Mając naście lat sporo imprezowałem, a że rodzice często wyjeżdżali na wakacje i zostawiali mnie samego (bo chciałem), to chętnie organizowałem w domu jakieś bajlando.
Pewnego razu kiedy spałem słodko na srogim kacu usłyszałem dzwonek do drzwi i chociaż nie miałem za bardzo siły, poszedłem otworzyć. Będąc w samych bokserkach, wystawiłem przez szparę w drzwiach głowę i zobaczyłem dwie młode dziewczyny (w moim wieku mniej więcej). Zaczęły mi nawijać o Bogu itp., więc już po kilku chwilach zrozumiałem, że to młode świadkowe. Chciały wejść do środka pogadać, ale oponowałem jednak, że nie najlepszy moment, a one, że właśnie najlepszy, bo kiedy niby? Według mnie pobojowisko po imprezie to nie najlepsze warunki na przyjęcie takich bogobojnych dzieciątek.
Te jednak nie odpuszczały, mamiły mnie miłością Boga, wspólnotą etc. No i się złamałem. Otworzyłem szerzej drzwi, a kiedy weszły zatrzasnąłem je i przekręciłem klucz.
Jakie było ich zdziwienie, kiedy odkryły, że stoję w samych majtkach, a ich oczęta ujrzały krajobraz iście karczemny. Nigdy w życiu nie widziałem, żeby ktoś tak szybko i słodko się zaczerwienił. Uciekały spojrzeniem, język im się plątał, jakieś niespokojne się stały.
Ja byłem gotowy na przyjęcie Boga, a one nie wiedzieć czemu straciły zapał. Pod pretekstem odwiedzenia mnie po reszcie sąsiadów ewakuowały się jeszcze szybciej niż weszły i nigdy ich już nie widziałem. A szkoda.
Zawsze gustowałam w starszych mężczyznach. Sporo starszych. Wychowałam się bez towarzystwa rówieśników, więc potem ich rozmowy zwyczajnie mnie nudziły. Wolałam towarzystwo dorosłych, inaczej się wypowiadałam. A i wyglądałam na starszą i poważniejszą niż byłam.
Jako siedemnastolatka poznałam faceta. Ponad 30 lat starszego. I przepadłam. Był dowcipny, charyzmatyczny i przystojny. Wcale nie wyjątkowo bogaty. Początkowo traktowałam go jak kogoś w rodzaju mentora. Dużo rozmawialiśmy, on stał się moim najlepszym doradcą i przyjacielem. Potem - co tu dużo mówić. Po 3 latach przeszło to w coś więcej. Kochałam go i bałam się przyszłości. Bo kto na nas spojrzy poważnie? Zwłaszcza że on jeszcze wtedy był żonaty. Ba! Dzieciaty też. A jego syn jest starszy ode mnie.
To potoczyło się szybko. Rozwód, żona wyprowadziła się do innego. Ja czułam się paskudnie - w końcu rozbiłam małżeństwo. Biłam się z myślami - czy mnie zostawi? Co zrobię z upływem lat? Jak zareagują rodzice? Czy to ma sens? No ale w wieku 21 lat zaszłam w ciążę. Wzięliśmy ślub - szybko, może nawet bez namysłu. Początki były trudne - pretensje rodzin, wytykanie palcami, docinki. Nikt nie traktował mnie poważnie. Obiecałam sobie, że nie będę się tym przejmować.
Urodziłam córeczkę. Studiowałam, gdy on zajmował się małą (pracował wtedy w domu). Z niego też się śmiano, ale gdy patrzyłam na niego, wierzyłam, że warto. Potem i ja znalazłam pracę. Rodzina zaczęła odnawiać kontakty (przynajmniej niektórzy).
Wiele nocy przepłakałam w obawie o jutro. A on zawsze był przy mnie. Nigdy nie poznałam wspanialszego mężczyzny.
Jesteśmy już razem 10 lat. I wiecie co? Wiedziemy normalne życie. Nasza córka za rok idzie do 1 klasy. Różnica wieku ani trochę nam nie dokucza. Wiemy, że na razie. Ale pomimo tego nigdy nie zamieniłabym go na nikogo innego. Jestem świadoma tego, co mnie czeka. Czas spędzony razem jest tego wart.
Możecie mnie osądzać, ale ja nie czuję się winna. I jestem pewna, że nasza relacja to nie jest chwilowy romans.
Właśnie sobie przypomniałem moje pierwsze spotkanie z masturbacją. Otóż mając jakieś sześć lat, bawiłem się z kolegami w ganianego, a w tym czasie często bawiły się z nami starsze dzieci. Jedno z nich zaproponowało zabawę w "walenie konia", więc całą zgrają radośnie ustawiliśmy się według zaleceń pod karłowatymi drzewkami i przy akompaniamencie "klaskania"zaczęliśmy "trzepać", śmiejąc się i dopingując się nawzajem. Po bliżej nieokreślonym czasie najstarszy z nas zarządził koniec trzepania i wszyscy wróciliśmy do zabawy w ganianego. Mnie jednak dręczyło pytanie: "Po co? Po co klepać dłonią nad siusiakiem, co w tym fajnego?", ale nikomu go nie zadałem, żeby nie wyjść na głupka.
Od paru lat jestem szczęśliwym mężem, przynajmniej tak widzą to inni. Ale od początku.
Jestem 4 lata po ślubie, mamy dziecko, pochodzę z religijnej rodziny, mimo że ja nie jestem, powiedzmy, "praktykujący", to w Boga wierzę. Pracuję tylko ja, dobrze zarabiam i stać nas na to, aby żona nie pracowała. Moja praca to tak naprawdę moja pasja i lubię pracować. Niestety niedawno moja żona się na tyle zmieniła, że jej nie poznaję. Nie jest to ta kobieta, w której się zakochałem.
Wszystko zaczęło się od tego, że rozmawialiśmy o tym, że gdyby pracowała, to byśmy mogli więcej odkładać na wymarzony domek. Skończyło się to awanturą, że i tak tyle nie zarobi, żeby można było odłożyć, a poza tym kto się zajmie domem. Kocham ją nadal, ale ona traktuje mnie jakbym był tym złym i ciągle mnie obwinia o różne rzeczy i oczernia przed rodziną.
Pół roku temu umarła moja babcia, dziadek nie żyje już parę lat i babcia podzieliła swój majątek między swoje wnuczęta, jak to mówiła - aby mieli dobry start, ale moja ukochana powiedziała "no w końcu mamy pieniądze na dom". Tak mnie to ruszyło, że pieniądze ze spadku wpłaciłem na konto, o którym ona nie wie, ale będzie ono dla naszego dziecka, a jej powiedziałem, że pieniądze ze spadku przekazałem na jakiś inny cel. Musiałem tak zrobić, a jej powiedziałem, że musi znaleźć sobie pracę, bo dopiero niedawno zauważyłem, że byłem wykorzystywany.
Nienawidzę straży miejskiej. Odkąd pamiętam zawsze miałem z nimi jakieś problemy. A to dostałem mandat za picie radlera (!) w miejscu publicznym, a to usiłowali mnie ukarać za mojego psa, który rzekomo miał nieprzepisowy kaganiec... Z jakiegoś powodu zawsze przyciągam do siebie strażników - lgną do mnie bardziej niż emeryci do sklepu Aldi w dzień promocji.
Parę dni temu, kiedy jechałem samochodem, byłem świadkiem wypadku. Kobieta przechodząc w nieoznakowanym miejscu, potrącona została przez rozpędzone auto. Szybko zjechałem na pobocze i rzuciłem się na pomoc. Zanim dołączyli do mnie inni świadkowie wypadku, zdążyłem zapewnić bezpieczeństwo poszkodowanej i zabezpieczyć miejsce zdarzenia. Po dziesięciu minutach, kiedy przyjechała policja, bardzo podziękowano mi za wzorową, obywatelską postawę. Wkrótce karetka zabrała panią do szpitala (miała złamaną rękę i liczne stłuczenia), a ja spocony, ale bardzo z siebie dumny ruszyłem w stronę mojego samochodu, tylko po to, aby znaleźć za wycieraczką… mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu.
Nienawidzę straży miejskiej.
Moja prababcia była cudowną osobą. O ile z resztą rodziny układa mi się tak sobie, to z nią zawsze miałam świetny kontakt. Była mądra, ciepła, dobra.
Kilka miesięcy przed śmiercią jej stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Potrzebowała ciągłej opieki. W końcu doszło do tego, że nie poznawała członków rodziny, nie wiedziała, czy jest dzień czy noc, traciła pamięć. Takie momenty przeplatały się kilka razy dziennie z tymi bardziej świadomymi. W tych drugich pytała o mnie, czekała, aż ją odwiedzę.
Tamtego lata wyprowadzałam się z domu, wyjeżdżałam na studia do innego miasta. Umówiłam się z nią, że dzień przed wyjazdem przyjdę się pożegnać. Gdy przyszłam dowiedziałam się, że śpi. Postanowiłam poczekać aż się obudzi, bo ostatnio bardzo źle sypiała. Nie mogła usnąć, kręciła się całe noce, a w ciągu dnia była bardzo zmęczona. Czekałam kilka godzin, ale w końcu musiałam już iść. Nie obudziłam jej, bo rzadko zdarzał jej się tak głęboki sen. Każdy taki wypoczynek był ważny, poza tym już dwa tygodnie później miałam przyjechać znowu.
Nigdy więcej jej nie widziałam, bo zmarła następnego dnia.
Podobno poprzedniego dnia, gdy wstała, pytała o mnie, dziwiła się, że nie przyszłam do niej.
Od tamtej pory minęło już półtora roku, a ja nadal bardzo za nią tęsknię.
Nie potrafię sobie wybaczyć tego, że się wtedy z nią nie zobaczyłam. Że się nie pożegnałam.
Od zawsze wiedziałam, że chcę być mechanikiem samochodowym. Jednak kilka lat temu przy wyborze szkoły zastanawiałam się, czy jest to dobra decyzja. Obawiałam się, że będę jedyną dziewczyną w klasie i się tam nie odnajdę. Pomyślałam, że nie będę przez to zrezygnowała ze swoich marzeń, więc wybrałam mój wymarzony profil.
Stało się tak jak myślałam - 20 chłopaków i ja.
Ale wiecie co?
Była to najlepsza decyzja w moim życiu. Oprócz tego, że mogę robić to co lubię, to świetnie się czuję w otoczeniu klasy. Nikt nie skomentuje mojego ubioru, nie powie, że mam brzydką bluzkę czy nie ten kolor szminki. Nie obawiam się, że ktoś plotkuje o mnie za plecami albo z któryś z nich okaże się fałszywy.
Po kilku latach w szkole doszłam do wniosku, że (oczywiście moim zdaniem) towarzystwo płci męskiej jest o wiele lepsze.
Jestem korepetytorką z chemii i biologii. Uczniów mam dość sporo, jednak żaden nie wie o moim dziwactwie.
Mieszkam na 4 pietrze, od czasu kiedy zadzwoni domofon, a ja wcisnę przycisk, aby otworzyć drzwi do klatki, liczę czas. Sprawdzam, ile czasu potrzebują moi uczniowie, aby wejść na 4 piętro.
Kiedy dzwoni dzwonek do drzwi, szybko zapisuję liczbę w notesie. Gdy po zakończonych korepetycjach uczeń wyjdzie, ja wpisuję czas do odpowiedniej tabletki.
Później porównuję te liczby z innymi uczniami, albo sprawdzam, czy ich czas się poprawia oraz liczę średnią z całego miesiąca.
Takie urozmaicenie między biologią a chemią.
Kilkanaście lat temu oszczeniła się suka kolegi, więc wziąłem jednego szczeniaka, bo od zawsze lubiłem psy, a kolega nie miał co z nimi zrobić. Ładny mieszaniec husky i białego owczarka szwajcarskiego. Wziąłem najmniejszego.
I najgłupszego.
Gdy wracałem do domu, Aleks z euforii potrafił nie wyhamować na korytarzu i przywalić łbem w drzwi. Raz wybił w ten sposób szybę i nabił guza. Bał się własnych pierdów i burczenia w brzuchu, trzy razy wpadł pod samochód, wybiegając na ulicę. Kiedy się cieszył skakał tak, że się przewracał. Machając ogonem zawsze coś stłukł, wybierając się na spacer, ciągnął tak, że musiałem zmienić obrożę na szelki, bo się dusił. Na widok i dźwięk petard idiota zamiast się schować, czy, jak każdy zrównoważony pies, obserwować te dziwne kolorowe "cosie", ruszał na bój. Gdy tylko widział kota, musiał biec się przywitać, mimo że za tą przyjacielskość miał blizny na nosie. Gdy próbowałem nauczyć go komendy "siad", pojął w mig. Ćwiczyliśmy cały dzień, niestety rankiem przyszli do niego faceci w czerni. Amnezja totalna. Na widok odkurzacza dostawał albo euforii, albo był tak przerażony, że nie wiedział, gdzie się schować. Podczas schodzenia ze schodów myliła mu się prawa łapa z lewą. Spadał z łóżka, bo rzucał się jak opętany. Inne psy go nie lubiły. Zjadł sztucznego kwiatka. Kiedy po randce poszedłem z dziewczyną do domu, zwymiotował na jej sukienkę. Cholernie drogą sukienkę. Kilka razy byłem z nim u weterynarza, bo zatruł się trutką na krety albo wypił psi szampon. Przyzwyczaił się do jednego weterynarza, więc na szczepieniu, kiedy miał się nim zająć inny lekarz, ze stresu go obsikał. Za to gdy słuchałem z nim rocka, był najspokojniejszym psem na świecie. Uwielbialiśmy oglądać razem filmy. Przeszkadzał mi podczas gry. Gdy umawiałem się z jakąś dziewczyną, poddawał ją ocenie. Dosłownie wybierał mi dziewczyny (za co mu dziękuję, bo nigdy nie poznałbym bez niego tak wyjątkowej osoby, jaką jest moja dziewczyna). Potrafił tarzać się w błocie godzinę. Nie lubił kąpieli. Nie przychodził na zawołanie.
Nagle dostał bardzo silnego zapalenia stawów. Podziwiam go za tę siłę, że mimo wszystko, gdy ledwo mógł stać, zawsze podnosił ogon i nieudolnie merdał.
Dziś go uśpiłem. Lekarze nie dawali szans na wyleczenie, zresztą były nawroty. A ja chciałem oszczędzić mu cierpień. Zmarł w ciszy, w wieku 14 lat. W oczach widziałem "Dziękuję. Za wszystko".
Chodzę po mieszkaniu, czując uczucie pustki i samotności. Nie mogę się pozbierać, płaczę. Słyszę jego sapanie, szuranie pazurów po podłodze i to jakby mruczenie, gdy był szczęśliwy. Dla niektórych był głupim psem. Dla mnie najlepszym przyjacielem... który odszedł. I nie wróci.
PS Aleks, chłopie, trzymaj się tam. Tylko nie roznieś całego nieba! Nie mam zamiaru rozliczać się z Bogiem za twoje szkody!
To było już kilkanaście lat temu. W piątej klasie szkoły podstawowej wprowadzili nam mundurki. Koszulki polówki w kolorach granatowych i czerwonych. Zamysł był taki, żeby dzieci nie czuły się lepsze lub gorsze, bo ktoś nosi droższe/tańsze ciuchy. Chcieli, żeby każdy w szkole czuł się równy.
Tylko że w 5 klasie wszyscy już się na tyle dobrze znali, że wiedzieli mniej więcej u kogo w domu się nie przelewa. Koszt takiej koszulki zamykał się w 50-70 zł (nie pamiętam dokładnie), ale takich koszulek wypadało kupić co najmniej 2 lub 3, żeby nie chodzić ciągle w tej samej.
Akurat byliśmy wtedy bardzo biedni, mamy nie było stać na kupno mundurka dla mnie
i dla siostry, która była w klasie niżej. Była to dla nas naprawdę duża suma. Więc mama wykupiła w szkole po emblemacie, przeszła się po lumpeksach i kupiła kilka koszulek po 5-15 zł sztuka.
I wtedy zaczęło się gnębienie mnie, bo mój "mundurek" był nieco inny od reszty szkoły, nie miał wyszytego godła, tylko dopięty emblemat. Codziennie słyszałam pytania co to za szmatę na siebie ubrałam i z którego śmietnika ją wyciągnęłam. Po tym, jak sprawa została zgłoszona wychowawcy usłyszałam, że powinnam była zamówić koszulkę z resztą szkoły, a mama była co chwilę wzywana do dyrektora.
Po wakacjach mundurki były na większość osób za małe, dziewczyny chodziły w za ciasnych koszulkach z brzuchami na wierzchu, a chłopcy nosili non stop bluzy lub olewali i nie nosili mundurka w ogóle. Ale co się wycierpiałam przez ten rok, to moje.
Traumy nie mam. Mimo że miałam w szkole podstawowej wielu przyjaciół, to czułam się od nich gorsza i po zakończeniu szkoły urwałam kontakt.
Dodaj anonimowe wyznanie