Miałem obsesję na punkcie mojej dziewczyny.
Zerwała ze mną, ponieważ ciągle robiłem sceny, śledziłem i kontrolowałam ją, za każdym razem kiedy szła do koleżanek wpadałem w furię i non stop do niej wypisywałem.
Po zerwaniu zrobiłem jej straszną opinie, opowiadałem, że mnie zdradzała etc. Mimo tego wciąż liczyłem na to, że się zejdziemy. Myślałem, że nie wie co o niej wygaduję, a ona wiedziała o wszystkim, jednak to olała i żyła sobie dalej.
Dzisiaj X ma męża, drugie dziecko w drodze, jest wykształcona, ma świetną pracę, piękny dom, podróżuje po świecie i wciąż jest piękna jak wtedy.
Ja natomiast jestem sam jak palec, nie mam znajomych, nie mam kobiety, ponieważ każdą porównywałem do X, o której non stop mówiłem same złe rzeczy. Mam beznadziejną pracę, nie chciało mi się poprawić niezdanej matury, mieszkam u rodziców.
Po rozstaniu wmawiałem sobie, że kiedyś wróci na kolanach, że będę bogaty i jeszcze jej pokażę. Coś mi nie wyszło...
Coraz częściej boję się, że zmarnowałam 10 lat życia.
Mam 29 lat, jestem wykształconą kobietą z ustabilizowaną pozycją zawodową. Może nie na najwyższym szczeblu, ale żyje mi się całkiem dobrze. Od 10 lat też żyję ze swoim chłopakiem, Marcinem. On także nie narzeka na swoją karierę.
Mogłoby się wydawać, że wszystko pasuje, ale jest jeden problem. Brak oświadczyn. Brak ślubu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem panną, która na siłę ciągnie faceta do ołtarza. Owszem, rozmawialiśmy o ślubie, dzieciach i wspólnej przyszłości już po 4 latach związku i ten temat cyklicznie się powtarza. Dałam Marcinowi jasno do zrozumienia, że chcę tego wszystkiego. Mija jednak dekada, znajomi już dawno po ślubie, często już z dziećmi, w małych domkach na przedmieściach, a my nic. Od dwóch lat robiłam aluzje, odkąd ostatnia para z naszej paczki wzięła ślub, ale to nic nie dało. Ostatnio zaczęłam mówić wprost, atakować pytaniami "kiedy ślub?" i strasznie mi się to nie podoba. Może komedie romantyczne mnie skrzywiły, ale zawsze chciałam tego typu miłości, w której nie muszę się upominać o pierścionek i chęć życia jako małżeństwo. Na te werbalne ataki Marcin albo reaguje ciszą, albo głupim pytaniem "a co ci się tak spieszy? I czy musisz się porównywać do innych?". Nie chcę się porównywać i staram się tego nie robić, ale wszyscy jesteśmy na podobnym etapie życia i każdy ze znajomych jest już ustabilizowany.
Obietnice i super opowieści Marcina o gromadce dzieci powoli przestają mi wystarczać i bardzo powoli zaczynam go nienawidzić za mydlenie mi oczu przez 10 lat. Kocham go jak głupia i nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale nie daje mi tego, co obiecywał już dawno. Ile można czekać? Zastanawiałam się już wiele razy nad ultimatum, ale to chyba żadne wyjście. Nie chcę go zmuszać, ciągnąć za sobą na siłę. Nie tak to powinno wyglądać.
Jak patrzę na białe suknie albo dzieci to aż chcę mi się płakać.
Moja mama poroniła 3 dzieci (a zaszła w ciążę w wieku 20 lat), moja babcia to samo. Wiele kobiet z naszej rodziny miało zagrożoną ciążę. Boję się, że z każdym rokiem będzie mi coraz trudniej. Marcin o tym wie. Na moje obawy mówi, że jak chcę mieć dzieci to powinnam nie pić alkoholu i zacząć się badać. Z tym, że to głupia wymówka, bo na kontrolę chodzę raz na pół roku, a piję sporadycznie, na imprezach i to 2 drinki góra.
Po prostu musiałam się wyżalić. Nie wiem co mam robić. Rozmawiałam już o tym nawet z jego mamą i sama nie wiedziała co począć. Parę razy mu wspomniała, że nie robi się młodszy i pora myśleć o rodzinie, ale to nic nie dało.
Chyba będę musiała się z nim rozstać, choć boję się, że mi serce pęknie.
Mój chłopak ma na swoim laptopie folder z różnymi, starymi zdjęciami, w tym zdjęciami swojej byłej dziewczyny, ich wspólne jak się obejmują itd. Kiedyś nie wytrzymałam i tam zajrzałam i ze stresu, że robię coś złego oraz, że z kimś innym był tak szczęśliwy, rozbolał mnie brzuch i musiałam lecieć do toalety.
Wiem wiem, bezprawnie naruszyłam jego prywatność, ale nadal to robię w celach zdrowotnych. Kiedy miewam problemy z zaparciami, znów otwieram ten folder, brzuch wariuje i problem momentalnie znika. Zawsze działa.
Wydarzyło się to, gdy moja mama wyjechała za granicę i mną opiekowała się moja starsza siostra. Dzień jak co dzień. Plac zabaw pod blokiem. Wokół pełno biegających dzieci i ja bujający się na huśtawce. Nagle wpadłem na genialny pomysł: "A sobie skoczę, co mi tam". Jako że lat miałem niewiele, siła w moich krótkich nóżkach była bardzo mała, więc nie zdołałem się wystarczająco wybić podczas skoku.
I tu zaczyna się moja historia. Po skoku wylądowałem pod huśtawką. Niczego nieświadomy podniosłem głowę wprost pod powracające metalowe krzesełko. Rozległ się krzyk i płacz na pół osiedla. Moja siostra szybko przybiegła na plac zabaw i zobaczyła mnie zakrwawionego leżącego na ziemi. Spanikowana wzięła mnie na ręce i zabrała do domu.
Krwawiłem, jak gimnazjalistka w czasie pierwszego okresu. W czasie, gdy moja siostra przeszukiwała domową apteczkę w celu odnalezienia wody utlenionej i bandaży, by zatamować rwący potok z mojej czaszy, ja postanowiłem, iż pójdę do łazienki i sam sobie z tym poradzę. Wziąłem duży, biały "plaster", który leżał w opakowaniu i przykleiłem go sobie na głowę, po czym wybiegłem na podwórko.
Gdy siostra zauważyła, że zniknąłem z domu natychmiast wybiegła przed blok. Widok, jaki ujrzała zwalił ją z nóg, bowiem na placu zabaw zobaczyła mnie biegającego z przyklejoną do głowy podpaską ze skrzydełkami.
Kilka lat temu pewnego dnia grałem sobie kulturalnie, ładnie i nikomu nie wadząc w pierwszego Wiedźmina. Mam pokój na pierwszym piętrze. Gram, gram aż tu nagle ekran monitora zrobił się czarny, zerknąłem więc na listwę zasilającą. Dioda się nie paliła, więc myślę "No cóż, trudno, nie ma prądu", po czym zdjąłem słuchawki.
Sekundę po tym z parteru zabrzmiał budzący grozę wrzask wściekłego taty:
"A TERAZ, KUR**, SŁYSZYSZ?!".
Pracuję z dziećmi - kocham je i myślę, że jestem stworzona do spędzania z nimi czasu. Nie umiem bez nich żyć. Sama instynkt macierzyński mam odkąd skończyłam 16 lat.
Mam narzeczonego, jesteśmy razem 8 lat, mamy dom, wspólne zobowiązania, stałe prace. Jestem młoda, ale dowiedziałam się, że jestem chora, nic groźnego, ale jeśli choroba się rozwinie, to za kilka lat mogę mieć problem z donoszeniem ciąży.
Mój facet właśnie powiedział mi, że on nie chce mieć nigdy dzieci bo to zbyt wiele utrudnień. Woli inwestować w nieruchomości, taką widzi dla nas przyszłość - starość z kilkoma mieszkaniami na wynajem i w samotności, zwłaszcza ja, bo on pracuje do późnych godzin.
Nie potrafię po tylu latach przekreślić tego wszystkiego, kocham go, ale nie potrafię też żyć bez dzieci. Moje serce rozerwało się właśnie na pół.
Studiowałem informatykę. Przez rok od ukończenia studniów nie mogłem znaleźć pracy w zawodzie. Byłem nawet w urzędzie pracy zarejestrowany jako bezrobotny. Urząd też mi nie znalazł pracy. Więc po znajomości zacząłem pracować w kancelarii adwokackiej. Niby tymczasowo aż czegoś nie znajdę. No ale tak już zostało. W październiku będzie równo 20 lat. Robota do ogarnięcia: ludzie, sądy, urzędy coś piszą, ja odpisuję, adwokat podpisuje. Wszystko jest w kodeksach.
Czy teraz mógłbym w informatyce robić? W życiu. Gdy patrzę na ogłoszenia to są tam już słowa, które nic mi nie mówią. Wymagana znajomość czegoś co nie wiesz co to nawet jest :) Z informatyki został mi tylko brak zainteresowania ludźmi, dziećmi i seksem. Bardzo przydaje się w pracy.
Podkablowałem kiedyś "koleżankę", która puściła się na służbowej imprezie. Jej mąż nie był zadowolony, gdy zobaczył zdjęcie jak liże się z facetem, a ten trzyma rękę pod jej sukienką.
Może by i do tego nie doszło, ale sadziła się do każdego co miał fiuta w spodniach. W tym do kolegi, z którym grzecznie sobie piłem wódkę i rozmawialiśmy o starych karabinach. Na odmowę kolegi, który nie chciał z nią zatańczyć, zwyzywała nas od "waginosceptyków" czyli pe*ałow. I nawet wtedy by się rozeszło po kościach gdyby nie publiczne lizańsko z przypadkowym kolesiem, z którym potem poszła na pięterko.
Druga sprawa znaliśmy jej męża, przywoził i odwoził ją do pracy, buziaczek na pożegnanie, potem zawoził dzieci do szkoły. Uznaliśmy, że powinien wiedzieć.
Koleżanka w pracy pojawiła się w mocnym makijażu, była wyciszona, nawet odmawiała piątkowe wypady do baru całą ekipą. Na następnym wyjeździe służbowym się nie pojawiła.
Dwa tygodnie temu urodziłam córeczkę. Śpi ona w jednym pokoju ze mną i moim mężem. Zgodnie z powszechnymi zaleceniami karmię ją piersią w dzień co 2-3 i w nocy co 3-4 godziny. Najgorsze są nocne karmienia, bo czasami naprawdę ciężko jest się zwlec z łóżka. A nasza mała to śpioch i jeszcze trzeba ją rozbudzać.
Ostatnio opracowałam nowy system, aby właśnie na te nocne karmienia nie przechodzić do drugiego pokoju, tylko wziąć małą do siebie do łóżka i karmić na leżąco. Świetne rozwiązanie, bo dużo mniej męczące dla mnie i małej łatwiej z powrotem zasnąć.
Wczoraj w nocy, postępowałam więc zgodnie z powyższym planem. Półprzytomna wstałam, wzięłam małą do naszego łóżka, położyłam obok siebie, rozpięłam biustonosz i zabieram się do karmienia. Gdy wzięłam w ręce główkę małej, wydała mi się jakoś nienaturalnie duża, ale zbagatelizowałam ten fakt i zaczęłam przystawiać ją do piersi.
Jakież było moje zdziwienie, gdy po chwili obudziło mnie szturchanie męża. Okazuje się, że wszystko było snem, a ja zamiast dziecka, próbowałam nakarmić mojego męża. Ja obudziłam się przerażona, a on mało nie pękł ze śmiechu...
Wymiana zdań podczas kłótni z rodzicami:
- Ładnie się do nas odzywasz! Ciekawe czy Anka (moja przyjaciółka) też się tak odzywa do rodziców!
- Anka odzywa się jeszcze gorzej!
- Nie obchodzi nas, co robi Anka!
Dodaj anonimowe wyznanie