W tamtym tygodniu przedłużyłem umowę na komórkę i kupiłem nowy telefon. W czwartek zamówiłem na Allegro etui, żeby zabezpieczyć moje cacko. W niedzielę natomiast telefon mi wypadł i przy moim szczęściu nie mogło być inaczej - pęknięty ekran. A wczoraj kurier przyniósł paczkę z etui...
Dzisiaj rano jak jedliśmy śniadanie tata zauważył mój telefon, z pękniętym ekranem, w etui. Zaczął się śmiać i skomentował "Po cholerę kupowałeś etui na telefon po tym, jak już go rozwaliłeś? To tak jakby założyć kondoma dziecku na głowę!".
Moja dramatyczna historia zaczęła się pod koniec wakacji 2018. Strasznie ciężko mi się o tym pisze, nie wiem od czego zacząć, ale no...
Moja matka jest bardzo nerwową osobą. Zaczęło się od psa, który się do nas przybłąkał. Zrobiłam ogłoszenie, właściciel się zgłosił. Wtedy zaczęło się istne piekło. Obwiniała mnie, że teraz ten pies nie będzie miał życia, że właściciel go źle traktuje itd. Potem powiedziała mi, że kupi sobie psa na złość mi. W naszym domu krucho z pieniędzmi, pracuje tylko tata, matka do pracy się nie ruszy, dopóki ja u niej mieszkam. Kupiła sobie tego psa. Strasznie to przyjęłam, bo ja z rodzeństwem nie mamy porządnych pokoi, a na psa było. Po tym incydencie atmosfera w domu była fatalna.
Po jakimś czasie siostra matki (z którą mam cudowny kontakt, traktuję ją jak własną siostrę, matka nigdy za nią nie przepadała) miała urodziny; mama doskonale wiedziała gdzie jestem i że odwiozą mnie do domu razem z chłopakiem cioci. Wróciłam do domu o 20.30. Wtedy zaczęło się. Zaczęła się wydzierać, że o której się do domu wraca, zabrała mi telefon. Kłóciłyśmy się jak zawsze. Następnego dnia było coraz gorzej, gdy chciałam wyjść w odwiedziny do mojej babci, zakluczyła drzwi i nie chciała mnie wypuścić. Nie ukrywam, bardzo mnie to podirytowało i zdenerwowało. Rzuciłam wszystko ze stołu na podłogę. Wtedy był horror, zadzwoniła na policję i powiedziała im, że rzucam nożami. Nie wiedziałam już co mam robić, telefonu nadal nie miałam, postanowiłam, że z komputera napiszę do rodziny od strony matki, prosząc o pomoc, żeby przyjechali.
Po kilkunastu minutach na podwórko wyjechało pogotowie i policja. Również przyjechali babcia, ciocia i wujek. Policjantka mnie wypytywała, powiedziałam co się wydarzyło. Chcieli już mnie brać do szpitala, bo matka powiedziała im, że chcę popełnić samobójstwo (nie ukrywam, w tamtej sytuacji stwierdziłam, że to byłoby najlepsze rozwiązanie). Po odjeździe służb rodzina nawtykała matce, że jak mogła wezwać policję na własne dziecko (kiedyś na mojego tatę też wezwała policję).
Aktualnie ma ponownie kontakt z babcią oraz wujkiem. Nie tak dobry jak kiedyś, ale ma. Natomiast twierdzi, że ojca nie ma (mojego dziadka) i siostry tak samo. Cały czas obwinia mnie, że przeze mnie jest pokłócona z rodziną.
Tata wie, co się dzieje w domu, ale się jej nie postawi, bo się boi. Ja ciągle słyszę, że zajdę młodo w ciążę i będę ja błagać o wszystko. Oraz że będę miała męża pijaka - teoretycznie wszystko co najgorsze. Twierdzi, że karma do mnie wróci, nie wiem sama za co, ale OK... Powiedziała, że w dzień moich 18. urodzin dostanę od niej dwa prezenty: dowód osobisty i spakowane walizki za drzwi. Przykre.
Pewnego dnia była awaria i w całej kamienicy nie było prądu. Mój starszy brat wpadł na pomysł na przezabawny żart. Przyszedł do mnie do pokoju i powiedział, że mama kazała mi wziąć reklamówkę i pójść do sąsiada po prąd, bo nie ma jak upiec kurczaka.
Cóż robić... Wzięłam tę reklamówkę, stanęłam pod drzwiami sąsiada, zapukałam i jak otworzył mi drzwi podałam mu reklamówkę i poprosiłam o trochę prądu, bo mama nie ma jak mięska upiec... Do tej pory sąsiad ma niezły ubaw, a minęło już 15 lat :)
Rozmawiałem niedawno ze znajomym, który jest "starym kawalerem", ale często spotyka się z dziewczynami.
Po kilku piwach opowiadał mi ostatnio o swojej dziewczynie w obrzydliwy sposób. Mówił, że jest z nią tylko dla seksu, że jest pusta i pozwala mu na wiele. Chwalił się też, że ma tylko 16 lat, a w łóżku potrafi wiele. Było to dla mnie obrzydliwe, bo nawet jakbym nie miał żony, to nie brałbym się za tak młode dziewczyny.
Po pewnym czasie pokazał mi jej zdjęcie w telefonie. To była moja córka.
Wstałem, chciałem go strzelić w pysk, ale tylko poprosiłem o rachunek, zostawiłem pieniądze za swoją część i jak najszybciej wyszedłem.
Porozmawiałem o tym z moją córką. Opowiedziałem jej, jak on traktuje dziewczyny i co o niej mówił. Nie uwierzyła mi, zarzekała się, że on ją kocha, a seks każdy uprawia (no tak, ale nie w jej wieku i nie z mężczyznami w wieku jej ojca).
Na drugi dzień o wszystkim mu opowiedziała, podobno wszystkiego się wyparł i zapewniał ją, że ją kocha. Byłem załamany, ale po tygodniu z nią zerwał, chciał się ze mną pilnie spotkać. Wyjaśnił mi, że po tym co jej powiedziałem przestała się zgadzać na seks zawsze gdy on nalegał, więc nie jest mu potrzebna. Wtedy uderzyłem go w ryj, chciał oddać, ale się obroniłem, a potem rozdzieliła nas obsługa baru. Wyszliśmy i każdy poszedł w swoją stronę
Teraz córka mnie nienawidzi, bo podobno zniszczyłem jej szansę na miłość.
Dwa lata temu zdawałem maturę. Jak każdy młody człowiek, któremu zależy na dobrej przyszłości, mocno się stresowałem egzaminami.
Jednym z moich ostatnich egzaminów był ustny angielski. Na początku tej batalii jest kilka pytań rozgrzewkowych: "Co lubisz robić?", "Jak spędziłeś wakacje?", "Czy lubisz to i tamto" itd. Nagle nauczycielka będąca w komisji zadaje mi pytanie brzmiące: "Du ju lajk gołing tu zus?". Pomyślałem: dziwne pytanie, ale skoro zadali, to trzeba odpowiedzieć.
Oczywiście tutaj stres zeżarł mi mózg. Zacząłem odpowiadać, że nie lubię, ponieważ są duże kolejki, urzędnicy są niemili, a poza tym ZUS to złodziejska instytucja. Komisja zaczęła się śmiać, a ja zrobiłem się czerwony i byłem mocno zdezorientowany. Myślałem, że każdy w tym kraju ma takie samo zdanie o ZUS-ie.
Rozbawienie komisji zrozumiałem dopiero gdy jeden z członków komisji wytłumaczył mi, że chodzi o zwierzęta, a pytanie brzmiało: "Do you like going to zoos?". Dalej egzamin przebiegł w bardzo luźnej i wesołej atmosferze ;)
Pisanie tu o czynie, którego się dopuściłem, jest niczym przyznanie się do popełnionego przestępstwa. Jak by nie patrzeć, tak właśnie można nazwać rzecz, którą zrobiłem.
Miałem wtedy jakieś 12 lat. Chodziłem do podstawówki w niewielkim miasteczku na Podlasiu. Zawsze wyglądałem trochę inaczej niż wszyscy. Byłem dość drobnej budowy, nie mogłem się też pochwalić zbyt dużym wzrostem, no i miałem ciemniejszą niż moi rówieśnicy karnację. Z tego właśnie powodu byłem w szkole gnębiony. Dokuczano mi, czasem ktoś na mnie napluł, czy podstawił mi nogę. Parę razy zostałem też pobity. Moja mama interweniowała u nauczycieli i dyrekcji, ale zawsze kończyło się to tak, że miałem jeszcze większe kłopoty, bo moi oprawcy dowiadywali się o interwencji rodzicielki i katowali mnie za bycie „konfidentem”.
Nie chciałem chodzić do tej szkoły, fantazjowałem o tym, że wybucha w niej pożar i zabija wszystkich moich dręczycieli. Pewnego dnia, kiedy kolejny raz wróciłem do domu z podbitym okiem, coś we mnie pękło. Na kolejne zajęcia stawiłem się z plecakiem, w którym obok książek i zeszytów znajdowała się 1,5-litrowa butelka z benzyną oraz zapałki. Przed lekcjami schowałem te „rekwizyty” za muszlą klozetową w jednej z kabin ubikacji dla chłopców. W czasie zajęć poprosiłem nauczycielkę o pozwolenie na wyjście do szatni po bluzę. Poleciałem do kibelka, szybko rozlałem zawartość butelki po całym pomieszczeniu i rzuciłem na wielką kałużę podpaloną zapałkę. Ogień niemalże zdmuchnął mnie z kafelków. Przerażony wybiegłem z ubikacji, a następnie przez tylne wejście prowadzące do szkolnej kuchni, opuściłem budynek.
Biegłem przez dobrych kilka minut. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem smugę ciemnego dymu unoszącą się nad gmachem znienawidzonej przeze mnie placówki oświaty. Nawet nie wiecie, jak wielką ekscytację wtedy czułem. Cóż z tego, że w szkole było wtedy kilkaset uczniów, nauczycieli, woźnych i kucharzy? Ja chciałem wyrządzić krzywdę tylko małej grupce moich oprawców, a o losie całej reszty niewinnych ludzi nawet wtedy nie myślałem!
Na szczęście szybka reakcja lokalnej straży pożarnej ugasiła pożar. Ogień nie zdążył się nawet za bardzo rozejść, bo zanim strażacy przyjechali, paru nauczycieli zdołało opanować sytuację za pomocą gaśnic.
Najdziwniejsze dla mnie jest to, że absolutnie nikt nie zorientował się, że to ja wywołałem ten pożar. Wszyscy uwierzyli w moje tłumaczenia, że usłyszałem dzwonek alarmowy będąc w drodze do szatni i czym prędzej wybiegłem na dwór. Natomiast historia ta (za którą to, jak by nie patrzeć , ja powinienem odpokutować) skończyła się nieoczekiwanym zwrotem akcji. Dyrekcja, na wszelki wypadek, postanowiła pozbyć się uczniów, którzy sprawiali największe kłopoty. Wśród przeniesionych do innej placówki dzieciaków znaleźli się także i moi prześladowcy!
Nie potrafię ocenić racjonalnie sytuacji, jaką mamy na świecie.
Jestem prostym facetem, chwilami mam dość swojej pracy, Polski i tego, że mimo pracy po 10 godzin i łapania mnóstwa dodatkowych fuch zarabiam za mało, by normalnie żyć.
Mnóstwo znajomych zachęca mnie do wyjechania z kraju, np. do Niemiec, Belgii czy Norwegii, by tam żyć, zarabiać itp.
Teraz najgłupsze - uważam, że wyjazd z Polski, bo jest tu ciężko, to jak wpisanie kodów w GTA - niby gra się lżej i fajnie, ale nie ma satysfakcji z wykonania misji, skoro np. jesteśmy nieśmiertelni. I życie w Polsce to takie życie bez kodów. Oczywiście nikomu nigdy nie przyznam się, że porównuję życie do gry, bo wiem, że to irracjonalne, ale czuję ogromną satysfakcję, gdy uda mi się tutaj coś osiągnąć, co dla kogoś za granicą jest prostsze.
No i kocham Polskę i rodzinę, która tutaj żyje.
Nie wiem, czy to patriotyzm...
Facet obraził się na mnie, bo głosowałam na kandydata, którego on nie popiera. Jest na tyle zły, że już od ukończenia pierwszej tury nie rozmawia ze mną. Na domiar złego nocuje u kolegi. Rozumiem wszystko, ale takie zachowanie, bo ma się inne poglądy, jest dla mnie chore.
Jestem nauczycielką. Lubię swoją pracę i swoich uczniów - nawet tych najtrudniejszych. W pracę wkładam dużo serca. W ubiegłym roku dostała mi się bardzo ciężka klasa - dzieci z trudnościami edukacyjnymi, społecznymi i emocjonalnymi stanowiło prawie połowę klasy. Bałam się jak nie wiem podjąć tego zadania, ale pomimo ogromnego nakładu pracy udało mi się wyprowadzać te dzieciaki na prostą. Godziny rozmów wychowawczych, rozwiązywanie kilkunastu konfliktów tygodniowo. Kilkanaście spotkań z rodzicami, setki minut wygadanych przez telefon z informacjami o sposobach pracy z uczniami. Ogólnie rzecz biorąc mnóstwo pracy wychowawczej, żeby dzieci nauczyły się ze sobą rozmawiać i wypracowywać kompromisy. Żeby szanowały jeden drugiego, nie wyśmiewały się wzajemnie i nie mściły za urojone krzywdy.
Co w tym anonimowego?
Najbardziej miałam dość nie tych dzieci, ale ich matek. Dziewczyny wykształcone, zadbane, pozornie matki roku - a w rzeczywistości złośliwe hetery. Każda uwaga o niewłaściwym zachowaniu dziecka kwitowana była w domu "pierdołami mi głowę zawraca", "jak se nie radzi, to do biedronki na kasę, a nie dzieci uczyć"... a dziecko słucha i przetwarza. I cała moja praca z uczniem w p*zdu.
Ja wiem, że matka zawsze będzie bronić dziecka, ale czasami miałam ochotę nagrywać swoje lekcje i przerwy, żeby im później pokazać, jak to ich aniołki się zachowują w szkole. Potrafiły mi nawet zarzucić kłamstwo i przeinaczanie faktów, ponieważ wyjaśniłam, że przebieg opisanego przez ich dziecko wydarzenia jest inny, niż ono przedstawiło w domu. Konfrontacja oczywiście nie wchodziła w grę, bo dziecko "nie pamięta, bo to już dawno było" albo mówi coś innego niż podczas rozmowy zaraz po zaistniałym fakcie.
Albo wieczne pretensje. Najlepsze były matki, które pisały do mnie wieczorem, że w szkole ich dziecko zostało szturchnięte/popchnięte/niedopuszczone do zabawy przez kolegów i że powinnam tę sprawę załatwić. A gdy pytam, czy dziecko zwróciło koledze uwagę, że jego zachowanie sprawia mu przykrość - słyszę: "Nie, bo on nie umie takich spraw załatwiać" (w domyśle - pani mi załatwi...). Gdy tłumaczę, że w szkole tego się uczymy i powinna go do tego zachęcać, to obraza, że mi się nie chce pracować. Co nie jest prawdą, bo po każdym zgłoszeniu szczególnie zwracam uwagę na takie sytuacje, żeby wychwycić je i popracować z dzieckiem na bieżąco, a nie po fakcie.
A szacunek do innych? Od jednej matki usłyszałam wprost - że chyba jestem jakaś nienormalna, że każę dzieciom rozmawiać ze sobą, kiedy się pobiją. Ona uczy, że jak ktoś go bije, to ma oddać, a nie pitu pitu o emocjach rozmawiać.
I dziwić się, że rosną młodzi, które nie potrafią mieć swojego zdania, a zamiast rozmowy stosują przemoc słowną lub fizyczną.
Chyba jednak skorzystam z rady i przebranżowię się na ekspedientkę w Biedrze...
Jak byłam małym dzieckiem, moja babcia miała wypadek i w jego wyniku była w dużej części sparaliżowana. Nie mogła chodzić ani nawet sama się podnieść z łóżka. Była w pełni skazana na pomoc innych.
Pewnego dnia byłam z mamą u niej w pokoju. Mama położyła mnie na łóżku babci i na minutę wyszła, coś przynieść. Ja jakoś nieszczęśliwie się obróciłam i zapowiadało się, że spadnę z łóżka. Moja biedna babcia tak się przejęła, że jakimś cudem się poderwała i mnie złapała. Od tego dnia jej rehabilitacja szła nieporównywalnie lepiej, jakby coś się w niej odblokowało, i po jakimś czasie zaczęła znowu chodzić.
Do dzisiaj powtarza, że to dzięki mnie nie jest przykuta do łóżka.
Dodaj anonimowe wyznanie