Kiedy miałam jakieś 16 lat, spotkałam się z pewnym chłopakiem. Tego dnia umówiliśmy się u niego na mecz. Wiadomo, mecz to i chipsy, pizza i inne tego typu przekąski. Kiedy wieczorem odprowadzał mnie do domu, zaczęłam czuć się tragicznie. Mój żołądek był bliski eksplozji, oblał mnie zimny pot, a kolana chwiały się przy każdym kroku. Nie wiedziałam co się dzieje. Napisałam wiadomość do brata, żeby po mnie przyjechał, bo nie byłam w stanie dojść do domu. On niestety przyjechał z moim tatą, który w samochodzie zapytał co piłam. Ja powiedziałam, że tylko pepsi, ale nikt mi nie uwierzył. Dopiero w domu zrozumiałam co się stało.
Przed spotkaniem nie srałam jakiś tydzień. Ciężkostrawne jedzenie spowodowało rewolucję w moich jelitach. Tamtej nocy w toalecie byłam chyba 5 razy. Po ostatnim poczułam największą ulgę w swoim życiu. Od tamtej pory, kiedy wiem, że moje wypróżnienie się opóźnia, sięgam po wszelkiego rodzaju ziołowe herbatki, żeby nie dopuścić do wydarzenia z tamtego wieczoru.
Chłopakowi powiedziałam, że gorzej się poczułam (wcześniej zdarzało mi się mdleć, więc uwierzył). Tata chyba do tej pory uważa, że się upiłam.
W końcu po kilku latach mogę to anonimowo z siebie wyrzucić.
Miałam kiedyś narzeczonego. Pierwsza i już po kilku latach mogę stwierdzić - największa miłość. Potem przyszedł ten dzień. Jego wypadek. Kilkumiesięczna śpiączka. Moje siedzenie w szpitalu od rana do nocy, po kilku miesiącach robiłam praktycznie to samo co pielęgniarki, no jedynie nie pobierałam krwi. Rokowania były kiepskie. Długa rehabilitacja, a i tak pewnie wózek do końca życia i niedowład. Nieważne. Kochałam mocno. Tak mocno, że bliscy mi ludzie zaczynali sugerować, że mogę sobie zmarnować życie.
Do dziś wszyscy myślą, że to ja jego zostawiłam. Nikt nie wie, że to on postanowił mnie zostawić pod wpływem zazdrosnej o mnie matki. Pod wpływem osoby, od której był i jest do dziś uzależniony. Tak bardzo mi go żal, mimo, że minęło tyle lat. Nigdy nie zapomnę jego ostatniego sms-a, że kocha, ale nie możemy być razem i mam spadać, bo matka to jedyna osoba, która się nim zaopiekuje. Zrozumiałam. Po wypadku był inna osobą. Miał zmiany w mózgu. Inny człowiek. Cierpiałam okrutnie kilka lat, musiałam wyjechać z kraju i zacząć żyć. Niestety dalej jestem tą, która zostawiła kalekę, jednak nikt nie wie, że do dziś wpłacam pieniądze przez fundacje na jego leczenie i rehabilitacje, moje pierwsze zarobione pieniądze za granicą prawie w całości przekazałam jemu.
Sytuacja sprzed tygodnia. Opad szczeny i wku*wienie maksymalne. Będzie wyznanie damsko-męskie z przestrogą. Serio, dobrnijcie do końca.
Klasyk - match na Tinderze, parę spotkań, w końcu dochodzi do seksu.
Kurde, ja chyba nigdy nie nauczę się ufać mojej intuicji, która od pierwszego spotkania biła na alarm, próbując włączyć w moim mózgu przycisk "freak na horyzoncie, zwijamy żagle".
W każdym razie - gość do mnie przyszedł w wiadomym celu. Od razu został uświadomiony, że bez prezerwatywy ma się nawet do mnie nie zbliżać. No ok. Pierwsze podejście nieudane, bo chłopakowi w gumce opadał sprzęt. Mówię mu:
- Słuchaj, nie ma sprawy, nic na siłę, nie przejmuj się. Bez gumki nie ma mowy o seksie, ale nie na samym seksie świat stoi :)
No generalnie starałam się, żeby gość nie czuł się zawstydzony, gorszy, etc.
O ja głupia...
Po chwili rozmowy facet mówi, że on jest już teraz gotów. No ok. Po skończonej "akcji" spojrzałam na sprzęt faceta, a ten... nie miał gumki! Noż kur... Typ zrobił mnie totalnie w konia i (sorry za określenie) wyruchał mnie bez gumki!!! Kompletnie bez mojej wiedzy! Nawet nie spostrzegłam kiedy ja zdjął i wyrzucił na podłogę.
Jak się domyślacie zapewne, facet został wywalony za drzwi, dostał ode mnie zakaz jakiegokolwiek kontaktu, a ja następnego dnia już byłam u ginekologa po tabletkę "dzień po". Teraz "tylko" zostały mi badania, bo przecież gość mógł być na coś chory.
Słuchajcie - jestem przerażona, że ktoś mógł wpaść na taki pomysł. Tak naruszyć wszelkie zasady bezpiecznego seksu, szacunku do partnera i narazić mnie na przykre konsekwencje. Siebie przecież też mógł wpakować w jakiś syf, gdybym to ja była na coś chora...
Ufajcie swojej intuicji. Jeśli coś w środku mówi Wam, ze trzeba się ewakuować, to róbcie w tył zwrot i nie żałujcie niedoszłej miłości. Bo potem będziecie żałować, że do "miłości" doszło... 😞
Ludzie zaczęli mi mówić, że widać, że schudłem. Ja oczywiście odpowiadam: tak, tak, postanowiłem trochę inaczej jeść, trochę wziąć się za siebie. Prawda jest taka, że od kiedy 3 miesiące temu urodziło nam się dziecko, robię wszystko, żeby starczyło nam na życie. To nie jest tak, że nie mam pracy ja czy żona. Po prostu rozbijają nas finansowo kredyty, które musieliśmy wziąć na remont mieszkania, a teraz na samochód, bo poprzedni się rozsypał.
Najważniejsze jest dziecko i żona, więc skrupulatnie przeliczam każdą złotówek jaką mam na siebie wydać. Przyznam, że wolę pogłodzić się parę godzin, niż wydać 4 zł na kanapkę, bo wiem, że za te 4 zł mogę kupić waciki dla dziecka. Odmawiam kumplom np. wyjścia do kina, bo wiem, że jeśli to nawet będzie seans w tani wtorek, to za te 14 zł mam paczkę podkładów do przewijania. Praktycznie przestałem pić alkohol, bo głupie piwo to kolejny zbędny wydatek. Kiedy żona mi mówi, że trzeba zaraz dziecku coś kupić, ja już w głowie przeliczam, czy w tym miesiącu wypada rachunek za prąd czy w następnym (rachunek przychodzi co drugi miesiąc). Jedzenie jakie muszę zabrać do pracy jest zaplanowane na każdy tydzień. Są to głównie kanapki, które sam zrobię, kefiry, serki, o ile to możliwe kupione w promocji. Jem też owoce, ale nie dla zdrowia, po protu jabłka są tanie. Żona o tym nie wie i się nie dowie, bo ochrzaniłaby mnie od góry do dołu, że przesadzam.
Przeliczyłem, że za 2 lata spłacę kredyt i być może wtedy odetchnę. Do tego czasu zamierzam być złotówą, ale przynajmniej schudnę i wejdę z powrotem w ubrania, które były za małe gdy przytyłem, więc nie będę musiał wydawać dużo na nowe ubrania.
Nieco ponad rok temu wreszcie przeprowadziliśmy się z mężem z małego mieszkania do domu jednorodzinnego. Okolica spokojna w miarę, ludzie w większości spoko. Z wyjątkiem rodziny mieszkającej obok.
Generalnie to nie ulegam stereotypom, ale to typowa prawilna patologia. I co dzień powtarzają, jacy to z nich wzorowi wierni.
W domu mieszkają: seniorka rodu, wredne wulgarne babsko, jej synowa z siódemką dzieci, której mąż od niedawna siedzi w areszcie za bójki i rozboje (w okolicy nie ma pracy godnej jego osoby), a że to nie pierwszy raz, to traktują to jako recydywę.
Żal mi jego żony, widać, że jest zahukana, unika ludzi. Młodszych dzieci też żal, zwłaszcza że najmłodsze jest wyraźnie niepełnosprawne (trzylatek ma problemy z chodzeniem, prawie nie mówi, dalej korzysta z pampersów).
Starsze to rozpuszczone bachory. Wiem, że nie powinnam tak mówić, ale ich wrzaski i słownictwo mnie przerażają. Rzucanie śmieci ludziom za płot, wyzwiska, rzucanie kamieniami w zwierzęta to standard. Kiedy rozmawiałam z ich rodziną, matka obiecała powiedzieć im, że tak nie wolno, babka wrzasnęła, że u nich się po bożemu żyje, dzieci się kocha i jest ich dużo i generalnie mamy się odpier... Rodzina ma kuratora. W czasie wizyt (oczywiście zapowiedzianych) wszystko jest cacy. Kiedy z mężem i kilkoma innymi osobami chcieliśmy z kuratorką pogadać, zbyła nas. W opiece uważają, że skoro jest kurator, to wszystko gra. Najgorszy jest najstarszy z dzieciaków, ma 15 lat. Awanturuje się, pyskuje, będzie miał sprawę w sądzie, ale oczywiście to zła policja czepia się o porysowanie samochodów nauczycieli. Raz pozwolił sobie na bardzo niewybredny komentarz na mój temat, w obecności mojego męża. Tomek (mąż) założył młodemu dźwignię na rękę, sprowadził go do parteru i ochrzanił. O dziwo głupie teksty ustały, chłopak nawet mówi dzień dobry.
W lipcu w końcu sfinalizowaliśmy adopcję, mamy pięcioletniego synka. O ile większość dzieci szybko przyjęła Kubę do towarzystwa i fajnie się razem bawią, to od dzieciaków sąsiadów słyszy, że jest kundlem, podrzutkiem, przybłędą i szybko go oddamy. Kilka razy płakał z tego powodu. Kiedy próbowałam z nimi rozmawiać na ten temat, pokazali mi środkowy palec. Matka obiecała, że im wytłumaczy, a babka kazała mi spadać. Wiem, że to od niej wnuki nauczyły się tych tekstów.
Powoli mamy dość bo jest coraz gorzej. Po aferze z wyzwaniem naszego synka po powrocie z pracy znaleźliśmy wielką stertę odchodów na podjeździe. Dostali tylko mandat. Samochody zawsze trzymamy w garażu, jak wszyscy sąsiedzi. Opieka społeczna nie widzi problemu, policja twierdzi, że za dużo nie może.
Od kiedy kilka lat temu brat mojego męża po pijaku w święta próbował się do mnie bardzo nachalnie dobierać, nie utrzymujemy z nim kontaktu. Jego rodzina uważa, że się nic nie stało, po prostu (wtedy jeszcze) dziewczynę brata chciał przetestować, musiał się dowiedzieć, czy się na żonę nadaje itd. Nieważne, że jakby mąż nie poszedł sprawdzić czemu tak długo nie wracam i siłą go ze mnie nie ściągnął, to by mnie zgwałcił. Do dziś mają pretensje o to, że go wtedy pobił, bo jak to tak brata przez jakąś tam kobietę. Brat to brat. Z teściami kontakt mamy również bardzo niewielki.
Pewnego razu dzwoni teściowa z informacją, że szwagier zachorował i potrzebuje przeszczepu nerki. Oczywiście mój mąż jako brat miał być dawcą. Nie będę wchodzić w szczegóły co do rodzaju choroby, dlaczego nikt inny nie mógł być dawcą. Najważniejsze jest to, że jest dziedziczna. Umówiliśmy się na wizytę ze specjalistą w tej dziedzinie. Poinformował nas, że mąż sam może na nią zachorować, a co najgorsze, któreś z naszych dzieci. Wprost powiedział, że według chłodnej kalkulacji trzymałby tę nerkę w razie czego dla swoich dzieci.
Nie była to pochopna decyzja, ale mąż odmówił bycia dawcą. Od tej pory jesteśmy wyklęci. Teściowie nie rozumieją z jakiego powodu nasza decyzja jest taka, a nie inna. Uważają, że ja męża nabuntowałam i jakbym wtedy dała mu się zgwałcić, nikt by się nie dowiedział, to by sprawy nie było. Poróżniłam całą rodzinę, będę się smażyć w piekle, jak szwagier umrze, to będę morderczynią.
Ja sobie jakoś daję z tym radę, ale widzę, że mąż strasznie cierpi i zastanawiam się, czy to faktycznie nie jest moja wina.
Często od koleżanek słyszałam, że traktują seks jako 'nagrodę dla partnera'. Nie potrafiłam tego zrozumieć, dla mnie seks jest czymś naturalnym, fajnym, potrzebą każdego człowieka, a nie nagrodą za dobre sprawowanie dla mężczyzny. Wiele razy były prowadzone dyskusje na ten temat, ale większość dziewczyn popierało opcję 'w nagrodę'. Cóż, trudno, ja mam swoje zdanie, one swoje. Niech żyją wedle swoich przekonań.
Do czasu. Jestem z facetem 4 lata, ostatnio wyjechaliśmy do Anglii, do pracy. Pracujemy razem, mieszkamy razem, nie mamy tu jeszcze znajomych, bo to dopiero kilka tygodni od naszego przyjazdu, wiadomo, na początku znajomości są dosyć luźne z nowo poznanymi ludźmi za granicą.
Tyle, że Michał, stał się nie do wytrzymania. Ciągle gra w gry, gdzie nigdy wcześniej tego nie robił (w Polsce mieszkaliśmy razem), ale tak serio ciągle. Wraca z pracy i komputer, potrafi się nie wykąpać i nie zjeść, bo albo gra albo ogląda coś ważnego. Zawsze pomagał mi w domowych obowiązkach, teraz zapomnij kobito by się doprosić o wyniesienie talerzyka. Kłótnie, rozmowy na nic, czepiasz się babo, a ja nic złego ci nie robię! Owszem, bo nawet nie rozmawiasz ze mną, bo nie masz czasu!
Swoje urodziny spędziłam w Anglii, nie dostałam nawet najdrobniejszego prezentu, nawet polnego kwiatka. Za to dostałam Michała oglądającego YouTube przez cały dzień.
Nie wytrzymałam i spróbowałam 'techniki' moich koleżanek. Było to spowodowane moja złością, smutkiem, że aż samej odechciało mi się seksu, a gdy Michał zaczynał, ja po raz pierwszy zaczęłam go odtrącać. I wiecie co? Właśnie tak. Zaczął powoli rozumieć, że spędzając cały dzień przed komputerem może pożegnać się z seksem, a spędzając dzień ze mną, pomagając mi w obowiązkach domowych, dzień kończy w fajnym stylu w łóżku.
Najgorsze w tym jest to, że ja się z tym źle czuje. Wiem, że nie tak powinien działać związek. Porównuję to trochę do psa, który wykonuje aport, bo dostanie kiełbaskę.
Kupuję konserwę turystyczną tylko po to, żeby wyjeść z niej galaretkę.
Moi dziadkowie mieszkali na wsi w Bieszczadach, w średniej wielkości gospodarstwie. Stadko różnorodnego drobiu, 2-3 świnie, jedna krowa, koń, kilka królików, kotów i pies Śledzik.
Część z Was być może wie, że w tamtym rejonie wilki potrafią podchodzić pod gospodarstwa, wyjeść wszystkie niezamykane w domach psy we wsi i okolicach - jest to problem cykliczny, powracający do kilkanaście lat. Jest wiele jego źródeł, od konfliktów terytorialnych, konkurencję pokarmową, po pójście na łatwiznę (nawet owczarki mają duże problemy w walce z jednym wilkiem, a co dopiero kilkoma!) czy sporadyczne przypadki wilczej głupoty/choroby. Jednak u moich dziadków NIGDY nie zdarzył się nawet jeden taki incydent, dopóki Śledzik żył, a nawet przez kilka lat po jego śmierci. Czyli w sumie, przez 23 lata (żył 19), bo dziadkowie zmarli 4 lata po nim i gospodarkę zwinęliśmy (zwierzęta znalazły domy w okolicy).
To był mały, ok. 20-kilogramowy kundel marki kundel, jako ślepy jeszcze szczeniak wyłowiony przez dziadka z rowu melioracyjnego dwie wsie dalej. Czarny, zarośnięty jak borostwór, śmierdział niemiłosiernie przez całe swoje życie. Był cudowny, kochany, dobry, ale fetor jaki wydzielał był okropny. Strzyżenie na króciutko, kąpiele, maści, karmy, weterynarze, nie potrafili nic zaradzić przez wiele lat. Dziadkowie kochali swoje zwierzaki, dbali o nie jak tylko mogli, ale w końcu odpuścili. Pies był zdrowy jak ryba, a że śmierdział... cóż, szło się przyzwyczaić. W domu ani nie chciał, ani nie mógł przebywać i to było błogosławieństwem dla reszty inwentarza.
Wszystkie psy we wsi mogły poginąć, owce i krowy być regularnie zagryzane, jego nic nawet pazurem nie ruszyło. Ani lis, ani wilk. Śledzik miał wypasioną budę, drzwiczki do ocieplonej stajni, a mimo to wolał nawet w mróz urzędować pod krzakami na zewnątrz. Kilku znajomych gospodarzy prosiło dziadka o spacery ze Śledzikiem dookoła swoich obejść, gdy był problem z drapieżnikami - trzymały się wtedy z daleka przez jakiś czas.
Cóż, nawet śmierdząc na kilometr można być kochanym i komuś pomóc, tylko trzeba znaleźć swoją niszę :)
Mój wujek i ciotka przyczynili się do śmierci mojej siostry. Nie wiem, czy będę w stanie to dokończyć, bo już mam łzy w oczach, ale postaram się.
Otóż kiedy miałam 9 lat, pojechałam na wakacje na wieś do wujka i ciotki razem z moją trzyletnią siostrą. Mieli się nami opiekować, a ich dzieci w podobnym wieku w ramach wymiany zawieźli do moich rodziców.
Wujek nie wspomniał moim rodzicom, że zamierzał remontować jeden pokój i gdy już byłyśmy zaczął malować tam ściany mocno śmierdzącą farbą olejną oraz podłogę lakierem. Ja w tym wieku nie wiedziałam, że to może zaszkodzić, wydawało mi się, że dorosły wujek wie co robi. W całym domu śmierdziało, ja z siostrą nie mogąc wytrzymać tego smrodu, przebywałyśmy całe dnie na dworze, ale na noc trzeba było wrócić.
Drugiego dnia rano siostra źle się czuła, narzekała, że boli ją głowa i chce jej się wymiotować, powiedziałam im o tym, ale ciotka z wujkiem stwierdzili, że nic jej nie będzie, może się przeziębiła, bo poprzedniego dnia jadłyśmy lody i w pokoju miałyśmy otwarte okno na noc. Niestety nie mieli telefonu oni ani nikt we wsi, więc nie mogłam nawet zadzwonić do rodziców, a miałyśmy tam być przez tydzień.
Wzięłam siostrę na dwór, biegałyśmy po okolicznych polach i pod wieczór poczuła się troszkę lepiej, ale kolejnego dnia rano znów narzekała, że się źle czuje, jednak znów zostało to zbagatelizowane. Ja też już zaczynałam się źle czuć, ale nie było ze mną aż tak źle jak z siostrą. Tym razem wyjście z domu nie pomogło i siostra pod wieczór zaczęła wymiotować. Ciotka położyła ją do łóżka, podała jakąś herbatkę na żołądek i stwierdziła, że pewnie to przez to, że rano zjadła jedno niedojrzałe jabłko.
Prosiłam, by zawieziono ją do szpitala, by powiadomili rodziców, ale bez skutku. Nawet nie wiedziałam gdzie jest najbliższa budka telefoniczna, żebym mogła sama kogoś wezwać. Wieczorem biegałam po okolicy przez około godzinę i szukałam, pytałam ludzi, to dowiedziałam się, że budka jest za jeziorem, ale żeby się tam dostać trzeba przejść przez las, bałam się tam pójść, bo było już prawie ciemno. Prosiłam kogoś z sąsiadów o pomoc, ale oni nie chcieli nic zrobić. Gdy wróciłam do domu, z siostrą praktycznie nie było już kontaktu, leżała, miała świszczący oddech. W panice jeszcze kolejny raz błagałam, by zabrali nas do szpitala, ale stwierdzili, że późno już i idą spać, a rano jak jej się nie polepszy ,to może nas zawiozą.
Nie spałam. Po pewnym czasie zauważyłam, że siostra nie oddycha, obudziłam wszystkich, wujek dopiero wtedy uznał, że zawiezie ją do szpitala.
Było już za późno.
Mam do nich ogromny żal, z rodzicami odcięliśmy się od nich zupełnie, nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Wujek z ciotką dostali zawiasy za nieumyślne spowodowanie śmierci.
Siostra miałaby dziś 29 lat.
Dodaj anonimowe wyznanie