Jestem otyła i wiem o tym. Mam 154 centymetry wzrostu, więc generalnie łatwiej mnie przeskoczyć niż obejść.
Byłam gruba odkąd pamiętam. Liczę się z tym, że wiatr mnie raczej nie porwie i akceptuję ten stan rzeczy. Ale wiecie, czego nie akceptuję? Gadania wszystkich ludzi wokół.
Jakiś czas temu zarzucono mi, że robię sobie tatuaże. Tak, mam tatuaże. Tak, mam je na moim bebzonie. Ludzie najwyraźniej nie rozumieją, jak można ozdabiać takie grube ciało. Ano można, bo mam więcej miejsca na tatuaże niż inni.
Kolejna sytuacja - rok temu umówiłam się z koleżankami na basen. Wskoczyłam w strój, a one miały miny, jakby im się Jezus objawił i po wodzie w basenie chodził. Pod koniec dnia padł sarkastyczny komentarz: „szacun, że się nie wstydzisz”. To co miałam robić? Ubrać kombinezon narciarski na basen?
Ludzie mają problem z ludźmi grubymi - takimi jak ja. Ja mam te uszczypliwe komentarze w mojej wielkiej dupie, ale jeśli myślicie, że nie widzę waszych spojrzeń i żartów to was rozczaruję: WIDZĘ.
Celem mojego życia nie jest bycie Miss Polonia. Ja to wiem, wszyscy wokół to wiedzą, a mam wrażenie, że i tak moje otoczenie ma z tym problem.
Ubiorę prześwitującą, błyszczącą bluzkę na imprezę? Usłyszę multum komentarzy na jej temat, mimo że koleżanka obok ma na sobie podobną. Wcisnę dupsko w legginsy na siłownię i zrobię sobie zdjęcie na insta? Od razu pada komentarz w stylu „gratuluję odwagi”. Jadę ze znajomymi nad jezioro i przebiorę się wieczorem w strój, dobrze się bawiąc? „Wow, ty to masz jaja!”. Do tego dochodzą dociekliwe pytania moich koleżanek o moje życie seksualne.
Jak idziemy na miasto i zamówię sobie frytki, to czuję się jak Beyonce (i wcale nikt mnie nie przyćmiewa błyszczącym garniturem). Spojrzenia wszystkich są kierowane w moją stronę, bo gruba typiara JE.
Bilansy zdrowotne były masakrą. Po oględzinach mojego ciała zawsze padały pytania o dietę. I co miałam mówić? Że mam trzy diety, bo jedną się nie najadam?
Puenta jest taka: dziwi mnie, że ludzie przejmują się moją nadwagą bardziej niż ja sama. Dziękuję, że wstydzicie się moich fałd dobrobytu na basenie, bo dzięki wam sama nie muszę tego robić. Ale pamiętajcie, że nie wszyscy mają „JAJA”! Akceptujcie się nawzajem i nie róbcie przytyków osobistych innym, którzy są grubsi/chudsi niż wy! Skupiajcie się na sobie!
Będzie obrzydliwie.
Spotkaliście się kiedyś z sytuacją, kiedy było Wam tak głupio z powodu wtopy innego człowieka, że byliście w stanie zrobić wszystko, żeby to jemu nie było głupio?
Ja radośnie pluskałam się w wannie z kupą mojego wtedy jeszcze przyszłego faceta. Brzmi obrzydliwie, nie? A jak jeszcze dodam, że uprawialiśmy tam seks?
Tak naprawdę wciąż się łudzę, że wanna była czysta. Zacznę od początku, żeby choć trochę się usprawiedliwić.
Zaprosiłam go do siebie na kolację z dużą ilością wina. Wpadliśmy na pomysł, żeby wziąć razem kąpiel, on usiadł na brzegu wanny. A kiedy wstał, żeby do mnie dołączyć, zauważyłam coś brązowego. Wyglądało kupopodobnie, ale on nic nie zauważył, ja udawałam, że nic nie widzę i wróciliśmy do picia wina oraz innych przyjemności.
Ale tak naprawdę w mojej głowie był chaos, cały czas patrzyłam na ten zbrukany brzeg wanny, modliłam się, żeby woda, w której się kąpiemy przypadkiem go nie musnęła, wmawiałam sobie, że to nie może być kupa. Sytuacja robiła się coraz bardziej gorąca, ale wiedziałam, że po prostu muszę to przetrwać, znaliśmy się raptem dwa tygodnie, zależało mi na nim, wieczór był naprawdę udany do momentu kuponiespodzianki i no kurde typ się raczej mył, więc to jakaś niefortunna wpadka.
To był najbardziej żenujący moment w moim życiu. Czułam się tak, jakbym to ja zostawiła tę brązową smugę na wannie. I przez dłuższy czas czułam do siebie obrzydzenie, bo jakby na to nie spojrzeć, uprawiałam seks patrząc na resztki kupy na mojej wannie. Miałam traumę przez jakiś miesiąc, ale było warto, bo przeżyłam fantastyczne dwa lata u boku tego człowieka i nigdy, przenigdy nie dowiedział się o tej gównianej sprawie.
PS Nie doszłam.
PPS Tuż po kąpieli poszliśmy się położyć, ale nie zmrużyłam oka, bo cały czas myślałam o tej zasranej wannie, w końcu wstałam jakoś po 4 rano, założyłam gumowe rękawice i zmyłam to zaschnięte już gówno.
Odeszłam od męża. Zabrałam kilkuletnie, małe dziecko, wynajęłam mieszkanie, które urządziłam w miarę po swojemu, by stworzyć maluszkowi ciepły i spokojny dom pełen radości.
Niestety tęsknię za mężem - pierwsze tygodnie po odejściu to był istny koszmar, nie sądziłam, że człowiek może znieść taki tępy ból emocjonalny.
Teraz, po kilku miesiącach oddzielnego mieszkania, z każdym dniem mam wrażenie, że wręcz coraz bardziej brakuje mi tchu z tęsknoty. Otacza mnie poczucie beznadziei i głębokiego smutku, zwłaszcza że mąż już chyba zupełnie pogodził się z naszym rozstaniem i zniknął z mojego życiowego horyzontu, poza spotkaniami z maluchem.
I teraz anonimowa cześć wyznania - jestem od męża uzależniona. Od roku chodzę na terapię dla ofiar przemocy psychicznej i fizycznej. Odeszłam z dzieckiem, bo mąż dosłownie równał mnie z podłogą za brak właściwego obiadu czy źle ustawione buty.
Po ucieczce z domu, w którym mieszkaliśmy (gdy wyszedł do pracy - tak jak staliśmy z dzieckiem opuściliśmy dom do przygotowanego wcześniej mieszkania), mąż zgotował mi prawdziwe piekło na ziemi. Śledził, zastraszał, przeszukiwał śmieci, wdzierał się do mieszkania, manipulował dzieckiem i „bombardował” przy tym zarówno agresją, jak i miłością oraz wzbudzaniem we mnie poczucia winy za zniszczenie „naszego” życia.
Wszyscy myślą, że już otrząsnęłam się z tego koszmaru, a ja mimo terapii i pełnej świadomości, że odejście od niego było jedynym sposobem na spokój mój i dziecka, to tęsknię za mężem każdą komórką mojego ciała...
Kobiety i dziewczyny - uwolnienie się z toksycznego związku to jedna z najtrudniejszych dróg, jaką można przejść. Gdy brakuje Wam tchu z absurdalnej tęsknoty za oprawcą, za idiotycznym poczuciem „stabilizacji i bezpieczeństwa” jakie Wam dawał. Gdy nie składacie doniesienia na policję, bo nie chcecie JEGO skrzywdzić i „zdradzić”.
Nie rezygnujecie z terapii po odejściu od tyrana. Oni uzależniają gorzej niż heroina i równie mocno niszczą :(
Nienawidzę siostrzenicy mojego partnera. Za każdym razem gdy musimy jechać do rodziny męża krew mnie zalewa od samego myślenia o tym potworku.
Kasia ma 5 lat. Jest tak niesamodzielnym, niekreatywnym i atencyjnym dzieckiem.
Jak idzie się załatwić, to informuje o tym całą rodzinę, nie dlatego, że to dzieciak i po prostu tak mówi, tylko dlatego, że czeka aż ktoś jej podetrze tyłek. Nawet wody po sobie nie spuszcza. To dziecko chodzi do przedszkola i wraca z brudnym tyłkiem do domu. Notoryczne wchodzenie komuś do łazienki, szarpanie za klamkę i pytanie, które pada 10 razy "a co robisz w łazience?". SRAM.
Nie je nic prócz ziemniaków. Jak nie ma ziemniaków, nie ma obiadu. Nawet parówki sobie ani jogurtu nie weźmie, bo - uwaga! - nie umie.
Próbowałam z nią rysować, tak jak mnie się uczyło w domu - kilka kresek, kropek i że jest buzia. Obraziła się na mnie za to, że powiedziałam, żeby sama spróbowała narysować kwiatka, bo nie będę tego cały czas robić. Foch był taki, że rzuciła kredkami i wyszła z pokoju. Nawet kolorowanki robi zgodnie z obrazkiem na okładce książeczki lub z kolorami z internetu. Jej wieczna odpowiedź, gdy ktoś prosi ją, żeby spróbowała coś zrobić, to "ALE JA NIE UMIEM" i płacz. Niejeden raz próbowałam o tym rozmawiać z mężem i był poruszany temat, że ja w taki sposób naszych dzieci nie wychowam, bo to robienie kaleki. Ale mój wybranek życia nie widzi w tym najmniejszego problemu, jego odpowiedzą za to jest, że to dziecko. Tak, dzieckiem jest, ale 5-letnim, takim, które już powinno rozumieć kilka rzeczy i potrafić wykonywać najprostsze czynności.
Wiem, że to kwestia wychowania, ale ja nie mam zamiaru niańczyć rozkapryszonej gówniary, kiedy bratowa mnie o to poprosi.
Mój ojciec raczej nie nadąża za technologią, dlatego zakupy internetowe, przelewy, a nawet włączenie Netflixa na telewizorze powierza mi. Tak też było ostatnim razem - pomagałem mu wybrać i kupić zestaw narzędzi przez moje konto na Allegro.
Przesyłka trochę się opóźniała, a mój staruszek zaczynał coraz bardziej się denerwować, więc żeby go uspokoić, wszedłem w historię zamówień, żeby pokazać mu śledzenie przesyłek. Zupełnie zapomniałem o męsko-męskich zabawkach dla mnie i mojego chłopaka, które znajdowały się na liście i które niestety oboje zobaczyliśmy w momencie, gdy otworzyłem zakładkę. Tatę jakby zmroziło, wstał od komputera z kompletną pustką w oczach i od tego czasu nie odzywa się do mnie.
Planowałem mu powiedzieć, ale nie w taki sposób.
Odkąd pamiętam mam fobię przed publicznymi toaletami. Zawsze wyobrażam sobie, że jest to miejsce brudne, pełne podglądaczy i narkomanów. Podejrzewam, że to efekt obejrzenia za młodu pewnego filmu, w którym była jakaś mocna, „toaletowa” scena. Parę dni temu jednak nie wytrzymałam. Akurat jechałam samochodem i tak bardzo chciało mi się lać, że odłożyłam moje obawy na bok i zatrzymałam się na pierwszej stacji benzynowej, jaka napotkałam.
Wpadłam do kabiny i przez dobre dwie minuty opróżniałam zawartość mojego pęcherza. Gdy skończyłam, pomyślałam sobie „No i co, głupia babo? Nie było tak strasznie...”. I wtedy usłyszałam głośne „A kuku!”. Spojrzałam w górę i ujrzałam dwa rumiane łebki brodatych meneli zerkających na mnie znad przegród rozdzielających kabiny. Wybiegłam stamtąd w popłochu, po drodze potykając się o stand z okularami słonecznymi i wpadając na jakąś starszą panią, która wchodziła na stację.
Nigdy więcej nie wejdę do publicznego kibla! Nigdy!
Ostatnio puściłem w obieg po firmie pendrive'a z plikami potrzebnymi do wewnętrznego egzaminu. Dzisiaj do mnie wrócił i znalazłem na nim folder z naprawdę chorymi filmami dla dorosłych. Cały problem polega na tym, że nie mogę sobie przypomnieć, czy to ja je tam umieściłem...
To były lata 80.
Miałam może z 6-8 lat, chodziłam wtedy do cioci, która miała dom bez toalety, tylko taka wygódka na zewnątrz zbita z desek.
Ciocia miała psa, z którym bawiłam się na podwórku, kiedy moja mama kawkowała.
Co w tym anonimowego? Kiedyś zachciało mi się siku, ale w kibelku śmierdziało, więc ściągnęłam majtki w kącie podwórka i jak skończyłam... Jak by to powiedzieć?
Pierwszą minetę w moim życiu zrobił mi pies... a dokładnie suka.
Historia dzieje się na przestrzeni ostatnich 30 lat. Dokładnych ram czasowych nie podam ze względu na anonimowość.
Mieszkałem w małym mieście, gdzie każdy znał każdego. Miałem wtedy 18 lat i miałem w tamtym roku pisać maturę. Pochodziłem z rodziny rolniczej, ale szanowanej w mieście. Uczyłem się bardzo dobrze i byłem bardzo lubiany. Trzymałem się z dziećmi z bogatszych rodzin, w tym z córką burmistrza. Chcieliśmy przed maturami jeszcze ostatni raz się razem napić i pobawić. Impreza była udana aż do następnego dnia. Zgarnęła mnie policja. Oskarżenia o gwałt na córce burmistrza podczas tej właśnie imprezy. Tylko że ja nigdy nie uprawiałem seksu, na dodatek piłem bardzo mało i wszystko doskonale pamiętam. Przed sądem próbowałem się bronić, ale wszyscy znajomi z imprezy zeznali przeciw mnie. Postępowanie szybko się skończyło, a ja trafiłem do więzienia. Z tego co wiem, to aby zatuszować sprawę w mieście to burmistrz i moi rodzice rozsiali mnóstwo wykluczających się plotek.
Matury nie napisałem, a w więzieniu pierwsze lata pobytu były piekłem. Dopiero po kilku latach udało mi się wkupić w łaski jednego z osadzonych - starszego człowieka, który kierował bardzo dużą mafią w moim województwie. Byłem jego chłopcem na posyłki i od brudnej roboty. Polubiliśmy się, bo w przeciwieństwie do innych osadzonych ja miałem ambicje - przynajmniej on tak twierdził.
W końcu mogłem opuścić więzienie jeszcze przed zakończeniem wyroku. Czekali na mnie rodzice, aby powiedzieć mi, że mam ich nie odwiedzać i nie kontaktować się z nimi na wolności, ani z nikim z rodziny. Podczas pobytu w więzieniu jedynie babcia do mnie pisała, ale rodzina skutecznie odwiodła ją od tego. Zostałem sam na wolności, jednak dzięki znajomościom z więzienia udało mi się szybko dostać legalną pracę, mieszkanie i pieniądze (oczywiście wszystko jako mafijna przysługa).
Po jakimś miesiącu odezwał się stary znajomy z tamtej paczki szkolnej. Chciał pogadać. Nauczony doświadczeniem i uzbrojony w dobre rady postanowiłem nagrać naszą rozmowę, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Okazało się, że córka burmistrza na tamtej imprezie przekonała wszystkich do zeznawania przeciw mnie, bo bała się, że zdam maturę lepiej od niej, a ona MUSI być najlepsza. Rozmowa się nagrała. Zaszantażowałem znajomego do wyciągnięcia zeznań od córki burmistrza. Zeznania też dostałem. Znajomości i pieniądze pozwoliły mi na zatrudnienie najlepszego prawnika i pozwanie wszystkich znajomych z paczki szkolnej. Wszyscy poszli siedzieć za poświadczenie nieprawdy i kilka innych rzeczy. Mnie uniewinniono, dostałem odszkodowanie, a były burmistrz i kilka innych osób również otrzymało wyroki za nadużycie swojej władzy.
Rodzina chciała się pojednać, ale nie pozwoliłem na to. Teraz mam firmę, rodzinę i studia. O szczegóły pytajcie w komentarzach - limit znaków.
Z moim mężem byłam razem 8 lat. Mój mąż często wyjeżdżał w delegacje. Taka praca. Jednak coraz częściej w nie wyjeżdżał i coraz później wracał do domu.
Ostatnio stwierdziłam, że zapytam się jego szefa, dokąd tym razem mój mąż wyjechał (nie powiedział mi wcześniej). A on ze zdziwieniem stwierdził, że od dłuższego czasu nigdzie nie kazał mu wyjeżdżać (!?).
Okazało się, że mąż mnie zdradza. Załamałam się... Ale stwierdziłam, że nic nie powiem. Wyczaiłam gdzie ta jego "kochanka" mieszka, wzięłam wszystkie jego rzeczy, i brudne, i zwykłe. Pojechałam do niej, zostawiłam je tam z karteczką, że jeśli przejmuje moje przyjemności, to przejmie też moje "nieprzyjemności".
Gdy mąż wrócił do domu, zrobiłam mu aferę roku i kazałam się wynosić. I wyniósł się.
Mam nadzieję, że na zawsze... A ja póki co siedzę z moim kotem i oglądam seriale na Netflixie.
Dodaj anonimowe wyznanie