#cuCWs

W podstawówce byliśmy na wycieczce w Łańcucie. Oprócz zwiedzania zamku byliśmy też w ogrodzie botanicznym, założonym dawno temu przez ówczesnych właścicieli tegoż przybytku, którzy zapoczątkowali zwożenie do Polski różnych egzotycznych roślin. Oczywiście pan przewodnik zabronił dzieciom nawet dotykać roślin, ponieważ to eksponaty bardzo rzadkie, drogie, stare itp. itd.

Jako dziecko z 3 klasy poczułam ogromny wstyd za nasze nauczycielki, które niezdarnie po kryjomu odrywały z roślin "naszczepki" do domu i chowały do torebek...

#ygope

Jestem mężatką od ponad pół roku. Z mężem znamy się 5 lat. To on się oświadczył, mówił o tym że chce mnie poślubić, żebym była matka jego dzieci. Idealnie prawda? Nie do końca.

K. chciałby zostać milionerem w mgnieniu oka (oboje zarabiamy więcej niż najniższa krajowa, więc nie biedujemy) przez co grał na giełdzie, stracił mnóstwo pieniędzy. Gdy się dowiedziałam chciałam mu pomóc, wzięłam dla niego kredyt żeby spłacił długi w parabankach, a ratę ogarnęłam tak żeby mógł spłacać bez kłopotów. Obiecał też, że nie będzie grał i nie będzie pożyczek. Jakiś czas było dobrze, później zaczęło się psuć, myślałam, że te kłótnie to tylko stres jaki nas czekał w związku ze ślubem. Za ślub zapłaciliśmy sami, przez co był skromny ale taki jak chcieliśmy. Za niektóre usługi musieliśmy płacić za pieniądze z kopert, inaczej by nie starczyło. Bardzo mnie to zdziwiło, w jakiś dziwny sposób pieniądze uciekały mu przez palce. Przypomnę, że zarabiamy podobne kwoty, a ja potrafiłam odłożyć niezłą sumkę.

W końcu doszło do kłótni. Przyznał się że przed ślubem wziął pożyczkę, ale nie na wesele tylko na giełdę. Wszystko stracił. Oczywiście kredytów było więcej. Gdyby się dowiedziałam, umarłam w środku zaczęłam go nienawidzić. Doszło do mnie, że ciągle udajemy, że jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Nie wiem co począć. Rozważam rozwód, bo temu człowiekowi już nigdy nie zaufam. Zostałam okłamana, oszukana przez najbliższa osobę mojego serca.

#c28bm

Mam kompleksy z powodu imienia. Nie jest to jakiś współczesny wymysł na miarę Dżesiki czy Samanty, przeciwnie - to typowo polskie, stare imię. Nienawidzę go od zawsze. Zaczęło się w szkole, gdy dzieciaki dopiero poznawały się nawzajem: jestem Kasia, ja jestem Bartek, ja jestem Monika. I nagle na scenę wchodzę ja i moje obciachowe brzydkie imię, które nawet ciężko wymówić. Dzieciaki od razu mają okazję do śmiechów, nauczycielki dziwią się, że w tych czasach ktoś ma w dokumentach wpisane takie cudo. Pani w urzędzie kilkakrotnie je powtarza, bo nie słyszała go od lat i nie wie jak zapisać.

Cała moja rodzina jest bardzo tradycyjna. Małe dziecko dostaje imię po dziadku, pradziadku, wujku z drugiego końca Polski. Tym sposobem nie ma u nas nikogo poza Teofilem, Zygmuntem, Dobrosławą i tym podobnymi. Mam brata o równie tradycyjnym imieniu, ale on jakoś nigdy nie miał z nim problemów. Uważał, że dzięki niemu jest wyjątkowy. Rodzice zupełnie mnie nie rozumieją. Na dodatek nasze nazwisko może się śmiesznie kojarzyć, a w połączeniu z brzydkim imieniem tworzy wspaniałą kombinację. Od pewnego czasu myślę nawet nad zmianą imienia, by na studia wyjechać jako nowa osoba, która normalnie się nazywa. Rodzina nawet nie chce o tym słyszeć. Dla nich to powód do dumy, że nazywam się tak a nie inaczej. Nie rozumieją, że dla mnie moje imię brzmi po prostu idiotycznie i sprawia, że ludzie sobie czasami z tego żartują.

Zaraz powiecie, że inni mają gorsze problemy i że to dobrze, że nie nazywam się jak połowa Polek. A jednak nadal zazdroszczę koleżankom, gdy wszyscy zwracają się do nich używając ładnych, prostych, niewymyślnych imion, a moje dodatkowo specjalnie przekręcają.

Takie anonimowe wyznanie, może trochę głupie, ale przynajmniej szczere.

#s7Amr

Ludzie znają mnie jako rozsądnego, poukładanego faceta. Jestem dobrym mężem i ojcem. Mam ładną i seksowną żonę, ładny dom, ładny samochód, ciekawe życie, grono przyjaciół i bliskich znajomych. Ogólnie przykład do naśladowania. I jest też coś, o czym nie wie nikt.

Ponieważ moja żona jest ładną, naturalną i bardzo atrakcyjną kobieta, budzi zainteresowanie u facetów. Często widziałem jak się na nią gapią i denerwowało mnie niesamowicie. Wywoływało u mnie nieuzasadnioną zazdrość. Szczególnie na plaży. Chciałem jakoś zapanować nad tymi uczuciami. Tłumaczyłem sobie, że fajnie, że się gapią, że ona jest moja. Że na pewno mi zazdroszczą.
Z czasem odkryłem, że nawet mnie to podnieca. Kręciło mnie, gdy widziałem na weselu, że ktoś wbijał wzrok w jej dekolt, lub gdy tańczyliśmy, starałem się zakręcić nią tak, żeby było widać jak najwięcej.

Zacząłem tworzyć różne fantazje. Wyobrażałem sobie że inny facet widzi ją nagą. Posunąłem się do tego, że anonimowo zacząłem umieszczać jej nagie zdjęcia w internecie. Okazało się, że jest więcej takich mężów. Zacząłem z innymi oglądać zdjęcia żon, oglądać każdy najbardziej intymny skrawek ich ciała, jak również pokazując każdy szczegół ciała mojej żony .Pisząc z kimś po dłuższym czasie, wiadomo było, czy to ktoś taki sam jak ja, czy oszust. Gdy już nabieraliśmy do siebie pełnego zaufania, pokazywaliśmy zdjęcia z widoczną twarzą. I to kręciło najbardziej. Najdziwniejsze, że wszyscy "rozmówcy" to ludzie o podobnym statusie życiowym,jak ja.

W końcu zaświtało mi, że to jest chore, że jestem chorym po*ebem. Przerwałem to, ale wciąż mnie ciągnie do tego. Myślę o wizycie u seksuologa, ale nie jestem jeszcze w stanie opowiedzieć o tym komuś z odkrytą twarzą.
Dlatego spróbowałem najpierw tu, anonimowo. Tak jak do tej pory...

#rR6n6

Wychowywałam się na bardzo małej wsi, moi rodzice to bardzo prości i biedni ludzie, w dodatku podejrzewam, że matka jest lekko upośledzona. W sumie było nas czworo, ja jestem trzecia z kolei. Młodszy brat ma zespół Downa.

Nigdy nie jeździliśmy na wycieczki czy wakacje, w domu jedliśmy głównie chleb z najtańszą wędliną, serem czy pasztetem. W ogóle moja matka wyznaje zasadę "chlib ceba jeś, bo to pan Bóg doł". No i jedliśmy, a ja dzisiaj unikam pieczywa i kanapek jak mogę. A mam prawie 30 lat.

My w zupie dostawaliśmy tylko kilka ziemniaków i oczywiście chleb. Wszystko co lepsze jedli ojciec i brat "bo to przecie chłopy i muszą dobrze jeś". Atrakcją tygodnia było pójście do kościoła, a ksiądz to wyrocznia. Wtedy opieka społeczna nic nie robiła, szkoła też nie. I tak sobie żyliśmy.
Mojemu starszemu rodzeństwu to nie przeszkadzało, ja od podstawówki chciałam stamtąd uciec. Zawzięłam się, skończyłam technikum, znalazłam pracę i wyprowadziłam się stamtąd, pracuję w branży hotelarskiej.

Rodzinę rzadko odwiedzam. Starszy brat jest kawalerem, nie kryje się, że chciałby ładną dziewczynę, a sam o siebie kompletnie nie dba - tłuste włosy, niechlujny ubiór, brak większości zębów (a ma dopiero 32 lata), no i brak jakichkolwiek zainteresowań, w dodatku wyśmiewa ludzi którzy o siebie dbają i mają jakieś pasje. Ale to kobiety są złe bo lecą tylko na kasę.
Siostra wpadła z chłopakiem, którego ledwo znała, oczywiście szybki ślub. Ich małżeństwo to jedna wielka katastrofa, totalnie do siebie nie pasowali. Kiedy Mela (ich córka) miała 2 miesiące, Jacek wyprowadził się i wystąpił o rozwód. Szopka trwała ponad 4 lata, ale Jacek dostał rozwód.

W styczniu moja siostra zmarła, okazało się, że winny był tętniak. Melka to moja chrześnica, świetna dziewczynka. Nie chciałam, żeby moi rodzice zafundowali jej powtórkę z mojego dzieciństwa, więc wystąpiłam o prawa do opieki. Jackowi i tak wszystko jedno, byle pozbyć się kłopotu, z resztą jego nowa partnerka dobrze go pilnuje, żeby nie zainteresował się córką. Udało mi się.

Rodzina jest oburzona. Jestem sama, rozstałam się z facetem, który mnie zdradzał. W dodatku zastrzegłam, że nie zajmę się młodszym bratem, jego przypadek jest bardzo ciężki. Mogę dorzucić się do ośrodka, nic więcej.

Obie z Melą jesteśmy szczęśliwe. A ja nigdy głośno tego nie przyznam, ale w końcu mogę odwiedzać zoo, parki rozrywki itp., bez posądzenia o to, że dorosła osoba jest taka dziecinna. Tylko kiedy latem z Melą zrobiłyśmy sobie wycieczkę, cieszyłam się tak samo jak ona, że wreszcie zwiedzamy miejsca, które dawniej były dla mnie niedostępne.

#S5eLI

Zdenerwowałam się właśnie, trafiając na artykuł w internecie na temat tego, że ludziom nie starcza 5000 zł miesięcznie, bo mają na utrzymaniu 4 osoby, kredyty na mieszkanie i samochody. W sumie tutaj jeszcze się nie zdenerwowałam, ale czytając komentarze, w których ludzie się żalą, że w Polsce nie da się utrzymać jeśli ma się dzieci, do końca wyprowadziły mnie z równowagi.

Ludzie! Czy serio to taki problem zrozumieć, że jeśli zarabiając jakąś kwotę pieniędzy i spłacając kredyt hipoteczny, ponosząc koszty wynajmu, czy po prostu żyjąc od 10 do 10, ledwo starcza komuś na przeżycie we dwójkę, to nie jest najlepszy pomysł robić sobie dziecko, dopóki sytuacja finansowa nie ulegnie zmianie? Najwidoczniej to duży problem. A kiedy przeczytałam wypowiedź jakiejś pani "ja zarabiam 600 zł miesięcznie, mąż 2000 zł, a mamy trójkę dzieci, kredyt na mieszkanie i na 2 samochody" i dalej widzę użalanie się nad tym, że brakuje jej pieniędzy na chleb po tygodniu od wypłaty, to zastanawiam się jaką amebą trzeba być, żeby narobić sobie dzieci, nabrać kredytów i potem płakać w internecie.

Może boli mnie to tak bardzo, ponieważ moich rodziców nie było stać na mnie i wiem jak to jest żyć w biedzie. Chociaż kiedy weszłam w wiek nastoletni, sytuacja finansowa się polepszyła, jednak nie zapomnę jak wyprowadzaliśmy się od dziadków na wynajem, tylko po to by wrócić po 2 miesiącach, bo rodziców nie było stać.

Myślę, że w naszym kraju należy podnieść świadomość społeczeństwa, że jeśli nie stać ludzi na utrzymanie dzieci, to po prostu nie powinno zakładać się w takim momencie rodziny, bo potem słychać tylko w internecie, jak to wszyscy biedują. Niestety, zamiast tego w Polsce zachęca się ludzi do masowego rozrodu wizją 500+, przez co rząd tak naprawdę karze ogromną ilość rodzin życiem w niedostatku.

Ot, takie wyznanie na temat moich bolączek.

#lBxs4

Podczas mojej czwartej (i mam nadzieję, że ostatniej) hospitalizacji w szpitalu psychiatrycznym, poznałam pewną dziewczynę. Przechodziła przez epizod depresyjny, spowodowany niezbyt dobrym traktowaniem jej przez rodziców oraz toksyczny związek z chłopakiem, który ją gnoił. Pomimo, że była bardzo smutna, a ja jeszcze w ogniu choroby, nawiązałyśmy relację, którą teraz mogę śmiało nazwać prawdziwą przyjaźnią.

Okazała się ona wrażliwą i empatyczną dziewczyną o zbyt dobrym sercu. Jej niska samoocena potrafiła sprawić, że nie przychodziła do mnie danego dnia, gdyż uznawała, że liczy się mniej, niż inne współpacjentki. Choć najpierw sympatyzowała z moją chęcią i szukaniem okazji do okaleczania się, finalnie to ona sprawiła, że wyrzuciłam zdobyte z trudem ostre kawałki szkła i obie wspierałyśmy siebie nawzajem w drodze do powrotu do zdrowia.

Moja przyjaciółka została wypisana przede mną. Udało jej się ukończyć studia artystyczne, a obrazy, które namalowała jako część pracy magisterskiej są tak piękne, że zapierają dech w piersiach. Pękałam z dumy! Mimo wahań nastrojów i trudniejszych momentów nie odstawiła lekarstw, zakończyła raniący ją toksyczny związek, przestała też sięgać po żyletkę. Ba, poszła nawet o krok dalej: by połączyć swój talent z pracą, postanowiła, że spróbuje swoich sił jako tatuażystka. To jej wielkie marzenie. Zdobyła pieniądze na kurs, który ukończyła z sukcesem. Zakupiła potrzebny sprzęt; była już tak blisko osiągnięcia swojego celu. Potrzebny był jej już tylko ktoś doświadczony, kto ją w tym podszkoli.

Niestety - czego się dowiedziałam - tatuażyści nie witają uczniów z otwartymi ramionami, to raczej zamknięta grupa. Całą sobą nadal wspierałam (i wspieram) swoją przyjaciółkę, lecz był to dla niej trudniejszy czas. Niedawno jej rodzina powiedziała jej wprost, że nie jest mile widziana w domu rodzinnym, niepotrzebnie wydała pieniądze, jest głupia, nie uda jej się i nic nie osiągnie. Uwierzyła w to. A, że nadal nie udało jej się znaleźć mentora, mocno wpłynęło to na jej psychikę. Tak mocno, że po raz pierwszy od wielu miesięcy sięgnęła po coś ostrego. Mieszkamy daleko od siebie i wesprzeć ją mogę tylko słowem, jednak boli mnie, że jest tak traktowana przez najbliższych i jeśli zaprowadzi ją to znowu w bramy szpitala - po tym wszystkim, co osiągnęła dzięki własnej ciężkiej pracy i determinacji - chyba pęknie mi serce.

Nie mieści mi się w głowie, jak można tak traktować córkę, szczególnie, jeśli ma skłonności do depresji. Nie jest dla mnie nowością, że świat jest niesprawiedliwy, ale czasem jeden życzliwy obcy człowiek jest o wiele bardziej potrzebny, niż liczna nieżyczliwa rodzina i tutaj modlę się do wszystkich bogów, by się taki pojawił, zanim będzie za późno.
Dodaj anonimowe wyznanie