#WW2gi

Ojciec nigdy nie należał do osób szczególnie zrównoważonych. Przyzwyczaiłam się do tego, że gdy zdenerwowali go czymkolwiek moi młodsi bracia, to wyłączał nam internet na kilka dni. Jednak dziś przeszedł samego siebie.

Gdy przyszłam do domu, zorientowałam się, że nie ma nigdzie światła i poinformowałam go, że chyba nie mamy prądu. Okazało się, że sam go wyłączył, bo tak się zdenerwował na mojego brata i to będzie odpowiednia kara dla niego.

Powie mi ktoś jak z nim żyć?

#dAOQm

Niedawno zauważyłem, że potrafię przewidywać, co wydarzy się w najbliższym czasie. Zwykle to są jakieś błahostki, ale kilkukrotnie zdarzyło się, że byłem w stanie wiedzieć o potrąceniu jakiejś osoby, stłuczce albo wypadku jeszcze przed samym zajściem. Co ciekawe, zawsze gdy takie rzeczy pojawiały mi się w głowie, później byłem tego świadkiem. Natomiast nie byłem w stanie zapobiec żadnemu z tych zdarzeń, bo nie potrafiłem ocenić kiedy to może nastąpić. Czasami zdarzało się to w ten sam dzień, czasami w ciągu kilku kolejnych.

Bardzo często miewam deja vu i nawet podczas snu przytrafiają mi się takie myśli. Dziwnie się z tym czuję. Wiem również, że jeśli komukolwiek o tym powiem, zostanę wyśmiany i uznany za chorego psychicznie.

#A31rC

Moja mama jest taką typową Karyną. Wiecie, klasyka gatunku, farbowane na czarno włosy (co ni cholery nie pasuje do jej karnacji naturalnej, ale już nie ma znaczenia, bo dzięki solarium zbliża się coraz bardziej do przeciętnej Etiopki), tipsy o długości kilometra, różowe ciuszki i ukochane białe kozaczki. Wygląda to genialnie w przypadku 45-letniej kobiety, uwierzcie. Jedyne, co ją odróżnia od stereotypu, to że wyszła za inteligentnego, przyzwoitego faceta - wtedy jeszcze nie zadawała się ze swoimi koleżaneczkami i była normalna. Powiedzmy.

Na szczęście ja zdecydowanie wrodziłam się w tatę, tyle że nie zdołał jej przekonać w kwestii imienia i skończyłam jako Wanesa. Tak, Wanesa, nie chociaż Vanessa. Oczywiście mam przerąbane, bo przecież jak ktoś ma na imię Wanesa, to musi być nienormalny. W każdej szkole wystarczyło, by mama raz pojawiła się na wywiadówce (zwykle błagałam tatę, by to on poszedł, ale przecież czasami był w pracy), żeby dzieciaki nasłuchały się w domu - i potem było jeszcze bardziej przerąbane.

Dziękuję, mamo.

#57Dbr

Pewnego letniego dnia mój kot przeszedł kastrację. Przeszedł ją dość dobrze, ale był bardzo słaby po narkozie, więc wyjątkowo pozwoliłam mu spać ze mną w łóżku. Narzeczony pracował na nocnej zmianie, więc byliśmy sami.

Jako że był to lipcowy, gorący wieczór, rozebrałam się do naga, rozłożyłam obok siebie kilka podkładów, a na nie położyłam legowisko, coby kot w razie wypadku nie narobił jakichś wielkich szkód i położyłam się spać.
Obudził mnie. Najlepsza rrozkosz w całym życiu, ale zaspana nie otworzyłam oczu, tylko jęknęłam wniebogłosy przekonana, że to narzeczony wrócił z pracy i znalazł nowy sposób na pobudkę. To przestraszyło mojego amanta, którym okazał się być mój własny kot. Okazało się, że dostałam miesiączki, a mój kot postanowił "posprzątać", robiąc mi przy tym minetkę życia.

PS. Kot od tamtego momentu bezapelacyjnie śpi za drzwiami.

#O2mc9

Wychowałem się na wsi, w domu bez łazienki. WC mieliśmy na dworze w postaci drewnianego wychodka.

Gdy miałem 7 lat, po 2 tygodniach pracy taty i jego kolegi w naszym domu pojawiła się łazienka. Wszyscy domownicy się cieszyli. Mama z ciepłej wody (do tej pory woda była grzana na piecu), tato cieszył się z wanny, że nie będzie musiał się myć w misce, siostra była uradowana, mogła teraz zapraszać koleżanki - wcześniej wstydziła się braku łazienki w domu. Dla mnie pojawienie się w domu ubikacji nie było niczym przyjemnym, wręcz przeciwnie - bałem się załatwiać swoje "grubsze sprawy" w domu. W mojej małej głowie rodziły się koszmary. Wydawało mi się, że kupa może zapchać ubikację, bo przecież tyle kupy, a taki mały otwór. Bałem się też samego spuszczania wody, konkretnie tego, że wody ze spłuczki wyleci tyle, że wyleci poza muszlę, a ja nie będę umiał tego zatrzymać. I w ten sposób mając łazienkę w domu, ja nadal wolałem wychodzić na dwór.

Rodzice oczywiście zauważyli, że wolę wychodek na dworze. Opowiedziałem im o moich obawach, czego konkretnie się boję. Tato kilkukrotnie spuszczał przy mnie wodę, tłumaczył, że ilość wody jest tak dopasowana, że nic się nie wyleje, wrzucał też papier do WC i próbował udowodnić, że nic się nie zapcha. Uspokajał mnie, tłumaczył, ale wszystko na marne. Przez najbliższe 2 miesiące korzystałem z wychodka na dworze... aż pewnego dnia dopadła mnie grypa żołądkowa. Oprócz bólu brzucha miałem wymioty i biegunkę. To był ten moment, w którym wygrał rozsądek, traumy odpuściły i wiedząc, że nie zdążę dobiec do wychodka na dworze, pobiegłem do WC w domu. Po wszystkim spuściłem wodę, nic się nie zapchało, nic się nie wylało. Tego dnia w WC byłem jeszcze z 10 razy. Z każdym kolejnym razem dochodziłem do wniosku jak głupi byłem, że wolałem wychodek na dworze od ciepłego pomieszczenia, blisko w domu, bez przymusu zakładania butów, kurtek, marznięcia w tyłek, zwłaszcza zimą.

Piszę to wyznanie, bo jestem właśnie na L4 - tak, mam grypę żołądkową. Dziś jestem 31-letnim facetem i wspomnienia wróciły. Nie mam żadnej traumy. Pozdrawiam wszystkich serdecznie :)

#OF6lb

Nigdy bym nie pomyślała, że i ja napiszę tu kiedyś wyznanie o (chyba) molestowaniu?

Moja 7-letnia córka nie pierwszy raz nocowała u swojej kuzynki, która mieszka po sąsiedzku (domy dzielą może 4 metry). W rozmowie (ciocia też przy tym była) wyszło, że wstały wcześniej, bo obudził je starszy brat kuzynki. Jak? "Grzebał jej tam". Najbardziej przeraziło mnie to, że robił to jak spała, a kiedy się obudziła i powiedziała, żeby jej nie przeszkadzał w spaniu, przestał dopiero po czasie. Jakoś na początku przyjęłam to spokojnie, ale jak do mnie dotarło, co tak naprawdę się stało - do tej pory nie mogę się uspokoić.

Chłopak jest nastolatkiem, jak miał ok. 7 lat, to zaczęły się ujawniać jakieś zaburzenia i teraz ma już zdiagnozowany autyzm uwsteczniony/opóźniony (?) (czyli im starszy, tym gorzej). Umysłowo jest właśnie na etapie 7/8-latka.

NIE MAM POJĘCIA CO ROBIĆ. To nie ten przypadek, gdzie rodzice zlewają i wszystko tłumaczą chorobą. Nie, nie. Lekarze, badania, psycholodzy, psychiatrzy, leki. Ciocia potem przyszła i z płaczem przepraszała. I ją również to przeraziło - to umysł dziecka w ciele prawie dwumetrowego chłopa, z łapami jak bochny chleba, którego ciało jednak jest już rozwinięte dużo bardziej...
Zawsze traktowałam go jak normalnego człowieka, przecież choroby się nie wybiera. Nieraz zajmowałam się nim, jak był malutki.
Teraz się go boję. Córka twierdzi, że to pierwszy raz i ogólnie zachowuje się teraz, jakby nic się nie stało. Nawet zapytałam, czemu nie powiedziała tego od razu cioci? Odpowiedziała, że nie pomyślała, że trzeba o tym mówić...

Na razie nie wie nikt oprócz mnie i cioci. Mąż jest obecnie poza krajem, boję się, jak zareaguje... Najgorsze jest to, że mieszkamy tak blisko, codziennie się widujemy. Nie wiem...

#SH5dP

Jestem największą kretynką świata.

Z moim byłym chodziłam od wczesnego liceum. Później poszliśmy na studia do jednego miasta, więc zamieszkaliśmy razem. Ja studiowałam, on dodatkowo pracował (praktycznie od samego początku w zawodzie, z którym wiązały się jego studia), a po powrocie dużo się uczył, przez co wszelkie plany na wspólne wyjście, nie mówiąc o jakimś wypadzie na cały weekend, musiałam ustalać z nim dużo wcześniej, by znalazł czas. Po kilku latach takiego życia zaczęła doskwierać mi codzienność. Znudzona siedzeniem samej w domu, przeglądałam Instagram, gdzie widziałam piękne życia znajomych. Pełne sukcesu, ciągłych podróży i niezwykle romantycznych zachowań ich partnerów. Czułam się, jakbym z całego świata tylko ja prowadziła zwykłe, nudne życie. Zaczęłam mieć do mojego partnera bardzo mocne pretensje z tego tytułu. Po pewnym czasie był to już codzienny powód do kłótni, wystarczyło, bym zobaczyła, że ktoś ze znajomych wyjechał w jakieś stosunkowo nietypowe miejsce. Nie trafiały do mnie tłumaczenia o wylewaniu siódmych potów przez mojego chłopaka, który robi to, byśmy mieli jak najlepszy start zaraz po studiach, że robi to dla nas i że jest to dużo ważniejsze niż fajne foto na insta. Nie widziałam nic szczególnego w tym, że mimo ogromu obowiązków poza domem, w pełni wykonywał swoje domowe obowiązki, dbał o dom, był czuły, ale bez zbędnego działania na pokaz. W końcu nie wytrzymałam i odeszłam.

Szybko poznałam innego chłopaka, który wydawał się ideałem. Dobra praca, wielkie plany na przyszłość, a do tego dusza towarzystwa, świetny tancerz, przy którym czułam się królową każdej zabawy. Bardzo szybko okazało się, że wszystko, co o sobie opowiadał, to bzdury, a do tego byłam jedną z wielu jego dziewczyn. Po jakimś czasie poznałam jeszcze innego chłopaka. Jednak nauczona poprzednimi doświadczeniami, bardzo szybko zaczęłam drążyć. Chłopak okazał się totalnym nierobem, mieszkał z matką, od której dostawał pieniądze na imprezy, bo sam nie pracował. Byłam zrozpaczona. Coraz bardziej dołowały mnie zdjęcia koleżanek na insta. Postanowiłam, że odezwę się do jednej z nich - do tej, której zazdrościłam najbardziej. Pod pozorem odnawiania znajomości często z nią gadałam, by dowiedzieć się jakim sposobem ma tak cudowne życie. Dotarło do mnie, jak wielki błąd popełniłam, gdy okazało się, że praktycznie wszystko, czego tak zazdrościłam, było kupione na kredyt. Nawet zegarek czy większe bukiety kwiatów. Żyli mocno ponad stan i wszystkim tym chwalili się w internecie, gdy w rzeczywistości ich życie opierało się głównie na wielomiesięcznych pobytach w Holandii, by dzięki pracy w szklarniach pospłacać część kredytów.

Rzuciłam najlepszego człowieka na świecie, bo pozazdrościłam ludziom życia, którego w rzeczywistości nie wiodą.
Dodaj anonimowe wyznanie