#Wggw5

W wieku 12 lat byłem posiadaczem królika miniaturki (samca). Kochałem go najmocniej na świecie. Pewnego razu, gdy byłem akurat sam w domu, przyszedł do mnie przyjaciel A. ze swoim dużo mniejszym królikiem. Przez kilka pierwszych minut nie wykazywali wobec siebie żadnego zainteresowania, więc stwierdziliśmy, że jego królik to też samiec.


Poszliśmy do kuchni ugasić pragnienie, a gdy wróciliśmy do pokoju, zastaliśmy nasze króliki w wiadomej pozycji. Zaraz po tym A. krzyknął i kopnął mojego królika, podniósł swojego i wyszedł z mieszkania.
Minęło chyba z kilka minut, zanim doszedłem do siebie po całej tej sytuacji.

Jednak bardziej dobiło mnie to, że jakiś tydzień później rodzice oddali komuś mojego królika, bo dowiedzieli się,
że jest agresywny, a przynajmniej taką bajką wcisnął A. swojej mamie.

Nasz kontakt się oczywiście po tym wydarzeniu urwał, a ja już więcej nie potrafiłem nikomu zaufać.
Ludzie to kanalie.

#eJcNR

Studiując wynajmowałem mieszkanie z kumplem. Często robiliśmy razem pranie. Zdejmując suche pewnego dnia oglądał moje slipy - sam nosi bokserki. Nawet je przyłożył do spodni tak jakby patrzył, czy byłyby dobre na niego. Ot takie tam zwykle zachowanie.


Po jakimś czasie i kilku praniach przynosi te same slipy mówiąc, że pomyłkowo wziął z praniem swoim. Spoko się może zdarzyć. Ale ja dobrze pamiętałem tamtą sytuację i jak wyszedł zobaczyłem czy przymierzał... Bingo! Były białe ślady :).


Tak bardzo mi się to spodobało, że czasami chciałem żeby jakieś moje ponosił, ale już się to nie powtórzyło.. Niestety ;(.

#xsdW2

Miałam wtedy 7 lat, był dzień przed walentynkami. Byłam u babci tego dnia, były ciotki, znajomi babci, zaczęli oni opowiadać mi czym są walentynki i mówili "taka ładna dziewczynka, na pewno wszyscy chłopcy się w tobie kochają, dostaniesz pełno walentynek" i tak ciągle mi mówili... 

Pamiętam jaka szczęśliwa szłam do szkoły na drugi dzień. Na którejś lekcji przyszła tzw "poczta walentynkowa", 3/4 dziewczyn w klasie dostało kartki od "tajemniczych wielbicieli", niektóre dziewczynki dostawały po kilka, a ja nie dostałam ani jednej... 

Było mi strasznie przykro, byłam zawiedziona, do końca miałam nadzieję, że dostanę tę pieprzoną walentynkę... 

Gdyby ciotki i babcia nie mówiły takich rzeczy, pewnie nie zwróciłabym uwagi na te głupie kartki, ale naopowiadały, że na pewno pełno ich przyniosę.

#nGMst

Mam 26 lat. Ostatnio często choruje na anginę, więc lekarz zasugerował wizytę i laryngologa. Pomyślałam, że poczytam o możliwościach leczenia, skutkach wycięcia migdałków itp.
W gardle są dwa migdałki widoczne gołym okiem i trzeci niewidoczny. Tym sposobem dotarłam do artykułu o powiększonym trzecim migdałku i jego objawach. Nieleczone zapalenie w dzieciństwie powiększa migdałek, utrudniając prawidłowe oddychanie przez nos, upośledzając mowę, czyli bardzo ważne jest reagowanie już we wczesnych objawach, bo może to przełożyć się na niewyraźną mowę do końca życia. Migdałek ten powoduje również bezdechy i chrapanie.


Mam wszystkie te objawy od małego dziecka. Przypomina mi się wciąż jak mama krzyczy na mnie przed snem, zamyka mi buzię i każe oddychać przed nos. A ja czułam się winna, bo wciąż robię coś źle. W przedszkolu jedna z przedszkolanek zasugerowała wizytę u logopedy, bo niewyraźnie mówię. Podobno logopeda był zachwycony moją znajomością samogłosek, co utwierdziło mamuśkę, że wszystko OK. Laryngolog sugerował wycięcie migdałków, ale się nie zgodziła, bo ktoś tam się ślinił później. Ja nie pamiętam tych wizyt. Ale bardzo dobrze pamiętam, że przez całe szkolne życie owa mamuśka krzyczała na mnie, bym wyraźniej mówiła, dokuczała, że chrapię "po ojcu" i że mówię przez nos. 

Na nic zdały się moje błagania o wizytę u laryngologa, żeby obejrzał mi nos, twierdziła, że wymyślam i nie pozwoli mi wyciąć migdałków (tak, zaczynała nawijkę o innej części gardła!). Dokuczali mi także rówieśnicy, wstydziłam się nocować u koleżanki, kiedyś na kolonii dziewczyny nagrały jak chrapię, czułam się przez to gorsza.
Nieletni nie może iść sam do lekarza, więc po 18 poszłam się zapisać, czekałam pół roku, stwierdził, że mam stan zapalny, po czym poszedł na długi urlop. Odpuściłam. Przez kilka lat wypierałam terror matki z głowy i teraz mam flashbacki.

Więc gdy ostatnio wróciły do mnie te myśli śniło mi się, że krzyczę na matkę i wygarniam jej to. Obudziłam się z przerażeniem, bo wyglądało realistycznie. Nic jej nie powiem, bo się wyprze. Ale pójdę do laryngologa, ciekawe, czy objawy miną. Macie jakieś doświadczenia z tym tematem?
I tak mam do niej żal.

#MMKZN

Moim niespełnionym marzeniem od zawsze było śpiewanie. Wiecznie wyobrażałam sobie, że śpiewam czystym, silnym głosem. Niestety nie mam ani głosu ani słuchu muzycznego, otoczenie słysząc moje wycie zatykało sobie uszy.
Za to moja córka wykazuje niesamowity talent muzyczny. Nieraz słyszałam, że powinnam jej pozwolić się kształcić w kierunku muzycznym, że po odpowiednim szkoleniu ma sporą szansę na karierę.
Co w tym anonimowego? Ano to, że za każdym razem gdy moja córka śpiewa, powtarzam jej, że nie potrafi tego robić i ma to sobie odpuścić, bo jest beznadziejna. Wiem, że ją tym krzywdzę, ale nie potrafię inaczej. Zazdroszczę własnej córce tego, czego ja nigdy nie miałam i mieć nie będę. Nie umiem sobie z tym poradzić.

#DDOKc

Opowiem wam o najgłupszej rzeczy jaką kiedykolwiek zrobiłem. Gdy miałem jakieś 17 lat (emocjonalnie jednak w dalszym ciągu byłem 9-letnim parówiakiem), poszedłem na imprezę do domu mojego kolegi, którego rodzice wyjechali gdzieś na weekend. Wiecie jak to jest, kiedy to „wchodzący w dorosłość”, dzieciak zostaje spuszczony ze smyczy? Na dziką balangę wpadło mnóstwo osób, które to przyniosły mnóstwo alkoholu. Oczywiście wlałem w siebie kilka piw i parę kieliszków wódki za dużo.

Będąc już mocno podpitym przyturlałem się do jakiejś dziewczyny, którą to wyjątkowo intensywnie usiłowałem zbajerować. Nie wiem co mi wtedy do łba strzeliło, ale zacząłem się przechwalać, że potrafię na własnej głowie, bez mrugnięcia okiem, rozbić pustą butelkę po piwie. Jako że dziewczę nie wydawało się specjalnie wzruszone moim śmiałym wyzwaniem, chwyciłem za pierwszą butelkę, która wpadła mi w dłoń, zamachnąłem się i trzasnąłem nią sobie w czerep tak mocno, że straciłem przytomność.
Ocknąłem się po kilku minutach. Dziewczyny już nie było. Był za to wielki guz na mojej czaszce oraz dorodny k#tas, którego ktoś namalował mi niezmywalnym flamastrem na czole.

Kurła, ależ ja byłem wtedy głupi...

#HuFvt

W trakcie zakupów spożywczych w hipermarkecie moja mama zapytała mnie, czy kupić banany. No może niezupełnie zapytała - stojąc jakieś 30 metrów ode mnie, zaczęła udawać goryla. Pech chciał, że widziała to grupa dzieciaków z nowej szkoły, do której dopiero co zacząłem chodzić (przeprowadzka).
Czas się przyzwyczaić do nowej ksywy, bo wszyscy zwracają się do mnie per "małpiszon".

#6IHZm

Krótka historia o tym, jak bardzo można zepsuć sytuację w rozwijającej się relacji i praktycznie na własne życzenie wkopać się we friendzone.

Kilka lat temu poznałem pewną dziewczynę. W krótkim czasie złapaliśmy bardzo dobry kontakt i tematy do rozmów zaczynały się rano, aby skończyć w nocy - po prostu dwie osoby, co miały wrażenie jakby znały się od zawsze.

Z obu stron relacja rozwijała się tygodniami w ciekawym kierunku, aż wręcz zawiązała się między nami przyjaźń, która miała duże szanse na krok w stronę związku. Z jednej strony chciałem coś więcej, ale z drugiej obawiałem się zepsucia dobrych relacji.

A teraz wyobraźcie sobie sytuację... Mamy letnie popołudnie, gdy wracam z nią przez park po spacerze. Zaczyna powoli padać deszcz, który rozkręca się w ulewę, więc biorę dziewczynę za rękę i ciągnę pod wiadukt, żeby nie moknąć i przeczekać ulewę. Jesteśmy cali przemoczeni, pod wiaduktem, gdzie z obu stron widać pięknie formujące się ściany deszczu. Stoimy naprzeciw siebie i dziewczyna wtula się  we mnie, patrząc mi prosto w oczy i pięknie się uśmiechając, powoli przybliża swoją twarz do mojej. Ja wyczuwam co się dzieje i wiem, że to jest ta szansa!
...I nagle w ułamku sekundy coś mi strzeliło do głowy, aby zagrać super wyjątkowego gościa (a przynajmniej tak mi się wydawało wtedy) i wypaliłem:

- Ejj... Może lepiej nie?

Dziewczyna robi wielkie oczy.
- Nie chcę zepsuć naszej przyjaźni! - wypaliłem i dosłownie chwilę później na widok zdziwienia dziewczyny zorientowałem się co zrobiłem, strzelając mentalnego facepalma sobie samemu.

Koniec końców wróciliśmy do domu i relacja od tego momentu zaczęła się psuć, ja mimowolnie wpakowałem się we friendzone na dłuższy okres, a ona po jakimś czasie znalazła innego.

Ot, taka niewinna historia, którą chciałem z siebie w końcu wyrzucić, bo znowu mnie nawiedziła w nocy przed snem.
Nie raz jeszcze zastanawiam się co by było, gdybym wtedy nie zbaraniał i zwyczajnie ją pocałował... Mimo wielu późniejszych relacji ta jedna historia mnie nawiedza.
Wiem o niej tylko ja, ona i... teraz także wy.

#PVq1K

Z moim chłopakiem byłam 10 lat. Chłopakiem, bo do mężczyzny mu daleko. Poznaliśmy się jeszcze w czasach szkolnych, wiecie motyle w brzuchu w końcu to pierwsza miłość. Jednak zawsze czułam, że coś jest nie tak. I teraz... przez kilka lat mieszkaliśmy w większym mieście, on wyjechał na studia, a ja za nim. Różnica była taka, że on studiował dziennie i za wszystko płacili mu rodzice, ja natomiast zaocznie. Szybko przerosły mnie koszta związane z wydatkami i w konsekwencji porzuciłam studia, a zajęłam się pracą. Za każdym razem słyszałam, że studia to postawa i bez nich nie osiągnę w życiu. W głębi duszy chciałam je skończyć ale nie było mnie stać. Chłopak, z którym byłam nawet jak podjął pracę, przyjmował pieniądze od rodziców na opłaty mieszkania. Kiedy mówiłam, że czas się usamodzielnić i samemu się utrzymywać zwykle byłam wyśmiewana. Były momenty że wychodził sobie na imprezy i wracał nad ranem. Po kilku latach nawet dowiedziałam się, że na jednej z imprez całował się z jakąś dziewczyną. Jakoś przebolałam i wybaczyłam. Po około 6 latach postanowiliśmy wrócić na stare śmieci i tam się zaczęło. Mieszkaliśmy blisko jego rodziców. Byli u nas co drugi dzień a on sam spędzał tam więcej czasu niż w domu, że mną. Po 9 latach zdecydował się oświadczy. Super, pomyślałam. Jednak w krótkim czasie okazało się, że oświadczył się tylko dlatego, bo miał dosyć mojego marudzenia o ślubie. Krótko po tym mieliśmy jakąś spine. I teraz najlepsze: zdradził mnie z naszą wspólną koleżanką. Ale to nie jest najgorsze... wybaczyłam. I próbowaliśmy budować wszystko na nowo, nawet przez chwilę się starał, kolację, kino, spacery. Nie udało się. Kilka tygodni temu postanowiłam się rozstać. Zabrałam swoje rzeczy i powiedziałam że to koniec. Jakby olśnienie. Uświadomiłam sobie, że ten toksyczny związek wyssał że mnie to co najlepsze, a będąc z nim nie szanuję samej siebie. A on żyje w jakiejś bańce mydlanej i jest zupełnie oderwany od rzeczywistości. Bez pomocy psychologa się raczej nie obejdzie, bo to wszystko we mnie cały czas siedzi. W nocy nie śpię i płaczę. Nie wiem co jest ze mną nie tak...
Dodaj anonimowe wyznanie