Dziś byłam z mamą na cmentarzu. Ja zapalałam znicze, a ona porządkowała kwiaty. Wyrzucała stare, a te które się jeszcze nadawały zostawiała w wazonie. Zauważyłam, że w jej pęczku starych kwiatów jest mały pączek gerbery (czy jak to się nazywa). Szybko chwyciłam jej dłoń i powiedziałam, by poczekała chwilę. Gdy znalazłam tego biednego małego kwiatka, wyciągnęłam go i włożyłam do wazonu. Mama na mnie spojrzała z uśmiechem, a ja do niej krzyknęłam - Każdy ma prawo by żyć!
No i to by było niezręczne samo w sobie, że jesteśmy na cmentarzu, a ja się drę na matkę z powodu próby zgniecenia małego kwiatka w worku ze starymi, ale to za mało. Otóż jakieś 10 metrów dalej był pogrzeb, właśnie opuszczali trumnę i wszyscy się na mnie gapili.
Mogłam dziś zostać w domu.
Mój chłopak bardzo, ale to bardzo pierdzi. Niby naturalne, ale on perfidnie łazi po chałupie i co chwila wymusza pierda. Drażni mnie to. Owszem, uważam, że to naturalne, ale u nas w domu zawsze byliśmy uczeni pierdzenia na osobności o ile to możliwe. Zwracałam mu uwagę, ale on się śmiał.
Chciałam dać mu nauczkę. Dodałam zioła przeczyszczające do zupy i czekałam. No i jak idzie się domyśleć, trochę się przeliczył przy kolejnych pierdach... Na razie jest spokój, zobaczymy na jak długo. A anonimowo, bo oberwało się przyszłej teściowej, że niby zepsutą śmietanę dodała do zupy. Przykro mi, ale przecież się nie przyznam.
Lata temu moja znajoma Ala z mężem Witkiem i małą córeczką wybrała się na wczasy nad nasze morze. Ośrodek w lesie blisko plaży - kilkadziesiąt identycznych domków drewnianych. Poznali dość szybko małżeństwo z małym chłopczykiem, a wiec przyjaźń, bo to dzieciaki się razem bawią, no a dorośli mają trochę spokoju.
Rankiem wspólne wyjście na plażę. Po przejściu 100 metrów Wituś zauważył, że zapomniał kąpielówek, więc wrócił do domu w celu przywdziania takowych. Chwilę po jego odmaszerowaniu Ala zauważyła, że zapomniała kremu do opalania dla dziecka, wiec zostawiła córeczkę znajomym i też odmaszerowała.
Wchodzi do domku i widzi stojącego tyłem gołego i wypiętego męża podciągającego kąpielówki. Zaszła go po cichutku i brbrbrbrb... posmyrała... Faceta wyprostowało, odwrócił się błyskawiczne i... No właśnie... Okazało się, że to jest zupełnie obcy facet, bo Ala pomyliła domki... Bąknęła przepraszam i uciekła.
Wczasy ponoć miała ładne. Tylko te codzienne spojrzenia tego faceta przy obiedzie na stołówce...
Nienawidzę psa mojego partnera!
Dwa lata temu poznałam mężczyznę, z którym wkrótce biorę ślub, jednak największym problemem jest jego 4-letnia psina Bora. Jest rozpuszczona, nieposłuszna i nachalna i w dodatku naprawdę głupia. Niszczy wszystko co jest w stanie ściągnąć, wyjąć bądź dosięgnąć. Udało się dojść do kompromisu i za moją namową kupiliśmy klatkę, która zajmuje pół salonu, zamykamy Borę jak wychodzimy. Uważam, że klatka jest za duża, ale jestem w stanie ją zaakceptować, wiem, że i pies, i dom jest bezpieczny.
Spacer? Do niedawna jedynym jej celem było wyrwanie rąk osoby, która próbowała ją utrzymać na smyczy. Przepychanie się ze mną na schodach, bo ona musi kilka razy po nich wbiec i zbiec (wiele razy miałam obitą kość ogonową i siniaki po upadkach).
Plątanie się pod stołem podczas posiłków i wymuszanie resztek, mimo że naprawdę pilnuję, żeby nikt jej nic nie dawał, ona dalej wymusza, a jak nie patrzysz, to sama coś zdejmie ze stołu bądź blatu kuchennego.
Tarza się we wszystkim co śmierdzi i o ile rozumiem jej potrzebę i nie złoszczę się o to, tak wszelkie zabiegi kosmetyczne typu czesanie, kąpiel czy obcinanie pazurów to walka na śmierć i życie.
Partner mimo moich próśb dalej pozwala jej na spanie w łóżku, a ja zmęczona ciągłym uczuleniem na ciele przez psią sierść zamieniłam seksowne koszulki na zakrywanie całego ciała, grube skarpety i osobną kołdrę.
Wyjeżdżamy raz w miesiącu na kilka dni do naszego domku w górach, ale podróż z psem to koszmar. Bez tabletek na uspokojenie, które na dłuższą metę mogą źle wpłynąć, całą drogę piszczy, stęka i sapie, a kilka godzin wytrzymać w czymś takim to koszmar.
Takich "głupot" jest o wiele więcej, ale przez pracę, którą wykonuję w domu, czuję się na Borę skazana, bo cała opieka nad nią spadła na mnie.
Nie chcę nigdy kazać wybierać między nami, ale moje prośby o wprowadzenie dyscypliny i konsekwencji, godziny monologów, w których staram się tłumaczyć i wypracować kompromis pomiędzy naszą trójką kończą się olewaniem mnie.
Brakuje mi czasu z partnerem sam na sam, bo Bora zawsze wymusza pełną uwagę i ciągłe dotykanie.
Dbam o jej podstawowe potrzeby, niczego z mojej strony jej nie brakuje i nigdy nie podniosłam na nią ręki ani głosu (z wyjątkiem momentów, kiedy sytuacja wymagała stanowczego tonu głosu).
Powoli czuję, że nie dam rady, że jestem tylko niańką dla psa i kimś, kto ma zadbać o dom.
Powoli rozważam odwołanie ślubu...
Studiuję dziennie, mam dwie prace, jedna od poniedziałku do piątku, a druga w weekendy - ta praca wiąże się z wyjazdami, więc nie ma mnie w domu w każdy weekend... W dodatku, a raczej przede wszystkim, jestem mamą. Mój synek chodzi do podstawówki. Patrząc na mój grafik, łatwo się domyślić, że nie mam czasu na nic.
Już myślałam, że padnę gdzieś z wycieńczenia, a tu przyszła pandemia... Zdaję sobie sprawę z poczucia zagrożenia i robię wszystko, żeby moje dziecko było bezpieczne i ja też. Ale po prostu, tak po ludzku, cieszę się, że mogę zostać z nim w domu i na chwilę wylogować się z życia.
Mam siostrę bliźniaczkę, praktycznie obie jesteśmy identyczne z wyjątkiem jednego pieprzyka, ale jest on na zgięciu nogi i wielkości kropki flamastra.
Wykorzystywałyśmy naszą identyczność od zawsze w różne sposoby, nieraz oszukując, np. gdy siostra była na kacu, ja szłam za nią do pracy.
Ale to co opiszę miało miejsce, gdy miałyśmy 22 lata.
Siostra była w związku z Pawłem, planowali ślub.
No ale pewnego dnia jej najlepsza koleżanka robiła imprezę i szansa, że będzie tam jej były była aż za duża. A chłopak prawie doprowadził do rozstania z Pawłem, zatem Paweł byłby zły, gdyby siostra poszła, no ale przecież to jej najlepsza koleżanka...
To robimy zamianę - plan jest taki, że ja udaję siostrę wieczorem i rano niby idę do pracy, a tam wracamy do normy.
Plan zrealizowany, tyle że stało się coś nie tak.
Paweł wieczorem zamówił pizzę, wyciągnął wino i zaczął się przymilać.
Odmowa nie wchodziła w grę, bo siostra uwielbia te zabawy i odmawia tylko jak ma 40 stopni gorączki i jest nieprzytomna.
No i poszło. Na całość.
Po wszystkim Paweł powiedział do mnie "Było super" i wypowiedział moje imię...
Ja w szoku, ale zanim zareagowałam Paweł powiedział "Zdradził cię kleszcz, jakiego wczoraj wyciągałem z ręki twojej siostry, a ty nie masz tam ranki".
Obecnie są po ślubie, a to jest nasza tajemnica.
W związku z aktualnie panującą epidemią moja babcia bardzo się przejęła, że nie może do kościoła chodzić. Smutna taka chodziła po domu, widać było, że brakuje jej kazań księdza... No i zrobiło mi jej się szkoda. Gdzieś przeczytałam, że nasza parafia odprawia msze na Facebooku. Wzięłam laptopa, posadziłam babcię przed i pyk, leci seans.
Teraz od dwóch dni toczę z nią bój o komputer, bo babcia każe sobie szukać msze w innych kościołach i puszczać. Dodatkowo odkryła, że w internecie udzielają się księża i w przerwach od mszy czyta ich wypociny.
Jak żyć?
Szłam sobie przez miasteczko. Ja, kobieta 30 lat, która ma zdrowe oczy, wpadłam na mężczyznę niewidomego... On się wywrócił, a ja uciekłam. Ze wstydu.
Uchodzę za niedobrą i niemiłą osobę. Nie bierze się to bez przyczyny, bardzo często krzyczę oraz warczę na ludzi bez większego powodu. Poza tym jestem leniem, dlatego jeśli ktoś czegoś ode mnie wymaga lub poprosi o przysługę - ryknę bez serca "zaraz", w myślach mając zupełnie coś innego.
Moje myśli i moje ciało są jak dwa odrębne organizmy. Odkąd pamiętam, moje intencje czy zamiary nie miały połączenia z tym, co naprawdę się działo. Od dziecka nie miałam przyjaciół, bo choć myślałam o wszystkich serdecznie, traktowałam ich gorzej niż jak wrogów - pomimo że chciałam dla nich jak najlepiej, paradoksalnie. Prędko rodzina wyrobiła sobie o mnie zdanie jako o wyrodnym dziecku, które nikogo poza sobą nie kocha. Ileż kłótni w moim okresie dorastania było, że niemal ślina cieknie mi po brodzie, bo tak ujadam jak wściekły pies.
W głowie miałam spokój, serdeczność oraz wszystko mi się podobało. A moje ciało i ton głosu pokazywało, jak nienawidzę wszystkich i wszystkiego.
W czasie szkoły średniej uznałam, że moje zaburzenie może posiadać fachową nazwę. Nie miałam pieniędzy, by iść do profesjonalisty się sprawdzić, a szkolny psycholog czy inny publiczny z informowaniem rodziców zwyczajnie nie wchodził w grę. Pozostał mi internet i dowiadywanie się ile mogłam o moim być może schorzeniu. Tak naprawdę czytałam o wielu chorobach, bo w niejednej odnajdywałam jakąś cząstkę prawdziwej siebie.
W dorosłość weszłam "udając", że jestem miła. Próbowałam czynić dobrze, chwaliłam innych nie tylko w myślach, byłam pomocna, starałam się kontrolować swój naturalnie wściekły ton głosu, by brzmieć spokojnie i ciepło. Chciałam sama siebie naprawić i uznałam, że kto jak nie ja, weźmie nade mną władzę. W tym czasie zyskałam nawet kilku przyjaciół! Czułam się lepiej, nawet z rodzicami zaczęliśmy normalniej konwersować (choć później uznali, że jestem miła, bo czegoś od nich chcę).
Niestety teraz - czyli od dłuższego czasu niż kilka miesięcy - przez pracę, studiowanie, dużo wszechobecnego stresu i strachu, znowu nie potrafię wziąć się w garść. Prosiłam rodzinę o wsparcie finansowe, bym mogła iść do dobrego psychiatry, ale tak mnie podle wyzwali od symulantów, że odechciało mi się zapisać nawet na NFZ.
Dodatkowo odkąd opuściła mnie kontrola nad moimi zachowaniami - wszystko jest jeszcze gorsze i bardziej zaawansowane. Wychodzą ze mnie straszne rzeczy i czasem boję się, że komuś - nawet nieznajomemu - wyrządzę poważną, fizyczną krzywdę.
Był to dzień jak każdy, siedziałam sobie w domu i odpoczywałam. Nagle pisze do mnie ona i mówi, że mój partner mnie zdradza i jest z nią od paru miesięcy. Ja w szoku, nie chciałam wierzyć, ale ona daje dowody, a potem on sam się przyznaje. Nie mogę uwierzyć jak mógł mi to zrobić, zwłaszcza że byłam z nim w ciąży. Mówił, że nie wiedział jak to zakończyć, że mu głupio, że nigdy tak nie zrobi, błagał bym mu wybaczyła. Postanowiłam się z nim spotkać. Pogadałam z nim i po namyśle postanowiłam mu wybaczyć dla "dobra dziecka".
Nikt nie wie, że zrobiłam to dlatego, że ja też go zdradziłam, może nie fizycznie, ale jednak. Stało się to jak byłam na niego zła dłuższy czas. Wahałam się, czy mu o tym mówić, ale powiedziałam. Uznaliśmy, że nikomu nigdy nie powiemy o naszych skokach w bok i wychowamy razem to dziecko.
Taka oto tajemnica. Dziecko ma się dobrze, jest całe i zdrowe, a my uczymy się jak sobie ufać na nowo i żyć. Dwoje kłamców musi do siebie pasować.
Dodaj anonimowe wyznanie