Kiedyś potrzebowałam spinacza, więc weszłam do biura mojego męża (pokój obok) i przeszukiwałam jego biurko. Znalazłam jakąś ładną kopertę, więc z ciekawości zajrzałam do środka. Bym tam list do "uroczej i najukochańszej Marty". Od razu poznałam charakterystyczne i piękne (dziwne, co?) pismo mojego męża. Miałam pewność, że to on pisał to romantyczne dzieło. Nie przeczytałam całego listu, bo byłam pełna złości i smutku. Skakałam tylko między zdaniami, wyłapując pojedyncze słowa typu "Kocham, tęsknię, całuję, czekam na spotkanie". Odłożyłam szybko list na miejsce i udawałam, że nic nie widziałam.
Biłam się z myślami na temat męża. Nie potrafiłam patrzeć mu w oczy, ale zarazem bałam się powiedzieć, że widziałam list. Udawałam, że wszystko jest okej i starałam się nie strzelić odruchowo mojego "focha". Mąż starał się w tym czasie o wiele bardziej mnie uszczęśliwić. To było oczywiste - chce mnie udobruchać, w razie gdybym coś podejrzewała o zdradzie! Wszystko ciągnęło się już długo, wiec stwierdziłam, że muszę coś zrobić. Chciałam poznać tę Martę i dowiedzieć się, czy on ją oszukuje, czy ona o mnie wie. Chciałam tak jak w filmach odegrać scenkę "złączenia sił" dwóch oszukiwanych kobiet.
Wzięłam jego telefon i szukałam numeru do Marty. Nie znalazłam. To oczywiste! Zapisał go pewnie inaczej, żebym się nie połapała! Postanowiłam po prostu przejrzeć wszystkie jego ostatnie SMS-y. No i masz! ZNALAZŁAM! Ten sam list wysłany do jakiegoś "Marka z firmy"...
Byłam załamana. Odłożyłam telefon i zaczęłam płakać.
Po kilku minutach chciałam przeczytać list jeszcze raz. Przewinęłam na samą górę, a tam SMS od Marka:
"Tu masz szkic tekstu, przerób go i mi podeślij. Rocznicę mamy w piątek, tak że nie spiesz się. Mam nadzieję, że Marta uwierzy, że to ja postarałem się tak pięknie pisać, bo jak nie, to będzie wtopa".
Nawet nie wiecie, jaką poczułam ulgę...
Pod koniec dnia mój ukochany podszedł do mnie i powiedział:
"Widzę, że czujesz się już lepiej. Jeśli chcesz, to dzisiaj to ja ugotuję obiad".
Nigdy się nie dowiedział, że podejrzewałam go o zdradę, kiedy on był wierny i jeszcze się o mnie martwił :') No i jedno trzeba mu przyznać: potrafi naprawdę pięknie pisać i kaligrafować :)
Bardzo szybko zaczęłam kontakty seksualne. Moje pierwsze wspomnienia sięgają wczesnego dzieciństwa, mogłam mieć 4 czy 5 lat. Mieliśmy w ogrodzie dużą altankę, w której bawiłam się całymi dniami lalkami lub rysowałam. Jak to altanka, pośrodku był okrągły stół, a dookoła ławeczki. W mojej zawsze na podłodze leżały materace, koce i poduszki, żeby nam, dzieciakom, było miękko i żebyśmy mogli leżeć jeśli chcieliśmy. Byłam jedyną dziewczynką w rodzinie, miałam 3 braci i 4 kuzynów, którzy mieszkali po sąsiedzku i przychodzili się do nas bawić. To właśnie dwóch moich kuzynów byli tymi, z którymi miałam pierwszy kontakt fizyczny. Starsi ode mnie o 3 i 4 lata, sami jeszcze byli dziećmi. Przychodzili do altanki, ja siedziałam na ławeczce i malowałam, oni kładli się na materacu, ściągali mi majtki (zawsze nosiłam sukienki), dotykali, wkładali palce do środka, lizali, a ja to uwielbiałam. Nie mogłam się doczekać kiedy przyjdą, czasem specjalnie nie zakładałam majtek. Trwało to przez kilka lat, aż pewnego razu próbowali zrobić to samo swojej kuzynce, która powiedziała rodzicom i chłopaki dostali, mówiąc wprost, wpierdol. Później już nie przychodzili się bawić, mieli zakaz zbliżania się do dziewczyn.
Wtedy często się masturbowałam, ale to nie było to samo. Wkładałam w siebie przeróżne przedmioty, zmuszałam mojego psa do lizania mnie (nie że siłą, tylko jego przysmakami ;)), robiłam tak dziwne rzeczy w wieku ośmiu lat, że aż cud, że nie wylądowałam w szpitalu lub nie nabawiłam się jakiejś poważnej infekcji.
Jak miałam jakieś 10 lat, to po raz pierwszy uprawiałam seks z moją przyjaciółką. To był zwyczajny, lesbijski seks, z minetkami, palcówkami i wszystkim tym, co możecie zobaczyć w porno. Już wtedy wiedziałam co się robi i wszystkiego nauczyłam przyjaciółkę. Sypiałyśmy ze sobą do około 16 roku życia, później ona poznała kogoś i zakończyła naszą relację. Od wtedy przez następne 10 lat miałam dużo różnych przygód, trójkątów i innych wielokątów w każdej możliwej konfiguracji, orgie, przelotne romanse, kluby swingerskie. Dużo korzystałam, uwielbiałam to.
Teraz mam 27 lat i od roku żyję w szczęśliwym związku monogamicznym. Wystarcza mi seks z jedną osobą, nie czuję potrzeby szukania czegoś na boku.
Nie mam też żadnych traum z dzieciństwa. Zawsze lubiłam seks i od dziecka dużo na ten temat wiedziałam, w moim domu mówiło się o nim bez oporów, w domu mieliśmy gazetki erotyczne, które nie były chowane, nikt nam nie kazał zasłaniać oczu, gdy w filmie leciała scena seksu. Co prawda moi rodzice nie wiedzą o moich najwcześniejszych przygodach, ale wiedzą o niektórych nastoletnich, również o trójkątach. Rozmawialiśmy szczerze o antykoncepcji, wiedzą też, że jestem biseksualna.
Nie żałuję niczego, co zrobiłam w życiu, bo wszystko robiłam w zgodzie z samą sobą.
Historia zdarzyła się, jak miałem jakieś 10 lat. Mama kazała mi poodkurzać mieszkanie, więc z niezwykłym mozołem i niechęcią musiałem to zrobić, zanim ona wróci z pracy. Muszę nadmienić, że byłem fanem bajki "Wojownicze Żółwie Ninja". Zacząłem odkurzanie od łazienki, kończąc na dużym pokoju. Zanim zabrałem się za ostateczne starcie z owym pokojem, postanowiłem odczepić rurę od odkurzacza i powymachiwać nią trochę, jak Leonardo. Wymachy, jakieś kręciołki, wir nad głową... i nagle słyszę jak coś roztrzaskuje się na podłodze... Abażur od lampy.
Wystraszony, nie wiedziałem co począć, bo przecież jak mama się dowie, że ja jestem sprawcą zniszczeń, będzie krzyczeć, więc wpadłem na okropnie szatański plan. A mianowicie, koło naszego bloku, całkiem niedaleko, był park, a w parku mnóstwo wron. Udałem się tam bardzo szybko i pozbierałem kilka piór. Wróciłem do mieszkania, które było nawiasem mówiąc mieszkaniem na poddaszu, zawinąłem odkurzacz do szafy, otworzyłem okno dachowe dosyć szeroko i porozrzucałem pióra po podłodze. Po pięknie zastawionej scenie zbrodni zamknąłem mieszkanie i poszedłem na podwórko.
Dzwoni telefon: "Wracaj szybko do domu!". No to pożegnałem się z kolegami, zawijam do domu, a tam matula stoi wielce zdziwiona i mówi, że chyba ptak wpadł do pokoju przez okno i rozbił abażur. Ja z jeszcze większym niedowierzaniem pytam "Naprawdę?". :)
O tym, że głupi jednak nie zawsze ma szczęście.
Pewnego letniego wieczoru rodzice pozwolili nam spać u kuzyna w namiocie pod domem, pod warunkiem, że będę pilnować młodszego brata. Dla 11-latki to niezła frajda.
Tak więc w trójkę: ja, kuzyn i brat (3 lata młodszy) całą noc biegaliśmy, opowiadaliśmy straszne historie i tego typu rzeczy. Na następny dzień rano zauważyłam, że wypadł jeden śledź z namiotu. Kuzyn zwinął młotek z garażu i już chcę wbić śledzia z powrotem, a tu mój braciszek siedzący w namiocie nacisnął ręką na ścianę namiotu tak, że była ona na linii mojego uderzenia. Ale nie. Nie dostał. Pięć razy chciałam uderzyć i choć darłam się, żeby tej ręki nie wystawiał, on ciągle to robił. W końcu podjęłam decyzję i po krzyknięciu: "teraz naprawdę uderzę!" wzięłam zamach i uderzyłam. Szkoda tylko, że w głowę mojego "mądrego" brata, który stwierdził, że pewnie znowu nie uderzę i spróbował szczęścia wystawiając głowę. Zawsze miał chore pomysły...
Krew zaczęła tryskać po całym namiocie, brat płakał wniebogłosy, a ja bałam się chyba bardziej od niego. Uciekłam do szopy i siedziałam tam zapłakana, póki mnie nie znalazła ciocia, pielęgniarka, która opatrzyła brata i zapewniła mnie, że Marcin nie umrze.
Skończyło się na mega guzie i trzech szwach.
Brat nie mógł mi tego wybaczyć, ale z biegiem czasu stwierdził, że w sumie to dobrze, bo blizna na brwi dodaje mu uroku.
PS Przez tego gamonia miałam szlaban na wychodzenie przez miesiąc, a on był traktowany jak książę.
Ale już nigdy więcej mnie nie prowokował.
Pracuję jako ratownik medyczny - ratowanie życia, "dzień jak co dzień".
Pewnej soboty w jednym z klubów, w którym byłem prywatnie, zaczęła mi się przyglądać jakaś dziewczyna. Po chwili podeszła z koleżanką i powiedziała: "Dziękuję, uratowałeś mi życie".
Niby mała rzecz, a cieszy. Wieczór stał się piękniejszy. Oby więcej takich pacjentów.
Zdaję sobie sprawę, że nie jestem przystojny, wręcz przeciwnie. Jestem przy tym dosyć majętnym człowiekiem. Nie można powiedzieć, że bogaczem, ale kasę mam. Moja dziewczyna zawsze mówiła, iż bardzo mnie kocha, że wygląd i pieniądze nie mają dla niej znaczenia, liczy się tylko wnętrze i uczucie.
Postanowiłem jej się oświadczyć. Była wniebowzięta.
Niedługo potem oznajmiłem jej, że przed ślubem chcę spisać intercyzę (do czego mocno namawiali nie moi rodzice), tak na wszelki wypadek. Bardzo jej się to nie spodobało, była wściekła. Zarzuciła mi, że jej nie kocham, że mi na niej nie zależy, że mam ją za naciągaczkę. Pokłóciła się ze mną i wyszła, a gdy następnego dnia potwierdziłem, że z intercyzy nie zrezygnuję, postanowiła, że musi od nas odpocząć i parę spraw przemyśleć.
Jakiś czas później widziałem ją w galerii u boku jakiegoś pana, zapłacił za jej zakupy czarną kartą kredytową, ona w podzięce namiętnie go pocałowała.
Faktycznie - uczucie jest najważniejsze.
Jadę w sobotę z ojcem autem do miasta po kilka potrzebnych przedmiotów. Jedziemy sobie spokojnie, gdy nagle pewien kierowca zajechał nam drogę, więc ojciec go otrąbił. Kilka sekund później auto kierowcy, który został otrąbiony, zatrzymało się i kierowca wyskoczył do mojego ojca. Podchodzi do naszego auta i zaczyna wyzywać i kląć na mojego tatę:
- Jak jeździsz, ty stary ch&5#!
Na to ojciec odsuwa szybę i mówi spokojnym głosem:
- Dzień dobry, prokuratur okręgowy Kowalski, w czym ma pan problem?
Agresywny kierowca w jednej sekundzie zapomniał języka w gębie i po chwili wybąkał:
- Bardzo pana przepraszam...
Po czym szybko oddalił się do swojego auta i odjechał.
Jestem pełen podziwu dla mego ojca, który co prawda jest mechanikiem, ale kolesia zgasił koncertowo. To się nazywa opanowanie!
Moja dziewczyna i ja mieszkamy prawie 100km od siebie, a co za tym idzie widujemy się głównie w weekendy. Ostatnio podczas rozmowy telefonicznej zagaiłem, że marzy mi się, abyśmy kiedyś zamieszkali razem. A ona na to "Oj, to bym musiała codziennie golić nogi, nie ma mowy!".
Czy znacie "Kamizelkę" Bolesława Prusa? Historia w niej przedstawiona kojarzy mi się z historią mojej babci i mojego dziadka.
Mimo trudów codzienności bardzo się kochali i szanowali. Babcia była piękną, zgrabną i elegancką kobietą. Któregoś dnia ubzdurała sobie, że musi schudnąć. Całymi dniami ciężko pracowała, czasy były jakie były, kobiety miały następujący pomysł na dietę cud - picie octu. Nie, nie octu jabłkowego, zwykłego octu z wodą. Dziadek prosił, żeby przestała go pić, tłumaczył, zapewniał, że jest piękna.
Nic nie pomagało do czasu kiedy mój dziadek, który był krawcem, wpadł na genialny pomysł. W nocy, kiedy babcia spała poszerzał jej spódnice i sukienki. Babcia "schudła" tak szybko, że roztwór wody i octu nie zdążył jej zaszkodzić. Zadowolona z efektu przestała go pić.
Sprawa się wydała, ale babcia nie odchudzała się już nigdy w tak głupi sposób. Żyli długo i szczęśliwie, mimo czasami kiepskiej sytuacji finansowej i chorób. Otoczeni troską i miłością, jaką dali swoim dzieciom i wnukom, taką też otrzymali z nawiązką.
Każdemu życzę takiej miłości, na swoją cierpliwie czekam.
To jest tak wstydliwa historia, że nawet nie wiem jak ją "ubrać" w słowa...
Oczywiste jest, że małe dzieci są ogromnie zainteresowane światem, poznawaniem nowych rzeczy, własnego ciała... Więc o tym ostatnim będzie.
Gdy byłam mała, oglądałam w lustrze swoje ciało. I tak pewnego razu wypinając tyłek do lustra zobaczyłam tam... dziurę. I jako może 5-letnie dziecko nie byłam uświadomiona, że dziewczynki mają dwie takie dziury. Przez kilka dni obserwowałam, czy ta druga dziura się zrasta, znika, no ale nie. Byłam bardzo przerażona i nie wiedziałam, do czego to służy (myślałam, że dwójeczkę załatwia się przez tę pierwszą dziurkę, nie wiem dlaczego).
Pewnego wieczoru po kąpieli poszłam do rodziców z płaczem, że pewnie umrę niedługo, bo mam w dupie dziurę. Oni jako opiekuńczy rodzice wzięli mnie do pokoju, żebym im pokazała, o jaką śmiertelną pustą przestrzeń chodzi. Pamiętam, że tata wybuchł śmiechem i wyszedł, a mama wytłumaczyła mi do czego to służy.
Wstydzę się tego do tej pory.
Rodzice na szczęście nigdy nie wracają do żadnego kompromitującego wydarzenia z dzieciństwa swoich pociech.
Głupim dzieckiem byłam, ot tyle.
Dodaj anonimowe wyznanie