Jestem młodą, dość ładną kobietą. Nie jestem nieśmiała i bardzo lubię towarzystwo mężczyzn, ale niestety, nie mam szczęścia w miłości - a wszystko przez jedno dziwactwo.
Lubię zachowywać się kobieco jedynie przy takich, którzy nie mają u mnie szans. Kręci mnie, jak stają się wtedy onieśmieleni, zaczynają się jąkać, próbują mi imponować i mnie rozśmieszać w różne, niezręczne sposoby. Przy nich doskonale "czuję" flirt, jednak flirtuję tylko po to, żeby pokazać im, jak bardzo nie mają u mnie szans.
Zupełnie inaczej jest z facetami, którzy mi się podobają. Przy nich... zaczynam się zachowywać jak facet. Nie mam pojęcia, czemu tak robię, ale to silniejsze ode mnie. Przybieram męską pozę z biodrami do przodu, zaczynam mówić grubszym głosem, opowiadam świńskie dowcipy i głośno przy tym rechoczę. Lubię też stawiać moim crushom piwo i inne napoje, odsuwać im krzesła... no generalnie zachowywać się dokładnie tak, jak zachowuje się facet wobec adorowanej kobiety.
Nie muszę chyba pisać, że przez to w 90% trafiam do friendzone jako "ta równa babka", a w 10% faceci są zniesmaczeni. Nigdy nie zapomnę, jak jeden z otwartym oburzeniem kazał mi zostawić to krzesło, bo on sam sobie poradzi... porażka.
W czasach, gdy byłam dzieckiem, moja matka regularnie znęcała się nade mną psychicznie i fizycznie. Robiła to głównie wtedy, gdy miała zły dzień i była na mnie wściekła, biła tak aby nie było żadnych śladów. Nikt z rodziny nie zwracał na to większej uwagi, jak gdyby problem nie istniał.
Gdy byłam już nastolatką obrywało mi się może trochę rzadziej, ale wciąż czasem się zdarzało. Punkt zwrotny nadszedł gdy miałam już 18 lat - po prostu jej oddałam, z całą siłą jaką miałam. Po wszystkim trochę się podłamałam, i z płaczem wyrzuciłam jej, że jest najgorszą matką jaką można mieć, że wolałabym być sierotą i że w ogóle nigdy nie powinna była mieć żadnych dzieci, etc. O dziwo to podziałało.
Nigdy potem mnie nie uderzyła, nawet lekko czy w żartach, i chociaż gdy wspomniało się jej o tym co robiła to udawała że sprawy nie było, to problem ustał. Nie wyładowywała na mnie swojej złości, z czasem nasze relacje stały się dosyć poprawne. Wybaczyłam jej, bo wiem że jej dzieciństwo również nie wyglądało kolorowo, choć do dziś nie wiem czy powinnam była.
Chyba przez to mam szereg problemów jako dorosła kobieta, a relacja z matką dalej pozostaje... dziwna? Jesteśmy dla siebie miłe, ale nigdy nie czułam, że mogę na nią liczyć w kwestiach moich osobistych problemów i wsparcia psychicznego.
Anonimowa część - w wieku 18 lat pokiereszowałam psychicznie i fizycznie własną matkę, żeby ta przestała się nade mną znęcać i to podziałało. Nie wiem czy polecam takie rozwiązanie, ale przynajmniej nikt już mnie nie bije, choć mentalnie dalej jestem w rozsypce.
Kiedy byłam mała, to dostałam od mamy takie stemple w kształcie misiów. Mogłam je robić w kolorze czerwonym, niebieskim i zielonym... Dla mnie to było coś wspaniałego i potrafiłam spędzać całe dnie na stawianiu pieczątek na karteczkach.
Pewnego dnia mój tato postanowił odświeżyć salon, malując ściany na biało. Odsunął rogówkę i zaczął malować pierwszą ścianę. Później oczywiście zaczął malować ścianę prostopadłą, no i tutaj się pojawiam ja i moje misie. Ja byłam niska, a rogówka wysoka, więc kiedy tato zaczął malować kolejną ścianę, to postanowiłam wziąć moje misie i zrobić piękny szlaczek z kolorowych misiów. Raz czerwony, dwa zielone... tu niebieski. Powstała linia na ścianie, około 3 metry, miś przy misiu. Kiedy tato skończył malować pokój, to dopiero wtedy zainteresował się gdzie jest dziecko. Zaczął mnie wołać, a ja dumna wyszłam zza rogówki i mówię "tata, patrz"...
Każda próba zamalowania misiów kończyła się tym, że po wyschnięciu farby misie powracały. A moja przygoda z pieczątkami skończyła się raz na zawsze.
Byłam szczęśliwym dzieckiem.Chodziłam do bliskiej mi podstawówki. Wszystko wydawało się takie normalne. Aż do momentu, w którym z lekcji wyrwała mnie pani "pedagog".
Miałam wtedy może 8 lat. Byłam dziwnie zaniepokojona, ale szybko podążałam za nią do jej ciasnego pokoiku. Poinformowała mnie, że jedna z moich koleżanek z klasy doniosła na mnie, że ją prześladuję. Według tej dziewczynki znęcałam się nad nią i nie dawałam jej spokoju. A nawet ją biłam. Pani "pedagog" nie zadała pytania, czy to zrobiłam. Mówiła tylko, że mam się przyznać. Straszyła mnie nie tylko rodzicami, ale policją i poprawczakiem. Nie przyznawałam się do niczego, bo nie miałam do czego. Nic nie zrobiłam, płakałam i byłam w szoku.
Wróciłam do domu. Nie zjadłam obiadu jak zwykle, tylko od razu poszłam do pokoju i zaczęłam płakać. Moja rodzina widziała, że coś jest nie tak. Nie byłam w stanie wydusić co się stało. Moja mama zadzwoniła do mojej szkolnej koleżanki, by porozmawiać z jej mamą. Chciała się dowiedzieć, co się stało. Oczywiście ani mama, ani koleżanka nic nie wiedziały. Później jakoś, gdy się uspokoiłam, powiedziałam o wszystkim mamie.
Następnego dnia mama została wezwana do szkoły. A ja byłam znów straszona, że mnie ze szkoły wyrzucą. Plotki się rozniosły i koleżanki i koledzy z klasy się ode mnie odwrócili. Pani wychowawczyni mnie trochę broniła mówiąc, że nigdy ze mną nie miała problemów. Mimo to pedagog i dyrektor swoje. Miałam z nimi mnóstwo rozmów, w których mi wmawiali co się stało i jak dokładnie to wyglądało. A ja? Ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie jestem chora, skoro nie pamiętam, że kiedykolwiek coś takiego zrobiłam. Zrobili mi takie pranie mózgu, że gdyby trwało to dłużej, przyznałabym się do tego.
Ostatecznie wezwali mamę dziewczynki i dziewczynkę, nad którą niby się znęcałam, na jakieś rozmowy. Gdy z nimi w końcu porozmawiali, okazało się, że dziewczynka chciała zwrócić na siebie uwagę dorosłych, bo matka się nad nią znęcała. Tak, znęcała się fizycznie. Niestety mnie wybrała jako ogniwo, które mogłoby zwrócić uwagę innych na nią. Wmówiła im, że to ja ją biję. Nawet jeśli to była nieprawda.
Szlam pozostał. Ona została przeniesiona do innej klasy. Żadne inne konsekwencje nie zostały poniesione. Jej matkę postraszono kuratorem i tyle. A co ze mną? Ja mam uraz psychiczny do tej pory. Grono pedagogiczne to jedna wielka kpina. Jak małemu dziecku można wmawiać coś tak okropnego? Żadna z tych osób nie powinna pracować z dziećmi w taki sposób. Nikt mnie nie przeprosił.
Mam nadzieję, że moje dzieci nie będą miały takich przeżyć. To były najgorsze chwile w całej mojej edukacyjnej wędrówce. Do tej pory mam problemy, gdy ktoś mnie o coś posądza, czuję się jak w klatce. Dokładnie jak w tym małym, ciasnym pokoiku.
Kiedyś w szkole średniej, na lekcji psychologii, omawialiśmy zagadnienie pewności siebie. Ja sama nigdy zbyt dowartościowana nie byłam, ale zawsze lubiłam motywować i wspierać innych.
W klasie była także koleżanka, bardzo ładna, ale miała się za śmiecia. Nie chodziła smutna i, jak to się mówi, w depresji, ale gdy przychodziło co do czego, pokazywała to drugie, smutne oblicze, które ujawniła podczas zajęć.
Wracając do domu (a większość klasy jeździła autobusami) zauważyłam, że koleżanka miała czerwone oczy, ledwo powstrzymywała łzy. Ogólnie rzecz biorąc nie należała ona do grona moich znajomych, ale poczułam, że powinnam do niej chociaż napisać i odrobinę wspomóc psychicznie.
Od razu po powrocie do domu napisałam jej wszystko co o niej myślałam, że jest śliczna, miła i ma piękny uśmiech. Dopisałam na końcu, że nie ma powodów do kompleksów i że powinna bardziej w siebie wierzyć. Odpisała jedynie "dziękuję", i przez kilka lat ta kwestia pozostawała zamknięta.
Aż do dzisiaj.
Spotkałyśmy się przypadkowo na ulicy. Tak jak z większością byłej klasy, myślałam, że wystarczy zwykłe "cześć" (zwłaszcza że w ciągu wszystkich trzech lat chodzenia razem do klasy rozmawiałyśmy ledwie kilka razy), dlatego zdziwiłam się, gdy ta mnie przytuliła. Nie ukrywam, byłam w szoku, ale ona zaraz wyjaśniła, dlaczego tak zareagowała.
Powiedziała, że tego właśnie dnia, na lekcji psychologii stwierdziła, że nie ma sensu żyć, była tak słaba psychicznie, że nie dawała rady. Nie miała do kogo pójść, bo ukrywała swój rzeczywisty stan nawet przed przyjaciółmi. Gdy wróciła do domu, chciała ze sobą skończyć, rodzice mieli wrócić wieczorem, dlatego miałaby gwarancję, że nikt jej nie uratuje. Ale wtedy do niej napisałam, i to sprawiło, że zrezygnowała. Wszystkie te cechy, które przypisywała jej klasa podczas zajęć nie były tyle warte, co kilka szczerych zdań.
Po odczytaniu wiadomości popłakała się i zrezygnowała z próby samobójczej.
Dziś jest szczęśliwa, przynajmniej na taką wyglądała. Ma narzeczonego, kończy studia i niedawno dostała pracę.
Powiedziała, że gdyby nie ja, nie byłoby jej tu teraz, ale ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że osiągnęła to tylko dzięki własnej sile i wytrwałości, bo ja tylko napisałam kilka zdań, a każdy ma w sobie siłę, tylko czasami nie umie jej odkryć.
Pamiętajcie, zawsze jest powód by żyć, tylko czasami, w chwilach załamania, nie umiemy go dostrzec.
Nigdy o tym nikomu nie mówiłam, ale jest to żenująca sytuacja z nastoletniego okresu w moim życiu.
Pochodzę z większego miasta. Gdy miałam ok. 17 lat, byłam na basenie - na pewno kojarzycie różne kolorowe zjeżdżalnie. Taką oto zjeżdżalnią postanowiłam zjechać na czerwonym świetle, gdyż przede mną był dobrze znany mi kolega. Uznałam, że nie może stać się nic złego... jednak kiedy zjechałam na dół, usłyszałam gwizdek najprzystojniejszego z możliwych ratowników. Moje oczy od razu się zaświeciły. Pomyślałam, że na pewno wie o czerwonym świetle i zaraz dostanę ostrzeżenie, a będzie to pretekst do rozpoczęcia rozmowy...
Jakie było moje zdziwienie, kiedy szłam do niego ok. 200 metrów, a on powiedział tylko „popraw sobie strój”, po czym ja spojrzałam, a cały biustonosz przesunął się na tył - od wody, w którą wpadłam z dużą prędkością. Tak oto stałam przed ratownikiem i resztą osób na basenie świecąc biustem bez stroju. Pomyślcie, jaką miałam minę, kiedy to zobaczyłam. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.
Kiedy miałam 13-14 lat, to moja mama musiała często wyjeżdżać na kilka dni, a czasem nawet na dłużej. Zostawałam wtedy w domu sama z tatą (nie mam rodzeństwa). On ogarniał wszystko inne, a ja miałam podlewać kwiatki, których w domu było całe mnóstwo, bo mama je uwielbia. Tata nie chciał tego robić, bo mówił, że nie umie i zawsze podleje za dużo albo za mało. Ja też nie lubiłam tego robić, bo wydawało mi się wtedy, że jestem taka cool i w ogóle super, a to takie nudne i głupie zajęcie. Robiłam to jednak, bo rodzice kazali.
Najbardziej nienawidziłam podlewać takiej dużej paprotki, bo stała wysoko i zawsze musiałam ją zdjąć (nie była aż taka ciężka), a wtedy leciały z niej takie małe listki. Wpadały w najmniejsze zakamarki, a ja musiałam to sprzątać.
Wpadłam więc na szatański pomysł. Któregoś dnia zrzuciłam tę paprotkę. Doniczka się rozbiła, a roślina częściowo się połamała. Cała winę zwaliłam na kota.
Gdyby mama była w domu, to pewnie by uratowała tego kwiatka, ale jej nie było. Tata stwierdził, że z tego to już nic nie będzie i wyrzucił paprotkę.
Kiedy mama wróciła, to była nieźle zła, ale zapewnialiśmy ją, że to wina kota i nic nie dało się zrobić. W końcu jej przeszło. Kupiła sobie dwie nowe paprotki, ale sporo czasu minęło, zanim urosły do rozmiarów tamtej.
Teraz jestem już dorosła i się wyprowadziłam. Co ciekawe, w mieszkaniu mam całkiem dużo kwiatów, bo teraz też je lubię, w tym także dużą paprotkę. A jakże! Kiedy wyjechałam na wakacje, to poprosiłam mamę, żeby je podlewała. Zgodziła się bez problemu. Kiedy wróciłam, wszystko było dobrze, ale nigdzie nie było mojej paprotki! Pytam mamy, o co chodzi. Ona mi na to, że niestety musiała ją wyrzucić, bo kot ją zrzucił i się zniszczyła.
Dopiero wtedy zrozumiałam, jaka kiedyś byłam głupia. Świetnie rozegrane, mamo.
Ja nie mam kota...
A paprotce nic nie jest. Mama za bardzo kocha rośliny, żeby jakąś celowo zniszczyć. Po prostu zabrała kwiatka do siebie do domu i przede mną ukryła, żeby dać mi małą nauczkę. Wszystko już wróciło na miejsce.
Dziś rano zawinięta w szlafrok stałam sobie w kuchni i patrząc na pluchę za oknem, niemrawo żułam jabłko. Nieoczekiwanie ktoś delikatnie chwycił mnie za ramiona, nachylił się do mojego ucha i szepnął: „Cześć, kochanie. Podobały ci się nasze nocne harce?”. Odwróciłam się, aby ujrzeć przed sobą równie zaspanego co ja i równie zaskoczonego co ja mojego ojca!
Po krótkiej, acz - w mojej głowie - ciągnącej się w nieskończoność chwili ciszy, mój rodziciel odwrócił się na pięcie i powędrował do łazienki, mrucząc pod nosem: „Noż, kurde. Z tą fryzurą coraz bardziej przypominasz swoją matkę...”.
Najwyższy czas znaleźć pracę i wyprowadzić się od rodziców. Mam 24 lata.
Jestem położną. Przyjmowałam dzisiaj poród trojaczków. Położnica trafiła już na takim etapie akcji porodowej (pierwsze dziecko już niemalże „wyszło”), że żadnych badań obrazowych, od razu porodówka… No i mama wielce zaskoczona, że rodziło się drugie… a potem trzecie.
Pytam potem „jak to, przecież na ostatnich kontrolnych USG musiało być widać, że to trojaczki”. „Nie, wie pani, ja nie chodziłam na badania, bo na NFZ robią byle jak, a na prywatnie nie było mnie stać. No i widzi pani, nie chodziłam, a są zdrowe”.
No… Są. Miały szczęście. Ale ile mogło być powikłań przy takim porodzie? W świetle dzisiejszej medycyny takich porodów nie prowadzi się naturalnie, za duże ryzyko! Ile mogło być problemów z dzieciaczkami możliwych do zażegnania jeszcze przed porodem (nawet operacje prenatalne już się przecież wykonuje). Zwłaszcza że (jak na wieloraczki przystało) urodziły się nieco wcześniej niż w terminie… A przynajmniej domniemanym terminie, bo przecież nawet terminu ustalonego nie miała…
XXI wiek.
Jak studiowałem, na początku roku akademickiego powiesiłem na wydziale ogłoszenie o zebraniu rodziców studentów pierwszego roku. Wyglądało jak inne ogłoszenia dziekanatu.
Niektórzy dali się nabrać. Kilkoro rodziców chodziło potem po budynku, szukając rzekomego zebrania.
Dodaj anonimowe wyznanie