#8DK67

Sytuacja, której doświadczyłam, gdy byłam 14-15-latką. Czy jest straszna - trudno ocenić, z perspektywy czasu niekoniecznie, ale wtedy byłam, kolokwialnie mówiąc, obsrana.

Moja mama zmarła, gdy byłam małym dzieckiem. Nie miałam z nią jakichś dobrych relacji - już nawet jako kilkulatka bałam się jej, chciałam, aby zmarła (wiem, że brzmi strasznie - ale nie umiałam wtedy wyrazić swojej złości do niej). Na domiar złego - faktycznie zmarła nagle. W dniu jej śmierci (a raczej kilka godzin przed) ja przewracałam oczami - rodzina prosiła, abym przestała, ale nie potrafiłam. Z tego co wiem, mama tuż przed śmiercią też przewracała oczami. Wówczas myślałam, że to nie przypadek. Takie dziecięce myślenie.

Jako nastolatka, pomimo niechęci do mamy i wielu żali, jednak za nią na swój sposób tęskniłam. Jako nastolatka byłam zafascynowana duchami i innymi upiornymi historiami. Miałam epizod wywoływania duchów (po tym śniły mi się koszmary - ale to na inne anonimowe) i zażyczyłam sobie, aby mama przyszła. No OK. No i po jakimś czasie w domu zaczęły się wydarzać dziwne sytuacje, które wtedy  trudno było mi wytłumaczyć. W moim mieszkaniu martwe rzeczy nagle "ożywały", np. siedzę w pokoju i odrabiam lekcje, a w pewnym momencie talerz, który stał na półce, dosłownie przeleciał pół pokoju - nic nie robiłam, zwyczajnie siedziałam, gdy przede mną zleciał talerz, jakby ktoś go przeniósł. Szok! Inne sytuacje były takie, że np. wychodzę z domu i wyłączam wszystkie urządzenia, jak telewizor, radio i światło (a byłam sama), po chwili gdy wróciłam ze sklepu wszystko działało! Światła w domu włączone, telewizor chodził na full, radio grało. Szczytem było, gdy kiedyś odłożyłam szklankę, a ta się zaczęła poruszać. Przerażona i wkurzona mówię na głos: NIE BOJĘ SIĘ CIEBIE i idę do taty i mówię, co się dzieje. Oczywiście wszyscy mają ze mnie ubaw i zaczynają racjonalizować. Tak czy inaczej - wszystko wtedy wróciło do normy. Nic nie latało i się nie włączało. Z perspektywy czasu wiele rzeczy można racjonalnie wytłumaczyć (poza tym nieszczęsnym talerzem), ale wtedy byłam przerażona.


PS Byłam kiedyś egzorcyzmowana - kościół przyjął to co mówię za fakt. Miałam w tym czasie jeszcze ze 2 sny - które pamiętam, jakby się wydarzyły wczoraj - bardzo realne i równie trudno wytłumaczalne - niestety jeden mi mocno tkwi w pamięci i wpłynął na moje życie (a może nawet i wpływa).

#deRcs

Poznałam jakiś czas temu świetnego chłopaka, który totalnie zawrócił mi w głowie. Spotykaliśmy się i kilka razy spaliśmy ze sobą. Trochę dziwnie mi o tym mówić, ale Kuba… on miał problem z trądzikiem. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wiecie co się okazało?
Że to nie był żaden trądzik, tylko gronkowiec! Zaraziłam się od niego i teraz się leczę. Powiedziałam mu o tym, a ten momentalnie zerwał ze mną kontakt (domyślam się, że jest mu po prostu wstyd). Sęk w tym, że ja się zakochałam i naprawdę chciałabym z nim być, mimo tego wszystkiego.

#3Km5p

Wracałam do domu ze szkoły. Byłam do tego stopnia zmęczona, że ledwo widziałam na oczy. Wyszło niestety tak, że spóźniłam się na autobus, a na kolejny musiałam czekać jakieś dwadzieścia minut. Tak więc przysiadłam sobie na przystanku, a że telefon mi się rozładował i nie miałam nawet jak posłuchać muzyki, to po prostu rozglądałam się dookoła.
Obok mnie siedziała jakaś starsza pani, czytając gazetę.

W pewnym momencie przy śmietniku zobaczyłam siedzącego kruka (gawrona?) i niewiele myśląc zapytałam "Co tak siedzisz? Nie masz co robić?" .
Ptak mi nie odpowiedział, ale siedział dalej, więc z nudów zaczęłam po prostu do niego gadać. Pochwaliłam jego piórka, że tak spokojnie siedzi, pytałam, czemu nie odleci. Opowiedziałam coś o sobie. W pewnym momencie przeszłam z nim już nawet na "przyjacielu".

Kiedy kruk zdążył już poznać niemalże pełną historię mojej egzystencji, przyjechał w końcu autobus. Pani siedząca wcześniej obok mnie czmychnęła do środka i usiadła w najdalszym kącie. Przed odjechaniem chciałam się jeszcze z moim "przyjacielem" pożegnać, ale gdy jeszcze raz spojrzałam na miejsce, w którym siedział, zobaczyłam tylko sponiewierany worek na śmieci.

Rozumiecie to? Przez dwadzieścia minut gadałam do jakiejś siatki! Najśmieszniejsze jest to, że zdążyłam się już przywiązać i teraz tęsknię...

#TWopo

Kiedy przechodziłam okres młodzieńczego buntu, irytował mnie fakt, że w kuchni zawsze jest bałagan i oczywiście winiłam o to mamę, bo rzadko sprzątała.

Dopiero po latach dotarło do mnie, że owszem, bałagan był, ale był też obiad, dwa rodzaje ciasta, świeżo wyciśnięty sok, bułki dopiero co wyciągnięte z piekarnika, swojska kiełbasa wędzona do późnej nocy i to nieustannie powtarzane pytanie, co zjadłabym jutro.

#941p5

Aktualnie siedzę, płaczę i zastanawiam się, co mam zrobić w mojej sytuacji.

Zacznijmy od tego, że moja pierwsza ciąża i poród były okropne. Dziewięć miesięcy koszmaru, a później niemal dwa dni męki porodu zakończonego powikłaniami, z którymi męczę się po dziś dzień. Kocham moje dziecko, ale z własnej woli drugi raz nie zdecydowałabym się na coś takiego.
Mój mąż wręcz przeciwnie. Trzy miesiące temu zaczął napominać o kolejnym dziecku, co skwitowałam zdecydowaną odmową - minął dopiero rok, ja pod niektórymi względami (głównie psychicznie) wciąż nie doszłam do stanu przed ciążą i zwyczajnie nie dałabym rady. Myślałam, że zrozumiał...

Wczoraj zrobiłam test ciążowy - dwie kreski. Podparty do muru przyznał się, że podmieniał moje tabletki antykoncepcyjne, bo wiedział, że po dobroci namówić się nie dam.
Mój świat się zawalił, rodzina jest całym moim światem, ale nie jestem w stanie patrzeć na niego bez obrzydzenia. Rozważam nawet rozstanie się z życiem, ale nie chcę tego zrobić mojemu dziecku i tej małej istotce. Jestem totalnie nieprzygotowana i załamana tym, co zrobiła najbliższa mojemu sercu osoba...

#nnzIu

Małe informacje naprowadzające. Mieszkam nadal z rodzicami w ciasnym mieszkanku, i zawsze się mijamy. Kiedy przychodzę do domu, tata zbiera się do pracy, a mama jeszcze w niej jest. I od paru lat używam szczoteczki elektrycznej. To teraz przejdźmy do opowieści.

Pewnego dnia wróciłam wcześniej do domu, bo źle się poczułam. Szefowa to wyrozumiały człowiek i wypuściła mnie parę godzin przed skończeniem zmiany. Wpadłam na chatę pewna, że tata sobie drzemie jak zawsze przed robotą. Otworzyłam drzwi i po cichu skierowałam się do swojego pokoju. Jednakże zatkało mnie, kiedy płynnie minęłam przedpokój. W pokoju rodziców - gdzie nie ma drzwi - leżał tato na łóżku, nago. Dogadzał sobie ręką, pojękując do jakichś wibracji. Kiedy mnie zauważył, był zdziwiony tak samo jak ja. Bez słowa poszłam do swojego pokoju, zamknęłam się w nim i z zażenowaniem oczekiwałam aż skończy i przyjdzie ta godzina, kiedy pójdzie do pracy. Oboje nie wychodziliśmy "od siebie" do tego czasu.

Kiedy tata wyszedł z domu, poszłam zamknąć za nim drzwi. Skierowałam się też do łazienki, by wziąć krótki prysznic. Wtedy też odkryłam, że moja szczoteczka jest w innym miejscu, dodatkowo się błyszczy. Wszystko wskazywało na to, że była umyta przed jakąś chwilą. Połączyłam fakty - i odrzuciło mnie to totalnie. Zrobiło mi się niedobrze, gorąco i słabo jednocześnie. Nadchodząca grypa mi w tym nie pomogła.

Od tego wydarzenia minął jakiś czas, a mnie nadal paraliżuje fakt, że ja też używałam tamtej szczoteczki w dwóch celach.

PS Tata po jakimś czasie przeprosił za to, co musiałam widzieć, i wciąż zachowuje się w moim towarzystwie dziwnie. Jest ewidentnie speszony. A ja traumy nie mam.

#ij5YU

Mam 26 lat, jestem samotnie wychowującym ojcem, żona zmarła 2 lata temu po dwuletniej walce z nowotworem mózgu. Owocem naszej miłości jest aktualnie wspaniała 5-latka, która jest całym moim światem i jednym z niewielu powodów, by żyć. W czasie trwania choroby żony starałem się być superbohaterem, ogarnąłem wszystkie sprawy związane z chorobą (chemioterapia, radioterapia, setki metod niekonwencjonalnego leczenia, np. ziołoterapia, olej z konopi i setka innych witaminek). Niestety przy wyroku jakim jest glejak 4 stopnia nic nie było w stanie pomóc.

Teraz zostałem sam tylko i wyłącznie z córką, nie mam żadnego wsparcia ze strony swojej rodziny czy rodziny żony. Z córką mieszkam w Niemczech, gdzie pracuję jako kucharz, na szczęście udało się z pracodawcą ustalić godziny pracy, tak bym mógł zająć się córką. Nasz plan dnia wygląda w taki sposób, że wstaję o 5 rano szykując malutką do przedszkola, zaprowadzam ją punkt 7 i z wywalonym językiem lecę do pracy, która kończę o 16, i znów pełnym sprintem zapindalam odebrać księżniczkę z przedszkola, po czym zakupy, gotowanie, pranie, sprzątanie, zabawy, czytanie. Czyli nic nadzwyczajnego, miliony matek i ojców działają w ten sposób i się nie żalą, staram się również nie żalić.

Piszę to wyznanie, gdyż w całym tym moim bohaterstwie z bohatera została tylko nazwa. Od roku jestem alkoholikiem, piję co noc od chwili gdy tylko córeczka zaśnie, potrafię się upić w 15 minut tylko po to, by mieć czas na spanie, by jakoś funkcjonować kolejnego dnia. Nigdy nie zawaliłem żadnego terminu w przedszkolu, urzędzie, pracy czy gdziekolwiek, na pozór jestem idealnym ojcem, ale to nieprawda. Mam problem z alkoholem, z którym sam sobie nie mogę poradzić. Chciałem zapisać się na odwyk, ale nie mam możliwości, gdyż nie mam z kim zostawić malutkiej. Co dzień wmawiam sobie, że to ostatni raz gdy piję, ale to kłamstwo. Nie wiem co mam dalej robić, nie chcę się użalać nad sobą, bo wiem, że to moja wina, po prostu chciałem komuś o tym powiedzieć.

#n0wWt

Jestem osobą słusznej wagi. Firma, w której pracuję, znajduje się na jednym z wyższych pięter biurowca. Ostatnio z powodu przerw w dostawie prądu byłem zmuszony wspiąć się na 7 piętro po schodach, modląc się po drodze o przeszczep kręgosłupa, płuc i nóg. Po długiej i bolesnej walce dotoczyłem się pod drzwi biura, tylko po to, żeby przeczytać informację o dniu wolnym, spowodowanym... przerwami w dostawie prądu.

#ENiXl

Od urodzenia miałam problem z odnalezieniem się wśród ludzi, dlatego uczęszczanie do szkoły było dla mnie bardzo trudne. Nie potrafiłam poradzić sobie z najprostszym problemem.

Była to bodajże pierwsza klasa szkoły podstawowej. Korzystanie z publicznej, zaludnionej toalety w owej placówce podczas jednej z przerw było dla mnie zbyt wielkim wyzwaniem. Dlatego wszystkie swoje potrzeby fizjologiczne wstrzymywałam aż do powrotu do domu.

Niestety pewnego pięknego, słonecznego dnia stało się. Bardzo chciało mi się siku. Wytrzymałam prawie wszystkie lekcje, została jedna. Do domu miałam blisko, więc stwierdziłam, że jeszcze trochę wytrzymam. Nic bardziej mylnego, nie byłam w stanie.
Na wcześniejszych lekcjach zaobserwowałam, jak inne dzieci proszą panią o wypuszczenie do toalety, więc postanowiłam, że i ja tak zrobię.
Oczywiście trochę czasu mi zajęło zebranie się na odwagę, ale dałam radę, a pani się zgodziła. Pognałam więc w te pędy do kibelka, a tam niespodzianka. Zawieszona taśma, toaleta w remoncie. Jedyna damska na tym piętrze.
Mogłam się cofnąć do schodów i odszukać inną. Ten stres jednak był dla mnie za duży, bałam się, iż ktoś mnie złapie na innym piętrze, które nie było przeznaczone dla dzieci w moim wieku (widać mocz uderzył mi do głowy, bo to oczywiste, że w zaistniałej sytuacji wszystkie dziewczynki chodziły na inne piętra). Jako ciężko przestraszone dziecko wróciłam się do klasy. Usiadłam w ławce.

Do końca zajęć zostało dosłownie kilka minut. Czekałam. Zaciskałam z całych sił i nagle przed samym dzwonkiem poszło! Siedząc w trzeciej ławce z kolegą, posikałam się w majtki, zalewając całe krzesło i podłogę dookoła.
Całe szczęście wszyscy byli na tyle zaabsorbowani końcem lekcji, pakowaniem się i zakładaniem krzesełek na ławki, że chyba nikt nie zauważył.
Ja zrobiłam to samo, gdy tylko mój towarzysz się oddalił. Nie chciałam przecież, aby coś zauważył. Obwiązałam się bluzą w pasie, przemoczone krzesło wrzuciłam na ławkę (tak, dzięki temu ławka również była obsikana) i uciekłam do domu.

Nigdy nikomu się do tego nie przyznałam, nikt się ze mnie nie śmiał i żadna nauczycielka ani sprzątaczka nie pytały. Do dziś zastanawiam się, czy aby na pewno nikt tego nie widział?! Przecież ktoś musiał to sprzątnąć!

I tak, do dziś mam problem z korzystaniem z publicznych toalet.

#t31s7

Wszystko zaczęło się od wizyty u ginekologa. Pojechałam znienacka, ponieważ chciałam uregulować zwolnienie.
"To jak pani jest, to zrobimy USG od razu".
"Nie trzeba, wizytę mam za tydzień".
"Niech się pani położy.. Hmmm... mamy problem z tą ciążą... Nie widzę serduszka..."
Moje wtedy też stanęło. Ciąża obumarła około tygodnia wcześniej.

Nigdy nie przypuszczałam, ile decyzji człowiek musi podjąć w jednym momencie. Mając w domu 9-miesięczne niemowlę musiałam pójść do szpitala, żeby "urodzić"...
Milion pytań na izbie przyjęć - "pierwsza ciąża? Miała pani jakieś krwawienia?". "Nie, nic nie miałam..." - płaczę. Na izbie przyjęć tłumy, ale ja wchodzę ostatnia, ze mną już nikt się nie spieszy. "Nie mamy dla pani miejsca w osobnej sali, musi pani leżeć z ciężarną..." Ale jak to? - myślę sobie, przecież ja tego nie przeżyję... Idę na salę, po lewej mam kobietę również po poronieniu, po prawej z wysoką ciążą pod KTG... Jak słyszę serce, to się nogi pode mną uginają. "Pani M? Zapraszam na badanie USG, musimy potwierdzić śmierć płodu". Nie potrafię zrobić niczego innego, jak tylko płakać. Serce nie bije, kwalifikacja do zabiegu. "Zostaną pani podane leki na wywołanie porodu, potem wyczyścimy macicę za pomocą łyżeczkowania, zgadza się pani? Ma pani podkłady poporodowe?". Nie mam, przecież miały być potrzebne później - myślę. "Czy chce pani dokonać pochówku? Oznaczenia płci? Czy chce pani pudełko wspomnień z Tęczowego Kocyka? Czy chce pani coś na uspokojenie? Tabletka podana, proszę leżeć 6h, w razie czego proszę wołać..."  Ja nie mogę robić nic oprócz gapienia się w ścianę.. Wszędzie pełno ciężarnych, słychać płaczące noworodki. "Który kocyk chce pani wybrać?" Nie wiem.... Ma nie więcej niż 10x10 cm.... Miniatura rożka niemowlęcego...

"Zapraszam na zabieg, zaśnie pani..." A ja myślę - 9 miesięcy temu byłam na tej sali, dlaczego wtedy nie doceniłam pierwszych chwil z dzieckiem? Dlaczego od razu nie chciałam jej przytulić? Wiem o szoku poporodowym, baby blues, depresji, ale nic nie pomaga zagłuszyć wyrzutów sumienia. "Nie udało się zidentyfikować płodu, czy nadal chce pani dokonać pochówku?" Nie, nie chcę... Tam już nic nie.ma... Jeszcze raz papiery do wypełniania. Tym razem zgoda na pochówek w masowym grobie na cmentarzu komunalnym... "Za 4 tygodnie zapraszamy po odbiór wyników his-pat..." A ja nie wiem, czy chcę wiedzieć... A co jeśli przyczyną była infekcja, którą zignorowałam? Co jeśli to przez ten kawałek tiramisu? Nie poradzę sobie... "Potrzebuje pani.czegoś?" Tak, zestawu do wskrzeszenia niemowląt...

Przede mną okres żałoby... Ale chciałabym podziękować załodze PSK4 w Lublinie za fachową opiekę i pomoc na ile można było w tej sytuacji... Tu nie ma dobrych słów, tu musi pomóc czas.... Zachęcam do zapoznania się z działalnością fundacji "Tęczowy Kocyk", która szyje wyprawkę dla martwo urodzonych dzieci.
Dodaj anonimowe wyznanie