co więc zrobiłam? Podkradłam małej siostrze pampersa i przymocowałam go do majtek. Wytrzymał i nigdy nie miałam na sobie wygodniejszej podpaski, serio.
W gimnazjum w połowie drugiej klasy do mojej klasy dołączył nowy chłopak. O ile na początku pierwszego dnia wyglądało, że ma dobry start, o tyle pod koniec już oberwał od miejscowej patologii i stał się popychadłem. Stopniowo cała klasa zwracała się przeciwko niemu. Wydawało mi się na początku, że po prostu źle zaczął — próbował się skolegować z dziewczyną, która tylko udawała miłą na początku i kiedy w jej rozumieniu przekroczył granicę koleżeństwa (zapytał o nr tel.), nasłała na niego kolegów, a potem już się samo napędzało. Nie odrzuciłam go, kiedy próbował ze mną nawiązać kontakt, ale w miarę jak go bliżej poznawałam, przekonywałam się, że gość jest prześladowany nie bez powodu. Wszystko, co on miał w danym momencie, było lepsze od tego, co mieli inni. Przeprowadził się do nas z miasta B, w mieście B było o wiele lepiej. Tak się złożyło, że do liceum poszłam do miasta B, on do miasta O, nagle miasto O (wcześniej zadupie) jest dużo lepsze. Niby mu zaimponowałam, że się znam na jego zainteresowaniu, ale moja opinia jest śmieszna, jak można lubić tę markę itd. Ilość pogardy w jego sposobie bycia była zatrważająca. Każda koleżanka, która go nie gnoiła, stawała się obiektem westchnień i naprawdę trzeba było się namęczyć, żeby gościowi wytłumaczyć, co znaczy „nie”. Pod koniec szkoły unikałam kontaktu, potem gdzieś tam się przewinął w szkole średniej. Regularnie do mnie pisał za każdym razem, jak znalazł nową dziewczynę, zazwyczaj z hasłem: „A Ty co, ciągle sama? :D”. Został zawodowym kierowcą i kłócił się pod zdjęciami, która marka ciągników jest lepsza, oczywiście najlepsza była ta, którą aktualnie jeździł. Można się było cofnąć trzy zdjęcia wstecz żeby zestawić komentarze typu „Volvo jest super” i „Schowaj się z tym Volvem wieśniaku”. Wszystkie związki po kolei mu się rozpadają, co i rusz wynajduje nowe hobby i dodaje się do grup, gdzie szuka kontaktu z kimkolwiek, bo wiecznie zostaje sam. Dalej nie rozumie, jak to się dzieje, to przecież wina wszystkich dookoła. Już do mnie od dawna nie pisze, statusy kolejno związku i małżeństwa go chyba odstraszyły, bo usunął mnie ze znajomych.
Anonimowe jest to, że czasem, jak mi się bardzo nudzi albo źle się czuję ze sobą, wyszukuję jego profil i posty na różnych grupach, żeby się pośmiać. Przypomina mi to, jak czasem łatwo ocenić po okładce, ale w drugą stronę — czasem ktoś, kto jest „tępiony” w szkole, ma to na własne życzenie. I jakoś tym ludziom jest niebywale trudno zauważyć, że problem tkwi w nich.
W pracy miałem pewną koleżankę, która drwiła z mojego nazwiska. Co istotne, koleżanka ma ponad 30 lat i oprócz sporadycznych „oganiaczy” nie wiąże się z nikim na stałe, a i perspektywy raczej nie wróżą w tej kwestii zmiany.
Pewnego razu, gdy znów rozpoczęły zaczepki, zapytałam ją grzecznie:
– Kasiu, a czy ty wiesz, co łączy nasze nazwiska?
– No co?
– Ty i ja na zawsze zostaniemy przy swoim...
Kasia nie odzywała się później przez trzy miesiące, ale więcej już nie było drwin :)
Gdy miałem 4 lata, mój ojciec kupił Xboxa. Ten pierwszy, wytrzymały i toporny model z 2001 roku. Spędziliśmy przy nim setki godzin, grając razem w różne gry, aż do śmierci taty dwa lata później. Nie potrafiłem dotknąć tej konsoli przez następnych 10 lat, ale gdy to w końcu zrobiłem, zauważyłem coś.
Zwykliśmy grywać w RalliSport Challenge – dość niesamowitą jak na czas, w którym powstała. Gdy odpaliłem ją po latach, spotkałem… ducha. Dosłownie. W czasie wyścigu najszybszy przejazd jest bowiem zapisywany, i w ten oto sposób duch taty wciąż jeździ po tym torze.
Więc grałem i grałem, dopóki nie byłem w stanie pokonać ducha, aż pewnego dnia wyprzedziłem go i zatrzymałem się tuż przed metą, aby mieć pewność, że go nie skasuję.
Dodaj anonimowe wyznanie