W teorii, mam idealnego faceta.
Zacznę może od tego, że raczej nigdy nie miałam problemów z pewnością siebie ani z samooceną. Gdy poznałam Tomka (imię zmienione), dogadywaliśmy się świetnie, wkrótce zostaliśmy parą. Przed rozpoczęciem związku Tomek sprawiał wrażenie faceta marzeń - przystojny, inteligentny, z szacunkiem do kobiet, bardzo dobrze wykształcony itp. Gdy zaczęliśmy być razem, miałam wrażenie, że od teraz wszystko będzie idealnie i wszystkie koleżanki mi zazdrościły.
I pewnie myślicie, że w ciągu dalszym historii okaże się, że tak naprawdę Tomek miał drugie oblicze. I właśnie problem polega na tym, że nie. Tak naprawdę przy bliższym poznaniu jeszcze zyskał...
Bardzo przeszkadza mi poczucie, że jestem od niego gorsza w absolutnie wszystkim. Tomek ma świetną pracę, która w dodatku wymaga od niego obycia w towarzystwie, wykształcenia oraz bycia reprezentatywnym. Zna biegle języki, gra pięknie na wiolonczeli, jest wysportowany, świetnie gotuje, no i naprawdę, można tak wymieniać w nieskończoność. Jeszcze do tego jest skromny :/ To też nie jest tak, że jestem jakaś najgorsza - wydaje mi się, że trzymam poziom - mam swoje pasje (uczę języka francuskiego i pasjonuje mnie kultura Francji) i staram się dotrzymywać mu kroku, ale, jak patrzę na to obiektywnie, to mam wrażenie, że jestem po prostu "kilka klas niżej". Nawet z tego, co jest moją pasją, Tomek jest lepszy - o wiele lepiej mówi po francusku i jest bardziej elokwentny, więc o kulturze i moich hobby potrafi opowiadać ciekawiej i z większymi szczegółami. Gdy wspólnie zapisaliśmy się na kurs hiszpańskiego, po semestrze nauki był na tyle lepszy ode mnie, że nauczycielka zasugerowała osobne lekcje - dla mnie 3 razy w tygodniu, a dla Tomka - 1, żebyśmy "szli równo". Już nie wspomnę, że uczyłam się o wiele więcej niż on...
W dodatku, to nie jest tak, że on daje mi jakiekolwiek powody do tego, żebym się czuła gorsza. Wręcz przeciwnie. Gdy podzieliłam się z nim moimi wątpliwościami (tak, tak, w komunikacji w związku i w empatii też jest lepszy ode mnie), mówi, że kocha mnie nie za moje osiągnięcia tylko za to jaka jestem. W dodatku, bardzo mnie wspiera, jak mam jakieś pomysły, które chciałabym realizować, zawsze otrzymuję ogrom wsparcia, zarówno od niego, jak i od jego rodziny.
Mam wrażenie, że nie pasuję do jego świata, jest mi po prostu czasami wstyd, jak na przykład zamiast pójść z Tomkiem do filharmonii i jego znajomymi, wolałabym zostać w domu i obejrzeć serial, albo zamiast jechać na tour po zamkach w Hiszpanii po prostu przez tydzień odpocząć nic nie robiąc. No i jak mówię o tym Tomkowi, to zawsze szukamy kompromisu, albo wychodzi na moje i potem mam poczucie winy, że nie zrobił tego, co chciał, w dodatku w ogóle mi nie ma tego za złe... A on ma o wiele większy potencjał niż ja i może powinnam się z tym pogodzić, a nie go hamować.
To zdarzenie prześladuje mnie do dziś. Zakorzeniło się jak nowotwór. X lat temu bylem w friendzonie (przynajmniej tak myślałem). Ot paczka przyjaciół - jak z "młodzieżowych" filmów. Było lato. Skończyliśmy liceum, każdy się cieszył i snuł plany na przyszłość. Padały pytania typu "na jakie studia pójdziesz?". Nie zamierzaliśmy zrywać kontaktu, raczej każdy chciał studiować w tym samym mieście. Moja "ukochana" interesowała się tym samym kierunkiem co ja, wiec zamierzaliśmy iść razem, bo wiadomo razem raźniej.
Zaczął się rok akademicki. Studiowałem z moją przyjaciółką, którą po kryjomu kochałem (nazwijmy ją Dalia). Z pozostałymi utrzymywaliśmy taki sam kontakt (wiadomo, egzaminy itp. uniemożliwiały nam częste spotykanie się, ale mieliśmy taką "tradycje", iż zawsze w piątki przychodziliśmy do pewnej knajpy. W taki jeden z piątkowych wieczorów, Dalia zaprosiła nas na swoje urodziny. Mieliśmy być tam tylko my, najlepsi przyjaciele. Oczywiście każdy zobowiązywał się przyjść. Urodziny miały się odbyć za tydzień. Umówiłem się z moim kolegom, (nazwijmy go Adam), że pójdziemy razem wybrać jakiś prezent dla niej, bo według jego mniemania lepiej ją znam itp. Gdy wybraliśmy już prezenty poszliśmy coś zjeść. Trochę się posiedziało przy piwie, więc natchnęło mnie, aby powiedzieć swojemu przyjacielowi o moich uczuciach. Wsparł mnie ciepłym słowem i stwierdził, że muszę się przełamać i po prostu jej to powiedzieć. Jesteśmy przyjaciółmi, więc nawet jeśli nie odwzajemniała by uczuć, raczej nie skończyłoby się na rozstaniu. Mój kolega wiele razy mówił od rzeczy ale to naprawdę podniosło mnie na duchu.
Nastał dzień urodzin. Daliśmy jej prezenty i ogółem dobrze się bawiliśmy. Na sam koniec imprezy zrobiłem to, co zamierzałem. Wyjawiłem jej wszystko co czułem. Przez chwilę ją chyba zatkało, ale już po chwili się całowaliśmy - odwzajemniała uczucia. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Odetchnąłem z wielką ulgą. Długo dusiłem swoje uczucia, praktyczne od początku liceum. Zostaliśmy parą, niedługo wyjawiliśmy to pozostałym, zaraz potem był nasz wspólny "pierwszy raz".
Minął miesiąc. Wypadek. Szpital. Zgon. Zamordowałem ukochaną. W rzeczywistości jakiś baran zajechał nam drogę - był pijany, mieliśmy dachowanie. Wtedy jednak myślałem inaczej... Na początku nie docierały do mnie słowa, nie wierzyłem w to. Po prostu nie mogłem. Niedawno byłem taki szczęśliwy, a teraz taki ból. Odbył się pogrzeb, a życie powoli wracało do normalności, choć nie dla mnie. Przyjaciele starali mi się pomóc. Przychodzili z odwiedzinami, ale ja byłem oschły. Nasze spotkania piątkowe stały się przyszłością, nikt nie miał ze mną kontaktu. Ja sam popadłem w depresje. Na szczęście zawsze mogłem liczyć na swoich przyjaciół i rodzinę. Po wielu zmaganiach wyszedłem z depresji i stałem się na ogół zwykłym człowiekiem. Jednak dalej pozostała we mnie pustka.
Dziś mija kolejna rocznica. A ja od tygodnia płaczę. Nie da się zapomnieć tak silnego uczucia. Tak silnego smutku. Kochałem ją...
Odegrałam rolę narkomanki/prostytutki w paradokumencie.
Niedługo po emisji programu moi rodzice otrzymali telefon od wujka. Powiedział, że w tym roku zaprasza ich na święta beze mnie. Z jakiego powodu? Ano z takiego, że skoro ku*wą jestem, to nie powinnam chwalić się tym w telewizji. I że ku*wa ku*wą pozostanie, ale on nie chce widzieć prostytutki i narkomanki przy stole. Moi rodzice byli zszokowali. Próbowali wyjaśnić nieporozumienie.
Okazało się, że wujek myślał, że historia z paradokumentu jest prawdziwa. Nadal tak myśli, a my spędziliśmy święta samotnie.
To było dokładnie dwa lata temu w II klasie Technikum. Dzisiaj już jestem w trakcie matury, skończyłam ostatnią klasę, ale wspominam to ze znajomymi. Zbliżał się koniec roku, chciałam mieć 5 z PO, a to oznaczało, że musiałam mieć zrobione ćwiczenia. Wszystkie co do jednego.
Wszyscy byli wczuci, robili je tak, jakby od tego zależało ich życie. A inteligentna moja osoba powiedziała oczywiście, że nie ma co się spinać ani stresować, bo przecież gościu tego nie czyta. No i przyszło mi to udowodnić.
Pisałam tam stek bzdur. Jedno mi utkwiło w pamięci do dzisiaj. Pytanie brzmiało coś w stylu: "Co robimy, kiedy ranna osoba nie oddycha?". Oczywiście odpowiedz powinna brzmieć, ze masaż serca, bla bla. A ja na to, że w tym wypadku trzeba dzwonić po zakład pogrzebowy i do ich przyjazdu masować osobie rannej stopy.
Miny osób z klasy, kiedy dostałam 5 - BEZCENNE!
Nie wiem czy ktokolwiek pisał takie wyznanie ale wydaje mi się, że czytałam coś takiego. Chciałabym napisać o tym bo nie rozumiem dziwnego podejścia ludzi wobec tego, że można mieć inne upodobania.
Nie lubię dzieci. Bardzo.
Nie rozczula mnie bobas, nie śmieszy ich nieporadność, nigdy nie czuję radości widząc zdjęcie dziecka, męczę się w ich obecności i nie mam zupełnie ochoty się nimi zajmować, mam nawet momenty, że czuję do niż "odrazę".
Gdy ludzie pytają mnie o coś w stylu:
"Fajna/y dziewczynka/chłopiec?" - to staram się być szczera i odpowiadam, że "dziecko jak dziecko" bez udawanej ekscytacji. I wtedy się zaczyna sesja:
- Przecież dzieci są słodkie,
- Będziesz mieć swoje to zobaczysz,
- Zobacz jaki/a uroczy/a etc...
Kurde, serio, nie chcę udawać, że lubię coś, czego (kogo) nie lubię.
Wiem, że też byłam dzieckiem ale nie miałam zbytniego wyboru, bo nie rodzimy się dorośli, jednak szanujcie poglądy rodziny i znajomych jeśli oni szanują Wasze.
Znajomy prowadzi naukę jazdy. Czekał koło swojego ośrodka szkolenia na kursanta. Zazwyczaj bywało tak, że jazdy miał ten kursant razem z kimś jeszcze i godzinie się zmieniali. Tego dnia akurat ten kursant nie miał mieć dodatkowego pasażera, więc instruktor rzucił tylko "Dzisiaj jedziesz sam" i na chwilę zostawił chłopaka, bo zapomniał czegoś z biura.
Niestety chłopak hasło JEDZIESZ SAM odebrał dosłownie. Odpalił samochód i odjechał, a instruktor gdy wrócił szybko zawołał wspólnika i ruszyli w pościg.
Nie każdy nadaje się na rodzice. Tak po prostu.
Mam dwie siostry i brata. Pochodzimy z rodziny patologicznej, alkohol, przemoc psychiczna (chociaż i fizyczna się zdarzała, kiedy ojciec złamał mamie rękę, etc.). Wszyscy w rodzinie wiedzieli, nikt nic nie zrobił. Rodzice nie są źli do szpiku kości, wiele rzeczy im zawdzięczamy, tak samo jak wiele rzeczy schrzanili. No ale nie o tym jest ta historia.
Moje rodzeństwo i ja jesteśmy już dorośli. Między 25-40 rokiem życia. Nikt z nas nie ma partnera, dzieci. Dlaczego? Nie wiem, może mamy za duże wymagania, może nie spotkaliśmy "tej" osoby, może mamy problemy, których nie potrafiliśmy jeszcze przepracować i to w jakiś sposób utrudnia nam znalezienie miłości, who knows.
W każdym jesteśmy w miarę szczęśliwi, tak myślę. Studiujemy, pracujemy, jeszcze tylko najmłodsza siostra mieszka z rodzicami.
Na stare lata trochę się uspokoili, więc czasami do nich przyjeżdżamy, rzadko bo rzadko, ale jednak. W każdym bądź razie wizyty te zawsze kończą się jedną wielką awanturą.
O co? Właśnie o to, że nikt z nas nikogo nie ma.
Zawsze jak przyjeżdżamy to ciągle wysłuchujemy tylko, że przynosimy wstyd rodzinie, rodzicom, że wszyscy kuzyni/ki pożenieni, że dzieci, że mają super prace i domy, a my nikogo. Brat oczywiście zawsze wyzywany jest od ciot, a my na pewno musimy być wszystkie lesbijkami, bo jak to możliwe, że żadna nie ma męża. A dzieci? Dzieci już powinniśmy mieć wszyscy gromadkę, bo kto odziedziczy po nas majątek i nazwisko?
Siostra powiedziała ostatnio, że ma gdzieś co się stanie po jej śmierci. Będzie miała ochotę zapisać wszystko schronisku albo siostrom zakonnym, to tak zrobi i nikomu nic do tego, co zrobi ze swoimi pieniędzmi i innymi dobrami. Ojciec oczywiście w ryk, że taaa, pewnie, wszystko przypadnie w udziale Madziuni (kuzynce, z którą nikt z nas kontaktu nie ma, a której rodzice wyjątkowo nie lubią) i jej bachorom, bo my jesteśmy wszyscy chory i do niczego w życiu nie doszliśmy i nie dojdziemy.
Przykre to bardzo.
O moim smutnym uświadomieniu.
W wieku lat 14 pojechałam z rodzicami nad morze. W pewnym momencie szłam sobie za nimi i nagle coś do mnie dotarło. Wszystko zaczęło wydawać mi się nierealne. Wpatrywałam się w nich i nie mogłam uwierzyć, że oni są moimi rodzicami. Wtedy dotarło do mnie, że to w czym żyję, to musi być iluzja. Matrix (nie oglądałam wcześniej tego filmu, ale znałam te koncepcję). Od tego czasu żyłam sobie spokojnie, wiedząc, że przecież tak naprawdę mnie tu nie ma.
To wszystko musi być iluzją. Czasem o tym zapominałam i wczuwałam się w jakąś sytuację, a potem znów miałam atak. W sensie to nie atak atak. Ale bardziej uświadomienie, że wszystko jest nierealnie. Obracałam się wtedy dookola i widziałam jak bardzo nierealistycznie wyglądają np.: promienie słońca itd. Czasem nazywałam ludzi w myślach idiotami. Jak oni śmią sądzić, że to w czym żyjemy to jest prawda? To oczywiste, że nie.
I potem przeczytałam coś o derealizacji. I pomyślałam, że to na pewno nie o mnie. Przecież ten świat na pewno nie istnieje. Zresztą upewniałam się w tym czytając. Znacie może teorie Platona o jaskini?
Ale w końcu naprawdę do mnie dotarło, że to jest choroba. Ostatnio nawet w ciągu dnia zastanawiam się czy jestem w śnie, a w snach (często mam świadome), myślę, czy jestem na jawie.
Nie ma puenty, ale na pewno się wybiorę do psychiatry, bo mam dosyć przeżywać życia, jakbym była pijana bez procentów.
Od ok. 3-4 lat pracuję na umowach śmieciowych, u kilku szefów i szefowych z różnorodnych miast jako głównie copywriter, edytor, opiekun bloga czy Instagrama, itd. Toteż zanim ustalono kwarantannę, już siedziałam i pracowałam w domu. Wszelkie uwagi docierają do mnie zawsze na komunikatorach, mailowo i telefonicznie, czasami wideoczat jak trzeba omówić coś więcej.
Kilka dni temu jeden z pierwszych szefów, który jest z miasta obok mnie (to była jedyna rekrutacja twarzą w twarz, z resztą ludzi fizycznie się nie spotkałam), zadzwonił na Skype. Mieliśmy ustalić jakie teksty SEO zrobimy firmie, która dopiero co weszła na rynek i potrzebuje przebić się trochę w wyszukiwarce. Zwykle przy takiej okazji spotykaliśmy się na jakiejś kawie, ale że ma małe dziecko, to nie chciał ryzykować. Na początku niczego niezwykłego nie zauważyłam, miałam jego twarz na całym ekranie i oboje robiliśmy notatki, dyskutując o wspólnych pomysłach.
W pewnym momencie zajarzyłam, że coś od czasu do czasu się błyska na monitorze. Spoglądam, ale niczego podejrzanego nie widzę. Pomyślałam, że z okna promienie słoneczne mu biją, a że w tle miał wyrko z lustrami na ścianie i pokaźnym sprzętem domowej siłowni stwierdziłam, że to przez to. Ale kiedy przyjrzałam się tym lustrom i wszystkim rozświetlonym metalowym sprzętom, dojrzałam jego żonę w cekinowej sukience. Pod biurkiem. Robiącą szefowi dobrze.
Zatkało mnie, czułam się bardzo niekomfortowo. Widziałam to wszystko i nie wiedziałam, co mam zrobić. Był skupiony na notatkach, praktycznie cały czas pochylony nad kartką papieru, jego głos był opanowany i spokojny. Taki jak zawsze.
PS.
Doszłam razem z nim. Obojgu nie drgnęła nam nawet powieka.
Jestem kobietą biologicznie. I jako kobieta się identyfikuję. Moim problemem jest męska budowa ciała.
Mam sporą niedowagę. Od dziecka tak było i nie umiem przytyć. Interesuję się sportem, więc regularnie przez 5 dni w tygodniu ćwiczę na siłowni, od czego wyrobiły mi się mięśnie brzucha, bicepsy. Mam bardzo szerokie i kościste ramiona, umięśnione ręce, kratę mięśni na brzuchu i klatę. „Męską” klatę. Nie mam w ogóle piersi (nawet zarysu). Mam 25 lat na karku, a nigdy nawet nie miałam stanika. Mimo masy mięśniowej ważę 54 kg przy wzroście 178. Nie mam wcięcia w talii i mam bardzo wąskie biodra. Jak tak na siebie patrzę to zaczynam widzieć lekkie „V” (zwężenie sylwetki w stronę bioder). Mam lekki problem z owłosieniem. Uprzedzam komentarze i wyjaśniam, że nie wynika on z nadmiaru testosteronu. Po prostu moje włosy są czarne i bardzo je widać.
W typowo seksownych ubraniach wyglądam śmiesznie. Jak facet w stroju kobiety w kabarecie, dlatego na co dzień noszę po prostu koszulkę, jeansy, trampki i inne ubrania Unisex. Moja twarz też jest trochę męska. Koścista, z silną szczęką, dużymi ustami, nosem. Mam wszędzie wystające żyły, zwłaszcza latem.
Mam chłopaka i żyje nam się normalnie. Nie jest to raczej związek na całe życie, ale nie mamy problemów. Akceptuje mnie i nie przeszkadza mu moja męska aparycja.
Często jestem mylona z chłopakiem w miejscach publicznych. Nie byłam zła. Irytowało mnie to, ale nie dziwiłam się tym ludziom.
Co jest anonimowe? 2 lata temu weszłam na chat randkowy i wysłałam kilka swoich zdjęć, podając się za chłopaka. Robię zdjęcia topless - z reguły od pasa w górę, przeważnie do ust oraz zdjęcia całej sylwetki w lustrze, w łazience na siłowni. Mój problem jest taki, że piszę z ludźmi z takich chatów minimum kilka razy w tygodniu albo na GG, na różnych forach. Tylko to daje mi satysfakcję seksualną. Wreszcie czuję, że komuś odpowiada moje ciało i to jak wyglądam. Z niektórymi utrzymuję stały kontakt, ale nikt nie wie, kim jestem.
Dodaj anonimowe wyznanie