Mój brat to okropny śmierdziel... Przychodząc z zajęć, przejażdżki rowerem, czy po wykonywaniu innych czynności poza domem i spoceniu się, nie idzie od razu do kąpieli. Siada przed komputerem i tak siedzi. Jego fotel capi nim, wręcz przesiąkł tym smrodem potu, a on sam po prostu siedzi i wchodząc do jego pokoju wręcz czuje się, jak ta woń drapie i penetruje nozdrza oraz szczypie w oczy...
Zaganianie go do dbania o higienę często kończy się aferę i tylko wtedy idzie dla świętego spokoju się umyć.
Czasami poci się grając w gry, bardziej jest to pot w wyniku stresu oraz adrenaliny, ale i tak nie raczy się odświeżyć.
Ja nie jestem pedantem, ale bardzo mi przeszkadza dyskomfort po spoceniu się. A nawet jeśli nie spociłem się, to i tak muszę się odświeżyć po paru godzinach spędzonych poza domem.
Raz miał taki etap w życiu, że nagle zaczął o siebie dbać, bo spodobała mu się pewna dziewczyna, a wtedy aż miło było wejść do jego pokoju nie czując, że coś się unosi w powietrzu. Lecz nic z tego nie wyszło i po tym znów zaczął chodzić po domu śmierdzący.
On ma 18 lat...
Było po godzinie 18, zima, wracałem na weekend do domu z Wrocławia. Autobus pełny ludzi, studenci w większości. Akurat koło mnie nikt nie siedział, ale przede mną i za mną wszystkie miejsca pozajmowane. Wygodnie usadowiłem na siedzeniu, autobus zaczął ruszać, zgasły światła, jechaliśmy w stronę autostrady. Były korki na wyjeździe, więc pomyślałem, że posłucham sobie muzyki. Wziąłem słuchawki, włożyłem do uszu i pomyślałem, że najpierw zobaczę co mam na dyktafonie, bo dzień wcześniej wygłupiałem się i śpiewałem piosenki z Dinseya, "Kolorowy wiatr", "Lustro", czasami dołączał się współlokator i nagrałem to, był to efekt robienia czegokolwiek, byle nie wkuwania do sesji zimowej. Mniejsza o to.
Autobus zatrzymał się na światłach, ja włączyłem nagranie i stwierdziłem, że coś nie tak ze słuchawkami, bo słabo słyszę, dałem na maksa głośność i dalej nic, minęło kilka sekund i wtedy poczułem uderzenie gorąca. Wyjąłem jedną słuchawkę z ucha i zdałem sobie sprawę, że to wszystko leci na cały regulator z głośnika, wszyscy słuchali piosenki z Mulan i mojego: "Smutnoo mi, narzeczoną dziiiś nie potrafię być, kiiim jest ta...", słuchawki były niedociśnięte przy wejściu. Wpadłem w panikę i zamiast docisnąć wejście, to zacząłem wciskać wszelkie możliwe przyciski na telefonie, aż wyjąłem w desperacji baterię.
Gdy to zrobiłem w całym autobusie panowała cisza, osoby przede mną obejrzały się na mnie, para za mną siedziała cicho, dziewczyna tylko dziwnie odchrząknęła, ktoś z tyłu powstrzymywał śmiech. Autobus ruszył ze świateł, a ja pomyślałem, że poudaję, że ktoś mi to wysłał, wsadziłem słuchawkę do ucha i zacząłem się śmiać sam do siebie, że to niby nie ja byłem nagrany, ale w tym momencie zadzwonił telefon od mamy. Ludzie na pewno zorientowali się, że to ja wyłem na nagraniach.
Przez kolejne dwie godziny podróży udawałem, że śpię, a moja głowa była odwrócona w stronę okna, tak, że aż mnie szyja bolała. Była to jedna z najbardziej żenujących sytuacji.
Przeczytałam tu ostatnio wyznanie osoby, która ma depresję przez pogodę i przez to, że zawsze krzyżuje mu plany. Ja też łapię chandrę, kiedy zaczyna się... lato.
Jestem zimnolubna, zima to moja ulubiona pora roku, jesień i wiosnę też lubię, jest wtedy optymalna temperatura.
Natomiast kiedy zbliża się lato ja łapię dół. Nic mi się wtedy nie chce, nic mnie nie cieszy, najchętniej zapadłabym w sen letni i obudziła się pod koniec września. Denerwuje mnie upał, denerwuje mnie letni klimat. Nie lubię jeździć nad wodę/basen. Nigdy nie czekałam z utęsknieniem na wakacje, teraz jako dorosła osoba urlop biorę jesienią/zimą/wiosną.
Kiedy znajomi rozpaczają, że lato się kończy i zaraz znowu będzie zimno ja już się cieszę. A ile razy usłyszałam, że jestem jakaś nienormalna, bo lubię zimę, a lata nie - nie zliczę. Ogólnie ta pora roku mogłaby dla mnie nie istnieć. Czy to naprawdę takie dziwne?
W podstawówce, w klasie, do której chodziłem, była pewna dziewczyna, mocno się wyróżniała, bo wyglądała jak chłopak. Dzieciaki się z niej nabijali, już od pierwszej klasy.
Dokuczano jej na początku tylko wyzwiskami, ale potem doszło zabieranie plecaka, wywalanie go do śmietnika, obrzucanie gumami do życia, plucie karteczkami.
W gimnazjum miała nadzieję na zmiany, ale w tej samej grupie pojawiło się znowu kilku uczniów z poprzedniej klasy, a nowi dowiedzieli się o tym, że z niej się nabijano, więc przyłączyli się. Ja zawsze stałem w cieniu, sam też byłem ofiarą wyzwisk, ale z jakiś powodów trzymałem dystans od każdego, nawet nauczycieli.
W gimnazjum było jej ciężko, a w technikum niestety nic się nie zmieniło. Chyba nawet się pogorszyło, bo popadła w przeróżne kompleksy. Wszystko tak trwało do momentu aż pewnego dnia nie przyszła do szkoły. Wszyscy się śmiali, że babochłop pewnie pakuje na siłowni by się odegrać. Po dwóch lekcjach weszła wychowawczyni, zaczęła krzyczeć, że ta dziewczyna próbowała odebrać sobie życie. Wszyscy zamarli, a ja miałem przeczycie, że mogło dojść do najgorszego. Wyzwiska nauczycielki rozchodziły się po nas wszystkich, niezależnie czy ktoś jej dokuczył raz, regularnie, czy wcale.
Straciliśmy całą lekcję na mieszanie nas wszystkich z błotem, szczerze, zasłużenie.
Gdy wychowawczyni poszła zaczęła się debata. Jedna dziewczyna wstała i praktycznie powtarzała co "mówiła" nauczycielka, czy nam nie wstyd, czy jesteśmy z siebie dumni. Inni dostatecznie urażeni zaczęli się bronić dodatkowo szukając kolejnych winnych, przewodnicząca się rozpłakała, obelgi padły i na mnie, ja powiedziałem ze spokojem, że pierwsza dziewczyna, która zaczęła podnosić na nas głos jedynie ma na celu zrzucenie z siebie odpowiedzialności, a my wszyscy byliśmy odpowiedzialni. Oni, że gnoili dziewczynę, oraz reszta, która nie reagowała, w tym ja. Wtedy nauczycielka, której lekcję przerwano przyznała mi rację, mówiąc, że zamiast szukać winnych powinniśmy przyznać się do tego co sami zrobiliśmy.
Dziewczyna nie przychodziła kilka dni po czym okazało się, że matka ją przeniosła do innej szkoły. Nie wiem czemu jej matka interweniowała tak późno, możliwe, że sama nie wiedziała z czym zmaga się jej córka. Przykro mi, że musieliśmy wyciągnąć jakąś lekcje dopiero gdy ktoś próbował sobie odebrać życie.
A teraz odnośnie was, wiele osób tu piszących historie to również ludzie. Niektórzy mogą zmagać się z problemami i kompleksami, a okropne komentarze dokładają cegiełkę do ognia. Już wiele tu widziałem i nie rozumiem jak bez wstydu można komentować innych, nie mając pojęcia, że słowa mają wpływ na ludzi. Tylko, że wy możecie pchnąć kogoś do popełnienia samobójstwa i żyć bez świadomości, bez ciężaru odpowiedzialności.
Już jako 6-7 latka sama chodziłam do kościoła.
Ksiądz podczas mszy powiedział coś o tym, że przyjmowanie komunii daje ukojenie osobom chorym i cierpiącym z różnych powodów. Jako dziecko odebrałam to dosłownie, byłam wtedy przeziębiona, więc stwierdziłam że też pójdę przyjąć ciało Chrystusa i może to mi pomoże. Byłam dość wyrośniętym dzieckiem i pewnie dlatego ksiądz nie miał wątpliwości, że nie byłam jeszcze u pierwszej komunii. Ja sama będąc w pierwszej klasie nie zdawałam sobie sprawy że taka "ceremonia" mnie czeka.
Powtórzyłam ten manewr jeszcze w następnym tygodniu na mszy, bo dalej się czułam chora. Nie wiem ile by to trwało gdyby nie to, że przede mną w ławce siedziały dziewczyny rok starsze ode mnie. Po przyjęciu komunii odwróciły się do mnie i mnie postraszyły, że nie powinnam tego robić bo pójdę do piekła.
W sumie nie wiem czy z tego tytułu są jakieś konsekwencje, pewnie samo to że poszłam tam bez udziału w spowiedzi świętej itd.
Może i mało anonimowe, ale nikomu o tym nie mówiłam bo jest mi wstyd za taką głupotę.
Jak miałem 12 lat bawiłem się z dziećmi sąsiadów u nich na podwórku i siedzieliśmy pod orzechem. No i wpadliśmy na pomysł że odliczamy do trzech i biegniemy jak najszybciej na drugi koniec podwórka. Odliczyliśmy do trzech i się zerwaliśmy do biegu, niestety nie ogarnąłem, że siedzę pod gałęzią drzewa, więc uderzyłem solidnie w tą gałąź.
Zdałem czapkę, żeby się pomasować po głowie i zobaczyłem, że czapka jest czerwona we krwi. Rozciąłem sobie głowę. Rodziców nie było w domu więc pobiegłem do babci która mieszkała z nami. Babcia zobaczyła całą głowę we krwi, więc przemyła mi ranę wodą utlenioną i powiedziała że to mała rana i już po krzyku. Potem przez 4 godziny miałem strasznie silny ból głowy, że aż skamlałem.
Jak rodzice wrócili (nic nie wiedzieli o tym co mi się stało) i zobaczyli mnie to mama stanęła jak wryta a tata zaczął kląć na czym świat stoi, okazało się, że miałem 6-cio centymetrowe rozcięcie na głowie, przez które było widać mi czaszkę, pojechaliśmy szybko ma pogotowie na szycie. Nigdy nie widziałem mojej mamy bardziej wkurzonej niż wtedy, a babcia dostała ochrzan stulecia 😂.
Opowiem wam o mojej niezdrowej relacji z jedzeniem. O uzależnieniu od jedzenia.
Po takim wstępie wyobrażałabym sobie grubą osobę z fałdami tłuszczu. Ja jestem szczupłą dziewczyną, mam prawidłową masę ciała, w sumie płaski brzuch. Problem polega na tym, że zachowuję się jak osoba uzależniona od jedzenia, jem potężne ilości. Jak już się do czegoś dorwę, to zjem wszystko. Na imprezach ze szwedzkim stołem jem za 3 osoby i to nie jest tak, że ja to kontroluję. Staram się nie jeść, wiem, że to niekulturalne tyle jeść. Ale nagle następuje przełamanie, nakładam cały talerz i go pochłaniam. To jedzenie kusi, aż do mnie mówi. Przejeżdżając obok KFC albo McDonalda walczę ze sobą, żeby nie wstąpić. Częściej ulegam, wchodzę i zamiast zamówić mały, kupuję dwa zestawy powiększone i zjadam.
Nie lubię aż tak słodkiego, wolę zdecydowanie słone i ostre przekąski, smażone. Jem jak dwóch facetów.
Idę do pizzerii z koleżankami, one jedzą jedną sałatkę, ja po pizzy zamawiam jeszcze makaron, piwo i colę. Wiem, jak to brzmi. Nie umiem się opanować. Walczę ze sobą. Próbowałam zamawiać diety, robić coś w tym kierunku i jak zwykle - nic nie wyszło. Wystarczy mały impuls, a idę do sklepu, kupuję 1kg lazanii, zjadam całość i czuję się lepiej. Bez takiego jedzenia jestem rozdrażniona, poirytowana, zrobię wszystko, żeby się dobrze najeść. Mam wrażenie, że to jedzenie błaga mnie o bycie zjedzonym...
Może być to głupie, ale mam 15 lat i moim marzeniem jest mieć swój pokój, brzmi banalnie, jak wyznanie 7-latki. Również brzmi to jak podstawowa rzecz dziecka, w całej erze 500 plusa. Od początku w domu żyjemy od tzw. pierwszego dnia miesiąca do ostatniego.
Zapewne gdyby moja matka przestała palić i wydawać na to dziennie przysłowiowe 13 złotych byłoby inaczej. Matka pieniądze czerpie z 500plus, A gdy jej się skończą mówi tacie, że ma jej dać. Tata pracuje, do niego nie mam problemu, do matki mam żal, że ma na papierosy i na co tylko chce. A dzieciom pokojów nie zrobi. Jakiegoś czasu strasznie się uparłam na ten "nowy pokój". Zatruwałam mamie życie gadką o nowym pokoju, przez pewien czas była pozytywnie nastawiona do tego pomysłu, ale coś jej się odmieniło.
Mój aktualny "pokój" to pomieszczenie, w którym ciągle przesiaduje matka, ponieważ stoi tam komputer i może to zabawne, ale gra na nim w "chińczyka" online. Oprócz komputera w pomieszczeniu jest moja kanapa i to tyle, nawet nie ma drzwi. Brat śpi w salonie na fotelu rozkładanym... pokoje są na poddaszu, wystarczyłoby tylko wykończyć sufit i położyć panele, pal go licho w meble coś by się znalazło. Jest mi strasznie wstyd, bo znajomi zapraszają mnie do siebie do domów, ja mogę zaoferować im tylko posiedzenie na podwórku, bo byłoby mi wstyd wpuścić ich to mojego tzw. pokoju, w którym siedzi ciągle matka.
Tata mówi, że gdyby matka chociaż poszłaby do pracy na 3 miesiące, mielibyśmy pokoje jak z bajki. Tata nie zarabia na tyle dużo, żeby odłożyć na te pokoje. Może to głupie, ale napisanie tego wyznania sprawiło, że jakoś stało mi się "lżej".
Od kiedy byłem małym dzieckiem, miałem dosyć dziwny fetysz. Jestem facetem i podniecają mnie spięte włosy u mężczyzn, a najbardziej, gdy wyobrażam sobie taką fryzurę u siebie samego - na wyobrażeniach się kończy, ponieważ nigdy nie miałem na tyle samozaparcia, żeby zapuścić bardzo długie włosy, a najdłuższe jakie miałem, były prawie do ramion, takie że dało się już spiąć je w koka - mimo to, z powodu podniecenia, rzadko to robiłem.
Im bardziej fryzury postrzegane są jako "damskie", tym bardziej mi się to podoba. Każdy warkocz i kok u mężczyzny sprawiają, że się podniecam. Jest to o tyle dziwne, że do facetów kompletnie mnie nie ciągnie, a inne typowo damskie części wyglądu, takie jak makijaż, są dla mnie kompletnie neutralne. Z drugiej strony jednak nic innego nie działa na mnie tak dobrze jak to.
Nie do końca wiem, co z tym robić, długie włosy to zawsze było dla mnie pewnego rodzaju marzenie, ale fantazje, w których mam długie włosy i mogę je sobie związywać i zaplatać pojawiają się praktycznie codziennie, dlatego boję się, że jeśli faktycznie je zapuszczę, to cały czas będę podniecony.
Mój mąż jest niewidomy, stracił wzrok jak był nastolatkiem. Obydwoje mamy po 30 lat, a znamy się od 7 lat, więc nigdy mnie nie widział. Ale mimo to mówi, że jestem najpiękniejszą kobietą jaką kiedykolwiek spotkał.
Jak go raz spytałam, skąd to może wiedzieć i że może jestem brzydka, to odpowiedział, że łatwo mu zorientować się w wyglądzie kobiety po tym jak inni mężczyźni zachowują się w jej towarzystwie oraz jaki mają ton głosu, gdy się do niej zwracają.
Dodaj anonimowe wyznanie