Dokuczanie w szkole zostawia głębokie ślady i to wiadomo nie od dziś. Nigdy jednak nie sądziłam, że drzemie to we mnie tak głęboko.
W szkole mi dokuczano i co śmieszne w życiu dorosłym zupełnie o tym nie myślałam. Prawdę mówiąc, życzę swoim byłym prześladowcom jak najlepiej, pomimo tego jak okropnie mnie traktowali (wyzwiska, zaczepki - dokuczanie starter pack). Umiałam sobie mimo wszystko znaleźć przyjaciół, dobrą pracę itp. Założyłam rodzinę i wszystko pięknie. Do momentu jak zobaczyłam jak pewien chłopiec dokucza mojemu synowi na placu zabaw. Złośliwie, robił wszystko aby uprzykrzyć mu zabaw ęzabierał zabawki, przezywał, rzucał piaskiem). Zwróciłam gówniarzowi uwagę. Sytuacja opanowana.
Tylko od tamtej pory ściska mnie paraliżujący lęk. Po prostu boję się masakrycznie o synka, żeby nie przeżył tego co ja. O dziwo też o siebie. Nikomu nie mówiłam, ale to bardzo utrudnia mi normalne funkcjonowanie, coś się we mnie wyzwoliło. Jestem osobą samoświadomą i pójdę do lekarza jak to się nie uspokoi. Jednak szokuje mnie jak bardzo ta błaha sprawa się na mnie odbiła.
Miałam wtedy ok 12 lat. Zima, dużo śniegu, mróz. Mama wysłała mnie po chleb. Do sklepu jakieś 500m. Zawsze przed wyjściem robię siku, tym razem stwierdziłam, że pęcherz prawie pusty, wytrzymam.
Nie wytrzymałam. Zsikałam się przy płaceniu. Mam nadzieję, że ekspedientka pomyślała, że to roztopiony śnieg... Spodnie na szczęście miałam czarne.
Byłam na zakupach w drogerii i dupa mnie oszukała. Na rzadko...
Na szczęście nie na tyle dużo, żeby coś przeciekło. Natychmiast opuściłam sklep, wróciłam do domu się wykąpać. Po 2 dniach zaczął mnie okropnie boleć brzuch. Wylądowałam w szpitalu na ginekologii, zapalenie jajników. Powód? Infekcja wstępująca.
5 minut w brudnych gaciach i tydzień w szpitalu...
Mam 20 lat i nie piję alkoholu.
Alkohol nie jest dla mnie, jestem chuda i po paru głębszych zaczyna mi wirować w głowie. Po części, raczej większej części przyczynił się do tego mój ojciec alkoholik.
Raz na jakiś czas ze znajomymi wypiję jedno góra dwa piwka, a na "grubszych" imprezach trochę wódki.
Często osoby, które dopiero poznałam i proponują mi alkohol, nie rozumieją tego, że nie chcę. Padają pytania "Dlaczego? Jak to? W ciąży jesteś?" itp.
Często nie docierają do nich moje słowa i na siłę polewają mi kieliszek, którego i tak nie wypiję.
Ostatnio właśnie przez alkohol, nie chcę rozmawiać z małżeństwem, które mieszka niedaleko nas. Kobieta (bardzo wystawiona) wpakowała mi się do domu i kazała natychmiast wyjść z domu i iść na imprezę do sąsiada. Jeszcze w domu, była rozmowa "Jezu dziecko jaka ty chuda jesteś... Jesz ty coś? Ile masz lat? Taaaak? Mam córkę w tym wieku." 10 minut później ta sama gadka. Poszliśmy do sąsiada, starszy facet zaczął polewać wszystkim, a ja grzecznie odmówiłam. Najpierw zaczęły się pytania, na które odpowiadałam kilka razy - "W ciąży jesteś? Dlaczego?". Kiedy po paru kolejkach odmówiłam ponownie, facet zaczął się denerwować i mówić "co za niewychowana ta młodzież, chłopaka se znalazła, od razu się wyprowadziła, tak nie może być, musisz lecieć na jego kasę, jak ona tak może bez alkoholu się dupczyć". W tym właśnie momencie zatkało mnie, wstałam i poszłam do domu.
Słowem końcowym.
Pisałam już kiedyś historię o moim ojcu alkoholiku i w skrócie - doświadczyłam dużo przykrości ze strony ojca i nienawidzę osób, które nie potrafią pić.
Alkohol jest dla ludzi, ale ważne by pić z umiarem i umieć się zachować.
Jestem dziewczyną i codziennie przed kąpielą sikam do umywalki. Na swoją obronę mam jedynie to, że toaletę i łazienkę mam w innych pomieszczeniach, a o siku przypomina mi się, gdy jestem już rozebrana. Robię to z czystego lenistwa.
Ostatnio pojawiło się tu wyznanie chłopaka, który bardzo chciałby mieć dziewczynę, ale zawsze spotyka go odrzucenie. Jak wiele osób zauważyło, autorowi nie przypadły do gustu żadne rady. W żadnym razie nie chcę nikogo obrazić, ale opiszę jak to wygląda z drugiej strony.
Niedawno umówiłam się w kawiarni z facetem poznanym w internecie, tak się złożyło, że mieszka zaledwie dziesięć kilometrów od mojego miasta. Fajnie nam się pisało, myślałam, że może coś z tego będzie. W dodatku zdjęcie nie kłamało, facet może i nie jest mega przystojny, ale zadbany, co jeśli chodzi o wygląd jest dla mnie podstawą.
Kupiliśmy kawę i po ciastku, i zaczęliśmy rozmowę. Na wstępie ucieszył się, że nie jestem "taka jak inne" i pojawiłam się na spotkaniu. Podziękowałam mu i zaczęłam rozmowę na tematy typu hobby, zainteresowania, praca. Michał jednak co chwilę zmieniał temat na dziewczyny, które go skrzywdziły. Bo nie odpowiadała im jego wrażliwość, bo nie rozumiały jego potrzeby częstych miłych słów i komplementów, bo nie próbowały się zainteresować anime, które on uwielbia (ja też, o czym usiłowałam mu przypomnieć), a jedna to w ogóle się z nim nie spotkała, tylko pojechała do swojego dziadka do szpitala. Kiedy zwrócił jej uwagę, że mogła to zrobić dzień później, nazwała go egoistą i zerwała kontakt. Ani razu mnie o nic nie zapytał, pod koniec zaczął popłakiwać. Wtedy czerwona lampka w mojej głowie zaczęła głośno dzwonić. Już raz byłam w związku z chłopakiem, który był nadwrażliwy, lubił się użalać i płakać. Obiecałam sobie, że nigdy więcej takiego związku.
Przerwałam mu tę litanię i powiedziałam, że przykro mi, ale więcej się nie spotkamy. Szkoda, bo w internecie sprawiał wrażenie wrażliwego, ale ogarniętego faceta.
Poradziłam mu, żeby następnym razem bardziej zainteresował się dziewczyną, z którą się spotyka. Pożegnałam się i wyszłam. Później dostałam wiadomość, że jestem taka sama jak inne.
Nie wiem, czy autor tamtego wyznania też nie bardzo interesował się dziewczynami, z którymi chciał się związać i koncentrował się na swoim smutku, ale czytając jego komentarze mam takie wrażenie, bo jakoś nie przekonuje mnie, że dosłownie zawsze był natychmiast odtrącany. Chociaż możliwe, że się mylę i sama jestem lekko przewrażliwiona.
Moi rodzice palą papierosy od kilkudziesięciu lat, nie potrafią zerwać z nałogiem. Palili też przy mnie, gdy byłam nieświadomym dzieckiem. W pokoju, w kuchni, w samochodzie, po prostu wszędzie towarzyszył mi dym papierosowy, wszystko było nim przesiąknięte, ja także.
Moja matka nie przestała palić nawet w okresie ciąży czy karmienia piersią i do tej pory nie widzi w tym problemu. A ja od dziecka zmagałam się z nawracającymi infekcjami, ciągle byłam chora, ale jakoś nie potrafili tego połączyć z biernym paleniem.
Pod koniec podstawówki czy na początku gimnazjum bardzo walczyłam o to, żeby przestali przy mnie palić, żeby przestali mnie truć. Trwało to długo, bo żadne logiczne argumenty nie skutkowały. Podziałał dopiero mój każdorazowy krzyk, gdy któreś z nich wyciągało w samochodzie papierosa. Wygrałam i w końcu mój stan zdrowia się poprawił.
Teraz jestem dorosła i generalnie nie mieszkam z rodzicami, ale im jestem starsza, tym bardziej boję się, że zachoruję na przykład na raka płuc. Przez nich. Bo truli mnie tym świństwem przez tyle lat, od samego poczęcia. I mam do nich o to straszny żal, nie potrafię im wybaczyć tej ignorancji i głupoty. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jeżeli kiedyś rzeczywiście zachoruję, to będzie to rozłam naszej rodziny.
Od jakiegoś tygodnia mam dziwny kaszel i uczucie kłucia w klatce piersiowej, ale boję się iść do lekarza. To może być zwykła pierdoła, ale mam się też czego obawiać i nie chciałabym, żeby te obawy się potwierdziły zwłaszcza teraz, kiedy mam trudny okres w życiu. Ostatnią wizytę odwołałam, ale zapisałam się na kolejną i mam nadzieję, że tym razem nie stchórzę.
Jeżeli czytają to jakieś palące osoby, to proszę Was, pomyślcie o innych. To, że Wy chcecie ten dym wdychać, nie znaczy, że inni także. Bierne palenie to nie mit, tylko przekleństwo osób, znajdujących się wokół Was.
Moim marzeniem jest zostać aktorką w teatrze. Niestety moją przyszłość kompletnie inaczej wyobraża sobie moja mama, która uważa, że powinnam zostać astronomem. Argumentuje to tym, że od szóstego roku życia interesowałam się planetami i kosmosem, a aktorstwo ubzdurało mi się tak nagle. Twierdzi, że mi się znudzi i będę nieszczęśliwa do końca życia.
Boję się, że ma rację. Boję się, że jej nie posłucham i po jakimś czasie stwierdzę, że teatr to jednak nie moja bajka, albo inaczej, że posłucham tego co mówi i też będę później żałować. Najgorsze jest to, że moja mama zwykle nie myli się w swoich przypuszczeniach.
Wiem, że moja rodzicielka nie próbuje przelać na mnie jej niespełnionych ambicji, których z jakichś powodów nie udało jej się kiedyś zrealizować, ona po prostu chce mojego dobra oraz abym jak najlepiej przemyślała swoją przyszłość.
Tylko, że mogłaby porównać sobie radość jaką sprawia mi rozwiązywanie zadań z fizyki (małą), z radością, jaką odczuwam podczas gry na scenie.
Pamiętam że kiedyś była tu historia pewnego mężczyzny, któremu "zginęła" prawie godzina z życia. Mi nie ginie godzina a dni!
Ostatnio czuję się tak jakby czas znacznie przyspieszył, jak byśmy żyli w przyspieszonym tempie. Najlepsze jest, że ktoś z mojego otoczenia też to zauważył. Jeszcze do niedawna dni potrafiły się ciągnąć, ale od połowy tego lata coraz bardziej jakby wszystko nabierało tempa. I tu nie chodzi o zmianę trybu życia, bo żyję tak jak poprzednio. Mam szczęśliwe życie. Czasami się oderwę od rzeczywistości i jadę gdzieś na weekend, ale czas tak samo ucieka. Czuję się, że nie mam na nic czasu, bo zaraz jest wieczór. I tak w kółko noc, dzień, noc, dzień. Jak w simsach. Nawet ostatnio jeden dzień tygodnia mi znikł. Jakby nie istniał. To się robi okropne, całe życie w biegu...
Nikomu więcej tego nie mówię oprócz tej jednej osoby, bo to trochę dziwne. Tak jakby cały świat kręcił się szybciej.
Pracuję jako kelnerka w drogiej restauracji i dojadam na zmywaku resztki po klientach, bo normalnie nie stać mnie na takie drogie dania.
Dodaj anonimowe wyznanie