Mój tata dwa lata temu był w bardzo kiepskim stanie, po szybkiej operacji okazało się, że to rak jelita z przerzutami. Stadium paliatywne, lekarz powiedział, że tylko cud mógłby go wyleczyć. Z dnia na dzień z mojego dużego i silnego taty stał się chorym, biednym człowiekiem. Z tatą mam bardzo silną więź od dzieciństwa, miałam razem z rodzeństwem wspaniałe dzieciństwo i nie wyobrażam sobie, że może go zabraknąć. Owszem, w przyszłości, gdy będzie już stary - tak, wiadomo, rodzice odchodzą. Jednak nie teraz, kiedy nie skończył 60 lat...
Tata przez te dwa lata dostaje chemię, znosi raz lepiej, raz gorzej, ale generalnie trzyma się dobrze, wszyscy są w szoku, jak silny ma organizm. Jednak ostatnio zaczął słabnąć... Prawdopodobnie to kolejne przerzuty. Mama nie ma już nadziei. Ja nie dam rady już funkcjonować. Przede wszystkim martwię się o niego, o to, co on czuje, jak to jest mieć świadomość odchodzenia w takim wieku... Przeraża mnie to, nie mogę sobie z tym poradzić, zwłaszcza że dotyczy to rodzica...
Chodzę podenerwowana cały czas, mam rodzinę, zaniedbuję ją uciekając w pracę, bo wszystko źle mi się kojarzy. Jedyną ulga jest rozmowa z rodzicami, kiedy wiem, że jeszcze żyją, że jeszcze ich mam. Tak bardzo chciałabym martwić się jego starością, Alzheimerem, przywarami wieku podeszłego za kilkanaście lat, jak większość dzieci... Niestety u mnie tego prawdopodobnie nie będzie. Ja mając 50 lat będę w połowie sama.
Chciałam się tylko wygadać, bo tak ciężko przechodzi mi przez usta powiedzenie tego komukolwiek znajomemu, nawet mamy nie jestem w stanie pocieszyć, nie odzywam się, nie mówię żadnych słów, bo ich nie znajduję.
Mam stwierdzony zespół Aspergera i pewien problem.
Zawsze chciałam mieć przyjaciół. Niestety próby nawiązania jakichkolwiek relacji były z góry skazane na porażkę. Kto by się chciał zadawać z żeńską kopią małego Sheldona Coopera (tylko znacznie mniej inteligentną)? Byłam raczej nielubiana w szkole. Potem trochę podrosłam i ostre prześladowania bardzo mnie zmieniły. Nauczyłam się maskować moje wady. Czasem się przyklejałam do różnych ludzi, z różnym skutkiem: albo mnie gwałtownie odrzucali, albo tolerowali mnie jako tako, ale nigdy nie pokazywali, że mnie jakoś specjalnie lubią.
Łatwo znajdywałam za to chłopaków, szybko jednak odchodzili, bo nie sądzili, że taka cicha i układna ja ma jakieś własne zdanie. Miałam takich kilku. Teraz na szczęście znalazłam całkiem miłego chłopaka, ale z nawiązywaniem przyjaźni nadal jest problem.
Niby „przyjaźnię się” ze znajomymi mojego chłopaka: poznaliśmy ich niby w tym samym czasie, ale to bardziej jego znajomi. Wiele razy pytałam chłopaka co mam robić, żeby inni mnie bardziej lubili, mówił, że przecież mnie lubią, a jeśli czuję, że nie, to powinnam być bardziej otwarta. Więc byłam: organizowałam imprezy, umawiałam się z własnej inicjatywy. Ludzie jednak traktowali mnie raczej chłodno. Pomyślałam, że jestem zbyt nachalna, więc przestawałam, ale wtedy nikt nie zwracał na mnie uwagi. Parę razy desperacko pytałam kilkoro moich znajomych z osobna co ze mną jest nie tak. Mówili, że nic takiego. Przecież jestem taka miła i okej. Podbudowywało mnie to na kilka dni, dopóki nie zauważałam, że nadal traktują mnie jak powietrze.
A najbardziej wkurza mnie Patrycja. Zachowuje się tak, jak ja w dzieciństwie. Liczy się tylko ona i jej zainteresowania. Nie przychodzi na jakieś wyjścia, odwołuje godzinę przed. Jak już przychodzi, to domaga się, by wszyscy robili to co ona chce, nie czuje przeszkód żeby powiedzieć, że jest nudno, jeśli inni czegoś robić nie chcą. Bywa złośliwa. Uwielbia obserwować dramy wśród znajomych, czasem sama je nakręca.
Mimo tych zachowań wszyscy ją uwielbiają. Niedawno miałam urodziny. Spędziłam je z chłopakiem, mało kto złożył mi jakiekolwiek życzenia. Teraz ona ma urodziny i nagle wszyscy nakręcili się, żeby urządzić jej przyjęcie niespodziankę po pandemii.
Anonimowe jest to, że jestem wściekła. Nikt na pewno by się ze mną nie zgodził, ale uważam, że ona nie zasługuje na to, by tak miło być traktowana. W zasadzie miałam nadzieję, że w końcu tak wszystkich wkurzy, że ludzie zaczną z nią rozluźniać kontakty, ale to raczej ja jestem na wylocie. Nie wiem co ona takiego robi, że wszyscy ją tak lubią, mam już tego serdecznie dość. Czasem mam wrażenie, że nieważne jak się będę starać, nigdy się nie wpasuję, jakby ciążyła na mnie jakaś klątwa.
W ubikacji mam szafkę, która czasem się mocno zatrzaskuje i jest problem z jej otworzeniem, ale już dawno temu znalazłem na to sposób i otwieram ją... widelcem. Jak szukałem czegoś, czego można by użyć do otworzenia zatrzaśniętych drzwiczek, to akurat w ręce wpadł mi widelec, a wiadomo jak to jest, skoro coś działa...
Ostatnio straciłem robotę, wiadomo jaka jest sytuacja, niezbyt ciekawe perspektywy, na szczęście mam oszczędności, żona pracuje, a i na pomoc rodziców mogę liczyć. Kumpel z byłej już pracy miał wpaść i mi przywieźć jakieś papiery i tak się złożyło, że przyjechał, jak ja akurat kombinowałem z otworzeniem szafki, bo żona coś z niej chciała. Słysząc pukanie, żona wpuściła kumpla do środka, ten wszedł, a ja po chwili wyszedłem z toalety z widelcem w ręku...
Nie wiem, co sobie w pierwszej chwili pomyślał, ale jego przerażonej i pełnej obrzydzenia miny nie zapomnę do końca życia :D
Moi rodzice zakupili do swojego domu witraże, które miały znajdować się na ostatnim półpiętrze domu. Gdy przyjechali panowie mój tata powiedział, żeby zaczekali, ponieważ musi zamknąć psa, który jest agresywny. Jeden z nich spojrzał na malutkiego pieska i się pyta "To ten york?". Tata mówi: "Tak, ale on tylko z wyglądu taki niepozorny". Pan od witrażu na to: "Daj pan spokój. Idziemy".
W połowie drogi słychać wrzaski. Wchodzę z pokoju i widzę, jak moja Dora wgryzła się w poślad jednego z nich i nie chce puścić.
Kilku znajomych niegdyś pokazało mi, że nie potrzebują alkoholu, żeby się dobrze bawić.
Kwarantanna pokazała mi, że nie potrzebuję wcale zabawy, żeby pić alkohol.
Zepsułem laptopa pod nieobecność mojej żony. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, może jakoś się wytłumaczyć, siadła do komputera i zaczęła się wściekać to na siebie, to na sprzęt. Była już tak rozdrażniona, że jedyne co z siebie wydusiłem to ciche "przepraszam". Jakoś nie połączyła faktów, ale w całym tym swoim agresywnym bycie zaczęła na mnie naskakiwać i dopytywać co zrobiłem, byłem autentycznie wystraszony, więc mruknąłem tylko "zjadłem ostatni kisiel w domu". Jestem tchórzem.
Jakiś czas temu wystąpiłem w telewizji jako uczestnik pewnego programu, w którym trzeba odpowiadać na różne pytania, aby zdobyć nagrodę pieniężną. Była to edycja charytatywna i kasa miała być przeznaczona na wsparcie dla szpitali dziecięcych. Stresowałem się bardzo i zarwałem parę nocy, szykując się do mojego występu „na żywo”.
Ostatecznie wszystko poszło bardzo dobrze i udało się zebrać sporo kasy na szczytny cel. Dodatkowo przeprowadzono ze mną krótki wywiad, podczas którego pozdrowiłem moją rodzinę i podziękowałem jej za wsparcie.
Szkoda, że tego nie zobaczyli. Cóż, mój tata oglądał akurat powtórkę ważnego meczu i nie chciał „przez jakieś tam pierdoły” przegapić ważnej bramki...
Za dzieciaka dużo pomagaliśmy rodzicom w pracach gospodarskich. Latem jednym z obowiązków było przygotowanie drzewa na zimę. Wiadomo, ojciec ciął i rąbał, a my woziliśmy taczkami do piwnicy i układaliśmy stosy pod ścianą przy piecu.
Któregoś dnia zabrałam się z bratem za wożenie wcześniej przygotowanej sterty. W pewnym momencie przyjechała do nas grupa przyjaciół, żeby wyciągnąć nas na boisko. Było nam przykro, ale musieliśmy odmówić wiedząc, że rodzice i tak nam nie pozwolą dopóki nie skończymy. Byłam pewna, że po prostu pójdą bez nas, ale oni odstawili rowery, chwycili za taczki i zaczęli ładować i wozić drzewo. Robotę, która zajęłaby nam pół dnia, wspólnie ogarnęliśmy w dwie godziny i pojechaliśmy na boisko.
I to są prawdziwi przyjaciele! Nigdy im tego nie zapomnę.
Jak myślicie, jak się czuje dziecko z patologicznego domu? Otóż chętnie opowiem.
Nie wiem dlaczego akurat mnie to spotkało, dalej się nad tym zastanawiam. Czytałam tutaj bardzo dużo takich wpisów jak mój. Po prostu muszę to z siebie wyrzucić po tylu latach.
Każdy dzień był jak piekło. W wieku 10 lub 11 lat (nie pamiętam dokładnie) była pierwsza sytuacja, bardzo traumatyczna jak dla dziecka. Rodzice pili przez całe moje dzieciństwo i właśnie ten jeden cholerny dzień zapamiętałam. Ojciec już kompletnie pijany wszedł do mojego pokoju i zaczął mnie dotykać, obmacywać... Tak, zrobił to... Mój własny ojciec. Nikomu o tym nie powiedziałam. Wstydziłam się tego.
Dzieciaki w szkole wyśmiewały się, bo byłam biedna, chodziłam zawsze w podartych ubraniach i niestety z higieną też było źle. W szkole mówili na mnie "Biedak" lub "Śmierdziel". Dzieciaki były okropne, zero zrozumienia. Nauczyciele mieli, za przeproszeniem, w dupie, w jakim jestem stanie. Lata dojrzewania były najgorsze. Moja pierwsza miesiączka była koszmarem. Wtedy był to ogromny temat tabu i nikt mi po prostu o tym nie powiedział.
Wszystkie pieniądze były wydawane na alkohol i inne używki. Czułam się niekochana. Mimo to nauka szła mi naprawdę dobrze. Lubiłam się uczyć. W liceum miałam już dość poważną anoreksję i wtedy nauczyciele poinformowali odpowiednie służby, a ja byłam w szpitalu przez dość długi czas.
Kilka lat później ojciec zapił się na śmierć, a matka popełniła samobójstwo. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa.
Teraz jestem już dorosłą, silną kobietą. Mam narzeczonego i dziecko w drodze, jednak cały czas się boję, że nie dam dziecku odpowiedniej miłości.
Dobrze, że mogę to wreszcie z siebie wyrzucić.
Jestem owocem zdarzenia, które nie powinno mieć miejsca. Moja mama była studentką 2. roku chemii, ojciec policjantem, mającym duże wpływy. Oczywiście, mama została na lodzie, urodziłam się ja i mama musiała zająć się mną, rezygnując przy tym ze studiów. Jako mała dziewczynka ciągle namawiałam mamę do powrotu na uczelnię, bo wiedziałam, że chemia była jej życiową pasją. Tak bardzo suszyłam mamie głowę, że w końcu zdecydowała się dokończyć swoje studia. Nie było jej lekko pogodzić wymagających studiów z pracą fizyczną, jednak mogła liczyć na moje wsparcie. Gdy udało się jej dostać pracę w szkole, znowu zaczął kręcić się obok niej mój ojciec. Jak można się domyślić, rok później urodził się Adaś, a mama znowu została sama z dziećmi.
Co w tym anonimowego? Uważam ją za totalne zero, idiotkę, która nie umie logicznie myśleć mimo analitycznego umysłu. Wstyd mi za matkę, dorosłą kobietę bez umiejętności racjonalnego myślenia. Przepraszam.
Dodaj anonimowe wyznanie