Dziś są siódme urodziny mojej córki, a wiadomo, że urodziny dziecka to rzecz najwyższej wagi! Moja żona kupiła z tej okazji pełno ulubionych kwiatów Basi, słoneczników, i udekorowała odświętnie pokój małej. Upiekła jej ulubione ciasteczka, w nadmiarze, żeby się za szybko nie skończyły. Jak zawsze własnoręcznie napisała córce życzenia. Mnie kazała koniecznie włożyć koszulę, a sama założyła najładniejszą ze swoich sukienek. I, tak jak co roku, poszliśmy wspólnie na cmentarz.
Wierzymy, że jesteś szczęśliwa w lepszym miejscu, Basieńko.
Odkąd dostałem w swoje ręce prawko, zawsze lubiłem brać autostopowiczów i osoby, które w deszcz/mróz/nocy musiały wracać wzdłuż drogi. I ta historia jest właśnie o takiej podwózce.
Wracałem w nocy około trzeciej. Obok drogi szedł jakieś gość w marynarce czy czymś podobnym, nie mam pojęcia. W ręce jakaś walizka lub torba jak do laptopa, tylko że większa. Nie wyglądał na menela czy pijanego, a wręcz był zadbany. Postanowiłem się zatrzymać i go zgarnąć. Pierwsze słowa: pytanie, gdzie idzie, czy chce podjechać kawałek ze mną, podziękowania i gość na pokładzie. Facet jechał do miasta 40 km dalej, niż ja mogłem go zabrać (szok, bo na piechotę?). Rozmowa była przyjemna, więc podróż szybko minęła. Dojeżdżamy na miejsce i mówię, że niestety tylko tu mogę go dostarczyć. Zatrzymałem się i nagle słyszę komendę, że mam jechać dalej. I nie, to nie przesada, powiedział to jak do psa. Ja oczywiście z lekkim uśmiechem mówię, że nie, tu nasza podróż się kończy. Wtedy on wyciągnął nóż i kazał mi jechać dalej. Zrobiło mi się gorąco. Ale rozkazu posłuchałem i ruszyłem. Myślałem, że mi serce rozwali, a przed oczami mi się zaczęło rozmazywać. Może reakcja się wydawać przesadna, bo na filmach widuje się ciągle takie rzeczy, ale to nie film! Gość obok mnie trzymał mi kilka sekund temu nóż przy szyi! I ciągle go ma.
Noga na gazie wręcz odbijała się, jakby miała padaczkę. Przejechaliśmy około 5 km. Najdłuższe minuty mojego życia, ale tyle wystarczyło, aby w miarę ochłonąć. Zacząłem myśleć, co zrobić, aby zrobić cokolwiek sensownego. Mam! S.O.S.! Naprawdę w tamtej chwili myślałem, że to świetny pomysł. Tak więc jechałem bardzo wolno. I gdy tylko coś się zbliżało, to leciutko hamulcem mrugałem ludziom z tyłu (dla niewiedzących, jak lekko naciśnie się hamulec, to samochód nie zwalnia, ale już zapala się światło z tyłu) te nieszczęsne S.O.S. Ale wiadomo, jakie są realia, takie coś działa tylko na filmach. Więc w trakcie tego zacząłem myśleć co dalej. I mam! Zacząłem przyspieszać. Miałem już około 120 na liczniku. Wtedy powiedział, aby zwolnić. Długi zakręt, przeciążenie dość wysokie, ręka na dźwigni zmiany biegów – wyjście. I w tym momencie cała akcja trwała maks. sekundę. Prawą ręką odpiąłem pas typa, a lewą nogą z całej siły wdepnąłem pedał hamulca. Samochód zatrzymał się prawie w miejscu. Facet, za przeproszeniem, pie*dolnął głową w pulpit aż miło. Liczyłem, że przez ten szok da mi szansę na wyjęcie kluczyków i ucieczkę. Ale efekt był jeszcze lepszy, bo on zemdlał (chyba). Wyciągnąłem typa wraz z torbą do rowu i odjechałem jak najszybciej.
Facet raczej żyje, bo więcej o nim nie słyszałem.
Parę słów o snach.
Dzisiaj mija dziewiąta rocznica śmierci mojej przyjaciółki. Mając lat 19 popełniła samobójstwo. Nie potrafię jej do tej pory wybaczyć czemu podjęła taką decyzję i bardzo często się nad tym zastanawiam. Po prostu nie mogę zapomnieć.
Kilka lub kilkanaście razy w roku ona odwiedza mnie w moich snach. Te sny są bardzo realistyczne, jesteśmy na spacerze, wybieramy się na imprezę lub po prostu oglądamy jakiś film. W momencie, w którym orientuję się, że to właśnie ona jest bohaterką mojego snu, zaczynam z nią rozmawiać. Te rozmowy są o wszystkim i o niczym. Aktualne problemy, myśli, zdarzenia. Dialogi są zawsze rzeczowe, odpowiedzi są logiczne. Długość rozmowy jest różna w zależności od tematu, ale zawsze, ale to ZAWSZE kończy się w tym samym momencie. Gdy tylko się jej zapytam dlaczego to zrobiła. Ona zawsze wtedy ma jakąś wymówkę, że musi już lecieć, że się umówiła, że chciałaby jeszcze załatwić jedną sprawę. Nigdy się nie budzę, ona po prostu gdzieś znika i zostawia mnie z jeszcze większym rozczarowaniem.
Tak, tęsknię, pamiętam i zawsze jak będę mogła, będę Cię odwiedzać.
Opowiem wam, jak dałem się oszukać i wrobić w dziecko.
Liczyłem na wielką miłość, ona mówiła, że mnie kocha, starała się, po pewnym czasie zdecydowaliśmy się założyć rodzinę. Koniec końców okazało się, że mnie okłamała, nic do mnie nie czuje i nie czuła, ale jestem idealnym kandydatem na ojca jej dziecka. Wszystko to mi wykrzyczała w twarz.
Jest w piątym miesiącu ciąży, nie śpimy nawet w jednym łóżku, czułość nie istnieje, rozmowa ogranicza się bardziej do pretensji i wymagań. Jestem tylko dostarczycielem zasobów i genów. Zmarnowała mi życie, ale zależy mi na dziecku i muszę przecierpieć chociaż te 7 lat, bo to będzie chłopiec, a po szóstym roku życia chłopiec jest już bardziej za tatą niż mamą i będę o niego walczył w sądzie. Naprawdę aż się gotuję z tej bezsilności i naiwności. Nie mogę teraz odejść, nie chcę płacić alimentów, chcę brać czynny udział w wychowaniu syna.
Zostałem udupiony. Cieszę się, że będę miał syna, ale mogę zapomnieć o szczęśliwej rodzinie. Nienawidzę tej kobiety, a muszę ją utrzymywać, bo nosi moje dziecko.
Chodzę do podstawówki. Od jakiegoś czasu weszło zdalne nauczanie. W sumie cieszyłem się, że będę mógł odpocząć w domu, i przez parę tygodni tak było, ale w końcu zaczęło mi się nudzić i robiłem różne głupie rzeczy. Mój kolega był po rozstaniu, więc stwierdziłem, że pomogę mu odegrać się na jego eks. Zorganizowałem misterną przemowę, w której mocno ją obraziłem (wszystko wysłałem w internecie). I plan szedł jak bułka z masłem, dziewczyna dostała za swoje, a kolega czuł się lepiej. Ale po 2 miesiącach moi rodzice dowiedzieli się, jakie zło popełniłem.
Bardzo mi wstyd i strasznie się boję konsekwencji takich jak: wezwanie do kuratora, więzienie dla moich rodziców, skarga o cyberprzemoc. Komuś może się zdawać, że to nic takiego, ale to błąd. Jeszcze całe życie przede mną i nie chcę spędzić go jak nieudacznik. Gdybym w swoim zachowaniu nic teraz nie zmienił, bluzgałbym ile się da. Eh...
Mam 2X lat. Jestem normalną kobietą, w każdym tego słowa znaczeniu.
Podnieca mnie, gdy czytam historie o krzywdzonych dzieciach. Najlepiej niemowlętach, które w wyniku obrażeń zostają kalekami bądź umierają.
Oprócz tego jestem prawdopodobnie najbardziej uczciwym, sympatycznym i dobrym człowiekiem, jakiego moglibyście spotkać.
Gdy mój mąż podarował mi różę ze swojego podwórka, teściowa wykopała cały krzak i wyniosła go na śmietnik ;/
Będzie trochę obleśnie.
Nie wiem jak wy, ale ja całe życie gdy gdzieś wyjeżdżałem na jakieś kolonie, zielone szkoły czy do rodziny na drugi koniec kraju, to miałem problemy żołądkowe przez pierwsze dwa dni pobytu, zanim mój wielce wysublimowany żołądek łaskawie się przyzwyczaił do tutejszego jedzenia.
Na tej zielonej szkole 20 parę lat temu niestety musiało być podobnie. Pierwsza noc w nowym miejscu, budzę się w nocy i czuję wielkie parcie w wiadomym miejscu, więc pędzę czym prędzej do łazienki, która jest na korytarzu naszego cudownego ośrodka. Łapie za deskę tak agresywnie i ją podnoszę do góry, że ta odbija się i z powrotem się zamyka. Ja oczywiście tego nie zauważam i zaczynam instynktownie robić to po co przyszedłem i cała zwartość moich jelit zostaje na desce oraz podłodze i na moich gaciach :(.
W panice postanawiam się szybko umyć, gatki lądują w dwóch czy nawet trzech szczelnie zamkniętych reklamówkach, a następnego dnia podczas spaceru do miasta zostają cichaczem wyrzucone. Chciałem to posprzątać, ale w łazience niestety nie było odpowiednich narzędzi do usunięcia mojego "małego" problemu, a proszenie nauczycieli o narzędzie nie wchodziło w grę z wiadomych powodów. Tym oto sposobem nikt nigdy się nie dowiedział kto był odpowiedzialny za masakrę w łazience, a wszyscy byli wkurzeni, że na dwie grupy dzieciaków i 4 nauczycieli do końca zielonej szkoły zostaliśmy z jedną łazienką, bo nikt nie odważył się do ostatniego dnia tego posprzątać. Zrobił to dopiero właściciel obiektu, a raczej osoba do tego wynajęta.
Z tego miejsca mogę jedynie przeprosić moich dawnych kolegów i koleżanki, ale sami rozumiecie gdybym się przyznał to byście mi już żyć nie dali :)
Wigilia. Rozpakowywanie prezentów. Kupiłam sobie sama telefon, o którym zawsze marzyłam, za swoje pieniądze, ba, nawet sama go zapakowałam. Teoretycznie prezent od mamy, więc mówię żartobliwie, że się nie spodziewałam. Jej odpowiedź "Sądzę, że i tak nie powinnaś nic dostawać".
Świetne święta, znowu, następnych prawdopodobnie nie będzie, bo "nie chce się nikomu tyle gotować", szkoda, że wszystko ja przygotowałam sama.
Dostałam prezent w postaci vouchera na lot paralotnią z instruktorem. Koleżanka wpadła na taki pomysł, wiedząc, że mam lęk wysokości. I jeszcze udawała głupią: „Ty masz lęk wysokości? Kurczę, a ja cały czas myślałam, że masz przed pająkami”. No ale dobra, myślę, spróbuję, może być fajnie. No i nadszedł ten dzień. Ach, no i powiem Wam! Można było delektować się przepięknymi widokami, można było otworzyć zmysły na zupełnie nowe doznania, poczuć się jak sokół wędrowny, jaskółka albo dron. Można było... Tyle że tuż po tym, jak się rozpędziliśmy i straciłam grunt pod nogami, momentalnie się zesrałam. Ale nie, że coś tam popuściłam lekko, poszedł ogień jak ze smoka. No i wszystko co z tego pamiętam, to moje myśli, jak tu zwiać po wylądowaniu, bo czekała na mnie moja rodzina z kamerą i telefonami oraz koleżanka, by mnie wyściskać...
Nie zauważyli, na szczęście. Ale mama coś ostatnio przebąkuje, że teraz może czas na spadochron. Nigdy w życiu!
Dodaj anonimowe wyznanie