#EkolB

Poznałam chłopaka, wszystko super kolorowo, zamieszkaliśmy razem i przygarnęliśmy kota. Na początku wiadomo, były lekkie tarcia, bo mieszkanie małe, a oboje byliśmy przyzwyczajeni do mieszkania samemu. Ale gdyby wszystko się układało, nie byłoby tego wyznania.

Zaczęło się od lekkich przytyków - a to że nie umiem gotować, a to podczas kłótni nazwanie mnie idiotką, mówienie, że najchętniej rzuciłby mną o ścianę i oczywiście cały czas to ja stwarzałam problem i to ja marudziłam i wina też była moja.

Wiem, że nie zasługuję na takie traktowanie, więc to ukróciłam i powiedziałam, że albo z tym koniec, albo niech w końcu zrobi mi krzywdę, bo nie chce mi się tego już słuchać. To się skończyło, jednak przyszedł czas na kolejny etap.

Ja pracuję na rano, on na popołudnie i przez moja pracę zdalną cały czas go budziłam, chociaż wierzcie mi, starałam się jak mogłam tego nie robić (specyfika pracy taka, że musiałam rozmawiać z klientami).
On uważał inaczej, mianowicie, że robię to specjalnie, więc kiedy wracał z pracy, a ja kładłam się spać, on robił wszystko 12 razy głośniej, żebym zobaczyła jak to jest kiedy on nie może przeze mnie spać.

Dobra, mówię, kompromis, zaczęłam chodzić do biura, żeby nie siedzieć przez cały poranek i go nie budzić. Niby wszystko spoko, ale dalej on nie ma sobie nic do zarzucenia. Dalej siedzi po nocach i mnie budzi. Moje prośby groźby i krzyki nic nie dają, bo jak się domyślacie, to cały czas ja mam problem.

Jak pracowałam z domu, to wiadomo, żeby oderwać się od kompa sprzątałam, robiłam pranie itp., no a teraz mimo że on ma rano na to czas, i tak nic nie jest zrobione. I wiecie, to już nie chodzi o budzenie się nawzajem, sprzątanie, tylko o to, że wina cały czas spada na mnie. Zależy mi na nim, ale boję się, ze przez to ciągłe ustępowanie w końcu zgubię gdzieś siebie.
Nie chcę dać się zamknąć w tym kręgu beznadziejności, gdzie czuję się jak sprzątaczka, do której on ma znikomy szacunek.

Wiem, że może to brzmieć jak żałosne opowieści nastolatki, ale jesteśmy dorosłymi ludźmi, a ja nie wiem co powinnam zrobić. Boję się go zostawić, a z drugiej strony czuję, że będąc w tym związku tracę poczucie własnej wartości.

#xpeiM

Ostatnio szukając czegoś w portfelu (nie pieniędzy oczywiście, ich tam nigdy nie ma), wyciągam tysiące paragonów sprzed naszej ery, różne badziewia, które są oczywiście niepotrzebne, ale być w portfelu muszą. Robię to wszystko przy asyście mojego męża, który z zaskakującą cierpliwością ogląda powiększającą się na łóżku kupkę rozmaitych rzeczy. 

W końcu dochodzę do tysiąca zdjęć: moich rodziców, sióstr, babć, siostrzeńców, koleżanek (nawet tych z podstawówki, już dawno nie utrzymujemy kontaktu), itd... W końcu, na ostatnim ostatku, wylatuje zdjęcie mojego osobistego męża, na co ja szczerze zdziwiona:
-O! Patrz! Nawet twoje zdjęcie mam!
Mój mąż na to szczerze oburzony:
-Co?! Ja w portfelu mam TYLKO twoje zdjęcie, a ty masz NAWET moje?!

Wypomina mi to cały czas, jako dowód na to, kto tu kogo bardziej kocha...

#hWsv7

Po trzech latach usłyszałam, że chłopak mnie nie kocha, choć bardzo by chciał. Mieliśmy wspólne zwierzęta, mieszkaliśmy razem, a sama znajomość trwa dwa razy tyle.
Dopuszczając do myśli rozsądek, próbując osiągać względny spokój i zajmując siebie samą rzeczami ważnymi dla mojej przyszłości, od kilku miesięcy i tak czuję się okropnie.
Nie mogę spać, mam problemy z jedzeniem, prawie z nikim nie rozmawiam. Zmuszam się do aktywności, które kiedyś sprawiały mi przyjemność, by poczuć na nowo, jak miłe były.
Ze smutku i złości biegam czasem tak długo, póki nie płaczę z powodu bólu mięśni.
Piszcie co chcecie, ale nie miałam nawet komu tego powiedzieć.

#7ZGog

Pochodzę z niezbyt dużej miejscowości, gdzie wszyscy się znają. Moja sąsiadka miała już niedługo świętować swoje 100 urodziny. Całe miasto już o tym wiedziało, także ta pani bardzo cieszyła się na urodziny. Szykowała już odpowiednią sukienkę i kapelusz i nie mogła doczekać się przyjęcia. Jej córki przygotowywały imprezę, zaproszono nawet burmistrza, rodzinę, przyjaciół i sąsiadów. 

Na kilka dni przed imprezą córki przyjechały do niej do domu, a sąsiadka leży na kanapie i coś majaczy, po prostu gada od rzeczy, one się wystraszyły, przyjęcie gotowe, a babcia nagle wybiera się na "tamten świat". Stwierdziły, że to pewnie był udar albo zawał, tak więc szybko do szpitala (ogromne było nasze zdziwienie, kiedy przez okno zobaczyliśmy karetkę pogotowia). Położyli panią na oddział i z nerwami czekają co powie lekarz. Ordynator przychodzi do jej córek i mówi: "Nie wiem jak to paniom powiedzieć, wasza mama była pod wpływem alkoholu". Jej córki prawie zapadły się pod ziemię. 

Okazało się, że sąsiadka postanowiła dobierać spirytus na swoje urodziny i próbowała za każdym razem "jak jej wychodzi" i się upiła. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i sąsiadka tańczyła na swoich 100 urodzinach.

#65fJ8

Coś, czego nigdy, nikomu nie powiem... Najbardziej nienawidzę zmieniać pościeli. Jest to czynność, która niesamowicie mnie męczy, nawet wtedy, kiedy o niej myślę. Od kiedy wyprowadziłam się na swoje, to przestałam pościel zmieniać. Od 3 lat śpię w tej samej pościeli, niepranej przez ten czas ani razu. O dziwo nie śmierdzi, brudu nie widać mocno, a mi to nie przeszkadza :) Codziennie chowam ją do pojemnika w łóżku, tak więc nikt z gości jej nie widzi.

Taka moja tajemnica, która nie ujrzy światła dziennego 😈

#Uz8Us

Pewnego wieczoru wracałem z moją ukochaną z centrum handlowego. Zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle na lewym pasie. Nagle patrzymy w prawo, a kierowca z sąsiedniego samochodu - dużego, zielonego, odrapanego Sprintera coś do nas mówi, macha. Otworzyłem więc szybę i pytam o co chodzi. Facet pyta mnie: "Masz ogień? Bo nie mam jak odpalić papierosa.".

Oczywiście długo nie myśląc odpowiedziałem, że mam. Gość wyszedł na środku ulicy z auta, wsadził nam głowę przez szybę i odpaliłem mu fajkę. Oczywiście w tym czasie zapaliło się zielone światło, a jako że byliśmy pierwsi powstał chwilowy zator. Kierowca Sprintera podziękował, wsiadł do swojej zielonej fury i ruszyliśmy. 

Po około 10 minutach, w połowie drogi do domu, zauważyłem w oddali że jadące za mną zaczęło mi rzucać długimi światłami. W sumie średnio się tym przejąłem bo jego długie były mniej więcej porównywalne z moimi postojowymi. Trwało to chwilę po czym zobaczyliśmy po lewej stronie stację benzynową na którą zjechaliśmy. Patrzymy, a na stację szybkim tempem wjeżdża zielony zdezelowany Mercedes Sprinter, podjeżdża do nas, hamuje prawie z piskiem opon i wychodzi z niego kierowca palacz.

Moja ukochana wystraszona zamknęła się od środka, ja wyszedłem do niego i pytam:
- Co tam się dzieje?
- Chodź za mną - mówi idąc do samochodu z drugiej strony.
Otwiera boczne drzwi od paki, w środku pełno drewnianych skrzynek. Wyciąga jedną z nich PEŁNĄ JABŁEK i kładzie mi na rękach.
- Trzymaj.
W delikatnym szoku, pytam:
- Za co te jabłka?
Facet odpowiada:
- Za ogień! Gonię cię i rzucam światłami a ty mi spierd*lasz... :)
Życzył miłego wieczoru, podziękował kolejny raz i odjechał.

Warto pomagać, nigdy nie wiadomo komu w danej chwili czego bardzo potrzeba, a w tym wypadku użyczenie zapalniczki okazało się być warte 20 kg pysznych jabłek :)

#CnwPC

Zacznę od tego, że nie musicie na mnie bluzgać, bo wiem robię źle, ale z drugiej strony ciężko odpowiadać za uczucia, które czujemy.

Jestem z chłopakiem już kilka lat, kochamy się, jest dla mnie dobry, ja dla niego też. I wszystko byłoby super gdybym na siłowni rok temu nie spotkała chłopaka, który jest młodszy i zawrócił mi w głowie. Zaczęłam o nim myśleć, często. Gdy był pierwszy lockdown serce pękało mi, że go nie widywałam. Nie mogłam przestać o nim myśleć, bardzo chciałam nie czuć nic do niego. Nie powiedziałam chłopakowi, bo bałam się, że go stracę i miałam nadzieję to tylko zauroczenie, które przejdzie, bo przecież to się zdarza.


Chłopak z siłowni sam na mnie zwraca uwagę i poza uśmiechami, nigdy nie szukałam z nim kontaktu, bo chcę być z moim partnerem i jestem mu wierna. Jednak dziś po raz pierwszy zagadał do mnie, zaznaczę ze nie mówi po polsku, bo nie jest Polakiem. Zaczęłam się bardzo stresować, bo nie dość że do mnie zagadał to rozmawialiśmy w innym języku i nie czułam się pewnie, jednak rozmowa przebiegła dobrze. Mówił że jego brat też jest z Polką. Gdy na mnie patrzył to miał iskierki w oczach i szeroki uśmiech. Ja cała w skowronkach, jednak wolałabym żeby nigdy do mnie nic nie powiedział.

Wiem, że to złe, ale nie mogę się uwolnić od niego. Próbowałam zapomnieć, nie myślałam tydzień o nim, ale jak go widzę to wariuję. Chciałam zmienić siłownię, jednak chodzę z chłopakiem i to nasza ulubiona siłownia, nie mam powodu jaki mogłabym dać chłopakowi. Nie bez powodu mówią, że serce nie sługa. Kiedyś mnie samej wydawało się to proste a nawet głupie jakieś zauroczenia mogą nami zawładnąć, bo przecież jestem z kimś i jesteśmy szczęśliwi, a myślę o kimś 7 lat młodszym kogo w sumie nie znam...

#fbj8r

Mój chłopak (teraz już narzeczony) oświadczył mi się w podczas eleganckiej kolacji w ekskluzywnej restauracji, na której byli też jego i moi rodzice, ale zamiast standardowego pierścionka zaręczynowego z pudełeczka wyjął... złotą replikę pierścienia z Władcy Pierścieni.

Od tego momentu nie miałam już wątpliwości - to ten jedyny.

#4jwuC

13 października 2014. Dzień przed moimi 18, urodzinami. W szkole organizowany był Dzień Dawcy Szpiku. Rutynowe pytania, pobranie wymazu z policzka i podpisanie dokumentów. Z racji tego, że do pełnoletności został mi jeden dzień, wpisałam datę dnia następnego, tak na wszelki wypadek. Drobne oszustwo, do którego się przyznaję i jestem dumna :) Bo gdybym wtedy się nie zapisała, nie wiem, kiedy bym to zrobiła. Może następnego miesiąca, a może po roku? Czas grał tutaj dużą rolę.

Szybko zapomniałam o zapisaniu się do bazy dawców. Choć czułam satysfakcję, nie łudziłam się, że znajdzie się biorca, w końcu szanse nie są wielkie. Jednak nie musiałam długo czekać. Już po ponad miesiącu dostałam telefon. Byłam na lekcji, dzwoni telefon. Nie odebrałam, więc przyszedł SMS "Tutaj Fundacja DKMS, proszę o pilny kontakt". Oddzwoniłam idąc przez głośny i zatłoczony korytarz, więc nie usłyszałam pierwszych słów. Przez całą rozmowę byłam przekonana, że to rutynowe pytania dla każdego potencjalnego dawcy. 

Wieczorem weszłam sprawdzić swoją pocztę elektroniczną. Zobaczyłam maila i wszystko zrozumiałam. To nie był rutynowy telefon dla każdego, kto się zapisał - znalazł się biorca. W jednej chwili wszystko się zmieniło. Łzy szczęścia, wielkie wzruszenie. Nigdy nie przeżyłam tak wielkich emocji jak w tamtej chwili.

Potem wszystko działo się bardzo szybko. Badani krwi, mnóstwo papierów do podpisania, trochę czekania i dużo rozmów z Fundacją. Wstępne badania w stolicy, gdzie poznałam wielu wspaniałych ludzi i już było wiadomo - 4 lutego podzielę się swoimi komórkami macierzystymi.

Nie mogę powiedzieć, że był to przyjemny zabieg - praktycznie przez prawie 5 godzin nie mogłam się ruszać, aby wszystko szło sprawniej. Jednak fotel był wygodny, a wszystko przebiegało w przemiłej atmosferze, więc te kilka godzin minęło szybko i przyjemnie :) Po powrocie do hotelu od razu poszłam spać. Obudził mnie telefon od Fundacji z trzema informacjami na temat biorczyni. Kolejna dawka wzruszenia...

Dlaczego to tu piszę? Kilka dni temu dostałam od niej kartkę. Zwykłą kartkę napisaną w języku angielskim z niezwykłymi kilkoma zdaniami - "Czuję się bardzo, bardzo dobrze. Cieszę się, że to zrobiłaś. Dziękuję Ci bardzo!!!".

Cała moja przygoda z oddaniem komórek macierzystych przysporzyła mi wiele wzruszeń. Cieszę się, że mogłam uratować życie osobie chorej na białaczkę - i to w tak łatwy sposób. Przeżyłam wspaniałą przygodę, która na zawsze odmieniła moje życie. Kiedyś nie doceniałam tego co mam, teraz jest inaczej. Dlatego ogromnie zachęcam - jeśli tylko jesteście zdrowi, zapiszcie się! To nic nie kosztuje. Jesteście lekarstwem na raka, wykorzystajcie to.
Dodaj anonimowe wyznanie