Bardzo lubię chodzić po górach, ale nie jakieś jednodniowe wycieczki, tylko większe wyprawy górskie. Możne nie Everest, ale np. tydzień w górach na Słowacji. Zaraził mnie tym mój tata, z którym do tej pory wraz ze znajomymi chodzimy na takie wypady pod namioty.
Historia miała miejsce kilka lat temu, gdy miałem jakieś 13-14 lat. Byliśmy na tygodniowej wyprawie w Rumunii w Alpach Rodniańskich.
Zmordowani po całym dniu łażenia, spaleni na wiór, bo to było stale 1000 m n.p.m., a słońce grzało jakby się wściekło, a tam drzewko jedno raz na godzinę, doszliśmy do miejsca noclegowego. Rozłożyliśmy namioty, kolega poszedł po żonę, która się zgubiła, ale wszystko dobrze się skończyło, chwila jeszcze gadki i do spania.
Nagle budzę się w nocy. To sen? Nie... Wyraźnie słyszę... Dzwonek. Nie taki malutki, takie dum... dum...dum.. Do tego dochodzi jeszcze chrupanie i co jakiś czas tupnięcie. Dużo. Z różnych miejsc. Otwieram oczy, w blasku księżyca widzę na ścianie namiotu cień. Duży kłąb. Rany boskie, Maryjo najświętsza i wszyscy święci... Niedźwiedź. Najgorszy mój koszmar. Ale tak sobie myślę - kurde, co, stado niedźwiedzi przylazło nam do namiotów wpieprzać czipsy, potupać i podzwonić dzwonkiem?
Nagle słyszę rozpinanie zamka namiotu. I po chwili... Klaskanie, gwizdanie, ciamkanie, bekanie... Kuźwa, o co tu chodzi? Budzę tatę śpiącego obok i słyszę drugi zamek. I potężne bluzgi, no joby takie, że jakbym je przytoczył, to by tego "wyznania" szanowana administracja nie dopuściła. Nie powstydziłby się pijany szewc. Ojciec krzyczy z namiotu i pyta o co chodzi, kumpel odpowiada, żeby wyszedł i sam zobaczył. Wychodzimy, a tam... byki. Tak, stado cholernych byków, o północy, na wysokości 1100 w Rumunii. Jeden z nich miał dzwonek. Kumpel bluzgał, bo coś stratowały, jednemu zjadły suszące się skarpetki (ten to chyba szybko zdechł w męczarniach). Ojciec został berserkerem, bo ganiał je z kijem, kumpel grenadierem, bo rzucał w nie butlami z gazem do turystycznego palnika. Co prawda powodowało to tylko spojrzenie byczka z wyrazem "bawisz mnie" w oczach, ale warto próbować. Koleżanka stała cały czas nie wiedząc co jest grane, inny wyzywał je od kebabów. A ja... Ja kładłem się ze śmiechu. W końcu poszły... Do Węgrów obok.
To była najbardziej absurdalna i porąbana sytuacja, jaka mi się w życiu zdarzyła. Niektórzy w nią nie wierzą, ale zapewniam, że to zdarzyło się naprawdę.
Uwaga w tej Rumunii... Na wszystko, czego się nie spodziewacie ;)
Miałam kiedyś męża, ale on ciągle grał, grał i grał...
Po trzech latach nie wytrzymałam. Nie zauważył nawet, jak się wyprowadzam od niego z córką.
Dziś mijają 4 miesiące od mojej wyprowadzki, a on dalej gra.
PS Panowie, nie przegrajcie życia.
Jestem chyba jedyną dziewczyną, z którą chłopak chce się rozstać po 3 latach związku z powodu takiego, iż według niego "uprawiamy za dużo seksu".
Nadal nie wiem, jak to wytłumaczyć.
Czasy podstawówki. Spałam u koleżanki i miałam już wracać do domu, gdy jej mama zaczęła czesać ich psa rasy husky. Zdejmowała ze szczotki wyczesaną sierść i wsadzała ją do jednorazówki. Zapytałam, czy mogłabym wziąć to do domu... Zgodziła się. W rezultacie przyniosłam do domu trzy razy takie jednorazówki wypełnione do połowy psią sierścią.
Po co? Nie wiem.
Wreszcie postanowiłam przedstawić rodzicom mojego chłopaka. Dojrzały, mądry, przystojny. Niestety, jest sparaliżowany od pasa w dół i porusza się na wózku. Mi to kompletnie nie przeszkadzało. Przecież to taki sam człowiek jak ja.
Gdy rodzice zobaczyli Maćka byli w szoku. Zaczęli tłumaczyć, że to jakaś pomyłka, że ich córka nie może być z kaleką. Stwierdzili, że potrzebuję prawdziwego faceta, który będzie w stanie utrzymać mnie oraz przyszłe dziecko. Mówili, że kaleka nic w życiu nie osiągnie (!). Nietrudno się domyślić, że byłam na nich zła, Maćkowi było przykro, ale dalej mnie kochał.
Ta sytuacja miała miejsce cztery lata temu. Maciek mi się oświadczył. Z rodzicami nie utrzymuję kontaktu.
Kilka dni temu zadzwoniła moja matka, mówiąc, że ojciec miał wypadek i również jest sparaliżowany od pasa w dół...
Sytuacja miała miejsce jakieś 3 lata temu. Byłam wtedy w ciąży. Idąc ulicą, poczułam się słabo. Zaczęło kręcić mi się w głowie, zrobiło się ciemno przed oczami. Ukucnęłam przy jakiejś barierce, z nadzieją, że mi się polepszy i pójdę dalej lub ktoś z przechodniów mi pomoże. Przeszło obok mnie chyba z 15 osób... i nagle w końcu jeden mężczyzna około lat 30 zapytał mnie:
- Stało się coś?
- Słabo mi... - odparłam.
- Aha.
I sobie poszedł. Do tej pory nie wiem, jak to skomentować.
Nie wiem jak to inaczej nazwać, ale nie potrafię przywiązywać się do ludzi. Nie lubię długich związków i wieloletnich przyjaźni. Na początku jest fajnie, lecz z czasem zaczynają mnie oni męczyć, zwłaszcza kiedy chcą mnie bliżej poznać. Wszystko może mieć dla mnie charakter powierzchniowy, bez zbędnych uniesień czy uczuć.
Problem jest w tym, że łatwo nawiązuje kontakty, ale nie chcę ich podtrzymywać. Inni chyba mają jakąś patologiczną chęć ich podtrzymywania, frustruje mnie to. Oni czasem zachowują się naprawdę żałośnie.
U mnie w pracy zatrudnili mężczyznę.
Niby nic w tym dziwnego, nie!?
Gdyby nie fakt, że facet ma 35 lat i nie potrafi obsługiwać kalkulatora... Ostatnio poszedł do kierownika zapytać się, jak zrobić na kalkulatorze 0,19 zł.
Ciekawie się zapowiada :)
Będąc młodym chłopakiem mając ok.16 lat wpadłem w nieciekawe towarzystwo, mianowicie które lubiło narkotyki. Zaczęły się nocne tripy, jeżdżenie z meliny do meliny, nieprzespane noce i wagary. Nauka nie szła zbyt dobrze, a nadmiar opuszczonych godzin kierował do tego, że z dnia na dzień miałem mniejsze szanse zdania do kolejnej klasy. Pół roku w technikum zawaliłem i przepisałem się do klasy zawodowej w tej samej szkole.Trzymałem z tym samym towarzystwem i nocne tripy nie miały końca, zawsze było coś do roboty czy domówka, czy jakiś plener.
Przed końcem drugiej klasy zakochałem się w dziewczynie, wcześniej się z nią spotykałem, lecz nie brałem tego na poważnie, raz się z nią spotykałem, raz nie. Nie zwierzałem się jej, że mam problemy z narkotykami i coraz bardziej problemy z zdrowiem, bo był to przykry temat. Któregoś dnia postanowiłem, że powiem jej, że mam problemy z narkotykami i że im więcej czasu spędzam z nią, tym mniej myślę o tym.
Pewnego dnia siedzieliśmy u jej znajomych, gdy ona poszła zapalić papierosa na balkon, podeszła do mnie jej koleżanka i zaczęła wypytywać, czy ja tak na poważnie kręcę. Odpowiedziałem, że tak, bo strasznie mi się podoba i jest najlepszą dziewczyną, jaką poznałem. Koleżanka odpowiedziała, żebym rzucił narkotyki i zaczął się starać, to mi się uda. Wziąłem te słowa do siebie i zacząłem się starać, a przy okazji nie miałem czasu na tamto towarzystwo i narkotyki, w głowie miałem tylko, jak uszczęśliwić moją wybrankę. Po miesiącu od odstawienia spytałem się jej, czy chciałaby ze mną spróbować związku. Okazało się, że chce i był to najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Minęły 2 lata od tamtej pory nie miałem styczności z narkotykami, zdałem szkołę, zacząłem chodzić na siłownię. Miłość i poświęcenie potrafi zmienić tok myślenia. Nawet gdy jesteś zaślepiony głupotami. Ja spotkałem swoje szczęście, dla którego było warto się zmienić i poświęcić.
Przy okazji napiszę, że nie warto pakować się w bagno zwane narkotykami. Mi akurat się udało, ale znam wiele historii, które miały zupełnie inny, gorszy finał.
U każdego z nas znajdzie się coś, co można uznać za dziwny nawyk. U mnie w rodzinie były to zawsze "ubrania na niedzielę". Nie wiedział o tym nikt, poza moją mamą i mną (nie miałam rodzeństwa, a ojciec nigdy nie zwracał uwagi na to, co ma na sobie, nawet gdyby codziennie przez rok nosił tę samą bluzkę). Tak więc sama musiałam znosić nawyk mojej matki.
Polegało to na tym, że miałam oddzielne ciuchy do noszenia w niedzielę. Nie mogłam ich ubrać na żadne inne okazje. Ojcu matka też wybierała ubranie. Co niedzielę na łóżku leżała gotowa kupka do ubrania, a ojciec nie widział w tym nic niezwykłego, mimo że w inne dni sam wybierał co ubrać. Nie, nie byliśmy biedni, miałam ładne ubrania, które równały się tym "niedzielnym". Po prostu w czasie zakupów matka mówiła, że to będzie idealne na niedziele i tak miało zostać. Znała na pamięć wszystkie ciuchy, które kupiła mi na ostatni dzień tygodnia i pilnowała ich. Pamiętam, jak kilka razy przeciwstawiłam się temu. Chciałam jedną z tych "wyjątkowych" bluzek ubrać sobie na imprezę do koleżanki. Siedemnastoletnia wtedy ja zostałam zwyzywana za bycie niewdzięczną smarkulą. Zdarzyło się też raz, że zostałam uderzona z tego powodu w twarz.
Nie będzie żadnych morałów. Wyprowadziłam się, nie miałam żadnej traumy. Mam kontakt z rodzicami, choć średni. Ale mam jakąś dziwną satysfakcję, gdy jak przyjeżdżam na kawę w "niedzielnym ubraniu", moja matka zaciska usta z irytacji i nie może kazać mi się iść przebrać ani na mnie wrzeszczeć.
Ot co, to właśnie moja rodzina.
Dodaj anonimowe wyznanie