Przeczytałem kiedyś gdzieś na Internecie wyznanie gościa, który był z brzydką laską, bo z tymi ładnymi nie wytrzymywał psychicznie. Gość opisywał tam dużo mojego życia. Zastanawiałem się, czy nie zrobić tak samo jak on zrobił, ale szybko doszedłem do wniosku, że to bez sensu, bo będę się wstydził z taką pokazywać.
Firma wysłała mnie na delegację 400 km od domu, do miejsca, gdzie nikt mnie nie znał, i postanowiłem faktycznie zrobić sobie eksperyment jak to będzie z brzydulą i po kilku miesiącach, kiedy zbliża się termin powrotu do domu, powstał nie lada problem. Bo jak się okazuje, to złota kobieta i szkoda mi ją zostawiać, a jednocześnie nie chcę być wyśmiany przez znajomych, jak mnie z nią zobaczą. Dziewczyna nie jest jakaś tragiczna, jest szczupła, kształty są OK, ale twarz ma taką, że cieszę się, że jest korona i ludzie noszą maseczki na twarzach i ona musi ją zasłaniać. Mogłaby się też trochę lepiej ubierać i zadbać o włosy, ale to akurat nie jest duży problem, bo jeżeli przyjedzie ze mną do domu, to ją dofinansuję i pokieruję.
Spotykamy się trzy miesiące, w tym miesiąc, gdzie ze sobą już praktycznie mieszkamy, nie miała ani jednego humoru. Wracam do domu i zastaję gorący obiad, w mieszkaniu błysk, otwieram szafę - wszystko w kosteczkę poukładane, na wieszakach poprasowane. Wstaje przede mną, robi mi kawę, śniadanie oraz dwa posiłki do pracy, bo jem co trzy godziny. Codziennie uprawiamy seks. Nie dość, że nigdy mi nie odmówiła, to jeszcze często sama go inicjuje. No czego chcieć więcej od życia? Widzę ogromny kontrast pomiędzy moimi byłymi, gdzie o ugotowaniu dla mnie czegokolwiek nie było mowy. W mieszkaniu wieczny syf, a w łazience to już był dramat, nawet wkładki były porozrzucane po kątach. Moja ostatnia była szykowała się trzy godziny, żeby wyjść po chleb do sklepu. Dwie lewe ręce do wszystkiego, foch gonił foch. Jaki bym prezent jej nie kupił i gdzie nie zabrał, to zawsze coś jej nie pasowało. A moja brzydula? Nie pamiętałem o jej urodzinach, zobaczyłem powiadomienie na fejsie i wysłałem jej pierwsze lepsze kwiaty pocztą kwiatową do miejsca jej pracy, bo nie chciało mi się chodzić po sklepach i szukać prezentu. Zachwycona była tak jakby wygrała w toto lotka. Porobiła dziesiątki zdjęć, obdzwoniła koleżanki. Jest we mnie strasznie zakochana i powiedziała, że jest gotowa rzucić wszystko i wyjechać ze mną w moje rejony. Tu bym jej znalazł lepszą pracę, a nie jak teraz rypie za podstawę u jakiegoś Janusza biznesu i pieniędzy wystarcza jej na ubieranie tanich szmat. Po powrocie od razu wjeżdża kosmetyczka, fryzjer, normalne ciuchy i powinno pomóc.
Nigdy nie myślałem, że będę się żalił obcym ludziom w Internecie, ale mam straszną rozterkę, co będzie słuszne. Albo ją zostawiam, albo zabieram ze sobą. Niby to tylko trochę wstydu i ludzie się przyzwyczają, a kobieta złota.
Uważam, że mężczyzna i kobieta są biologicznie i kulturowo przystosowani do pełnienia swoich ról w społeczeństwie i domu. Części z was czytających może się to wydać trochę nie na czasie, ale tak nas natura stworzyła. Idźmy do właściwej treści wyznania.
Moja dziewczyna dostała w spadku mieszkanie po babci i po pół roku znajomości postanowiliśmy zamieszkać tam razem. Moja druga połówka jest za równouprawnieniem płci i oznajmiła mi, że nie ma zamiaru mi gotować, prać, sprzątać itp. Mam nauczyć radzić sobie sam, bo ona mnie nie będzie wyręczała. No spoko. Średnio mi się to podobało, ale czasy są jakie są, musiałem nauczyć się gotować i obsługiwać pralkę (mam 24 lata, świeżo wybyłem z domu i wcześniej takie rzeczy robiła za mnie mama).
Pewnego ranka mówi mi, że auto jej nie odpaliło i żebym coś z tym zrobił, schodzę na dół i mówię, że akumulator padł i trzeba go podłączyć do ładowania. Ona do mnie "wyciągnij go i naładuj". I wtedy mi się przypomniały jej wywody o równouprawnieniu i powiedziałem "Nie, nie, nie. Jak jesteś taka postępowa, to sama to zrób". I zaczęły się teksty "Ty jesteś mężczyzną" itp. Walnęła focha i zapomniała o równouprawnieniu.
Nie uległem. Odkręcała go z 40 minut na mrozie i z 20 minut wnosiła na trzecie piętro. Połamała sobie tipsy, podarła kurtkę, a na końcu zachorowała, bo przemarzła i ją przewiało. Ten akumulator ważył z ¼ niej.
Na kolejne sytuacje nie trzeba było czekać długo. Zamówiła szafkę pod telewizor do mieszkania z wniesieniem i jakie było jej zdziwienie, jak zorientowała się, że trzeba ją złożyć. Spojrzała na mnie, a ja na to, żeby dała znać jak skończy, bo idę sobie popykać na plejce. Trzy dni się męczyła i jej nie złożyła. W końcu przyszła i negocjowaliśmy - umówiliśmy się, że ja ją składam, a ona za to tydzień mi gotuje, sprząta, pierze, prasuje.
Są pewne rzeczy, do których facet jest stworzony i ma lepsze predyspozycje, jak i są pewne rzeczy, które kobieta powinna wykonywać, a nie równouprawnienie tylko tam, gdzie jest mi wygodnie. Facet jest od prac siłowych i takich, które wymagają zdolności manualnych, myślenia przestrzennego itp. Kobieta niech się zajmie za to domem i jakąś lekką pracą zawodową. Ona mi ugotuje, ja jej naprawię kran, ona mi wypierze, ja wymienię koło w samochodzie. Jakoś do tej pory to dobrze funkcjonowało. A jak już chce tego równouprawnienia, to niech to będzie prawdziwe równouprawnienie w każdym aspekcie życia, a nie tylko tam gdzie jej pasuje.
Moja planuje remont, ale będzie go chyba sama robić, bo ja palcem nie kiwnę, pomimo że wykończeniówka to dla mnie pikuś, bo mam ojca pracującego w tym zawodzie, który mnie uczył. Nie stać ją na fachowca, a ja nie zamierzam przychodzić z pracy do pracy i wyjmować sobie kilku miesięcy życia dla dziewczyny, którą znam ponad pół roku i która nie chce mi nawet obiadu ugotować.
Właśnie przypominała mi się sytuacja sprzed roku.
Byłam w poważnym dołku emocjonalnym, jednak nikt z mojej rodziny o tym nie wiedział. Zawsze wstydziłam się tego przed nimi i ukrywałam, gdy było mi źle. Pewnego wieczoru byłam tak zdesperowana, że postanowiłam pójść nad rzekę i zakończyć swoje życie, a wszystko to pod pretekstem spaceru z psem. Ubrałam się i już miałam wychodzić z domu, gdy zatrzymał mnie mój brat. "Pójdę z tobą" - oznajmił i od razu zarzucił kurtkę, gotowy by wyjść ze mną.
Mój brat nigdy z własnej woli nie zaproponował czegoś podobnego, spacer wieczorny z psem to dla niego męka, więc rozumiecie moje zdziwienie. Chyba anioł stróż go do tego natchnął, bo inaczej mogłoby mnie już nie być. Kocham swojego brata.
Podczas oświadczyn posikałam się ze szczęścia.
Mam 26 lat i znajomi oraz rodzina coraz częściej zadają mi dziwne pytania, zupełnie nie rozumiejąc tego, że nie mam dziewczyny i nawet jej nie szukam. Dlaczego? Może dlatego, że gdzie się nie ruszę to same puste fejsowo-instagramowe lalunie, widzące jedynie czubek własnego upudrowanego noska. Ich zainteresowanie muzyką ogranicza się do tego co aktualnie "na topie" (jak wspomnę o takim zespole jak Pink Floyd, to patrzą na mnie jak na przedstawiciela obcej cywilizacji), filmami do tego co oglądają psiapsiółki (czyli też jest aktualnie modne), a namówienie którejkolwiek na to, żeby zamiast do Grecji na parę dni jechać w góry (i bynajmniej nie po to, żeby spacerować po Krupówkach i wrzucać pierdylion fotek na fejsa) byłoby równie prawdopodobne, co wspólny lot na Marsa. Piotrek, stary kumpel z liceum, już przy każdym spotkaniu podśmiewa się ze mnie, że chyba mam problem z orientacją. A kuźwa nie mam, dziewczyny mnie kręcą. Tyle że on z tą swoją Martyną to od kilku lat chodzi wyłącznie dla seksu, wywala setki złotych miesięcznie na wyszukane prezenty, ciągle znosi jej fochy i chorą zazdrość, o czym nie omieszka wyżalić się "przy piwku". A ja chciałbym po prostu bratniej duszy, z którą człowiek rozumie się bez słów i nie potrzebuje co krok udowadniać sobie nawzajem fałszywego przywiązania.
Rodzice to jeszcze dalej w przyszłość wybiegają i mama ostatnio delikatnie zaczyna się żalić, że ze mną to wnuków chyba się nie doczeka. A ja milczę, bo nie mam serca powiedzieć jej, że owszem, dzieci na 99% miał nie będę. Nawet jak życiową partnerkę kiedyś znajdę, to na co mi dzieci? Jakie życie im podaruję? Zdewastowane środowisko naturalne, morza pełne plastiku i ropy, rzeki i jeziora ścieków, a jako miejsce zamieszkania rozrastające się do niebotycznych rozmiarów, cuchnące smogiem, betonowe pustynie. Świat pełen wzajemnej nienawiści z lewicy i prawicy, gdzie chora polityka wdziera się praktycznie w każdą dziedzinę życia od sportu po gry komputerowe. Świat rządzony przez chciwe korporacje, które cały czas mnożą majątek i wpływy, niszcząc zwykłych ludzi. Ulice pełne przemocy i bluzgów, a drogi wariatów, o których mogę napisać osobną historię. Na dokładkę na każdym kroku chamska inwigilacja i cenzura, zarówno ze strony rządu, jak i wspomnianych korporacji, które chcą znać każdy szczegół z mojego życia. Nie, nie chcę nikomu przekazywać świata w tym stanie. Nigdy.
Od wielu lat staram się patrzeć na życie do bólu obiektywnie, czego ludzie zwyczajnie nie mogą znieść i uważają mnie za totalnego pesymistę i malkontenta. Ale może się mylę? Może jestem tylko życiową pierdołą, a świat wokół jest piękny i cudowny, tylko ja tego w ogóle nie dostrzegam?
Latem postanowiłem się wziąć za siebie. Od dłuższego czasu przeszkadzała mi marna (jak na moje standardy) kondycja. Stwierdziłem więc, że czas znowu wsiąść na rower i zobaczyć ile kilometrów jestem w stanie zrobić w ciągu miesiąca.
Stwierdziłem też, że to dobra okazja, żeby przyswoić kilka dobrych nawyków, które po rowerze stają się wręcz koniecznością + popracuję nad swoją śmiałością. Plan był prosty - gdy zobaczę jakąś ładną dziewczynę w trakcie jazdy, to pomacham/uśmiechnę się, ogółem wykonam jakiś miły w odbiorze gest. Sprawa mogłoby się wydawać wręcz banalna, a czynność kompletnie niewstydliwa, wszak jeżdżę zawsze w przyciemnianych delikatnie okularach, co ukrywa moje rozbiegane oczy w takiej sytuacji, no i widzę tę osobę dosłownie parę sekund, w końcu jadę na rowerze.
Gdy po przejechaniu 40 km powoli zacząłem się kierować w stronę domu, zauważyłem jakąś dziewczynę, więc chcąc wykonać gest, zbliżając się nieco zwolniłem. Będąc już naprawdę blisko, skierowałem wzrok na nią, ona popatrzyła na mnie... A ja przejechałem powolutku dalej, gapiąc się jak idiota, nie robiąc dosłownie niczego.
Wtedy właśnie doszedłem do wniosku, że nie ma dla mnie nadziei :P
Jestem normalną dziewczyną, uczę się dobrze (średnia 4,5 przy 2 kl. liceum), ale dla wygody często chodzę w spodniach dresowych.
Ostatnio czekam w sklepie na koleżankę. Nagle podchodzi do mnie chłopczyk na oko 5 lat. I co mówi?
- Dzień dobry. Zastanawiam się, bo moja mama mówi, że są dwa typy dresów. To pani jakim jest? Pospolitym czy Anonimowym?
Chyba nie muszę opisywać wyrazu swojej twarzy ;-)
Jestem studentką filologii polskiej i za dwa tygodnie będziemy wybierać swoją ścieżkę kariery zawodowej. Wiem, że to nie jest czymś nieodwracalnym i wiem też, że bardzo często praca nie ma związku z ukończonym kierunkiem, ale spędza mi to sen z powiek.
W momencie, gdy ktoś dowiadywał się o moim wyborze słyszałam:
1) "Tylko nie na nauczycielkę..."
2) "Mam nadzieję, że nie chcesz być nauczycielką"
3) "Pod żadnym pozorem nie idź na nauczycielstwo!".
Każda z tych wypowiedzi pochodzi z ust nauczycielek. Nauczycielek, które dobrze sprawdzają się w swojej pracy, są lubiane przez uczniów i potrafią uczyć. Nauczycielek, które poniekąd były moimi autorytetami na różnych etapach mojej edukacji, bo każde z tych zdań zostało wypowiedziane przez moje wychowawczynie. Na początku myślałam sobie "Hej, nie ma mowy! Ja i uczenie dzieci? Nigdy w życiu" - i tak też odpowiadałam tym kobietom.
Dziś, po spotkaniu, na którym dowiedziałam się więcej o tej specjalizacji, jestem rozdarta. Dotarło do mnie, że to jest coś świetnego... że chyba chciałabym to robić w życiu. Tutaj wstępują argumenty - nauczycielki odradzają, wszyscy narzekają na pensję, ciągle są jakieś problemy z sytuacją ogólną edukacji... A choć powinien być to zawód szanowany i nauczycieli tak właśnie powinno się traktować, wszyscy wiemy jak jest naprawdę. Martwi mnie narzekanie na pensję, bo wiadomo, że chciałabym za coś żyć, jednak moim największym utrapieniem w tym momencie jest odradzanie obrania tej ścieżki przez osoby wykonujące już ten zawód.
Jestem w kropce.
Historię, którą śmiało mogę nazwać najbardziej żenującą w swoim 20-letnim życiu, zrozumieją przede wszystkim panie... Rzecz tyczy się wizyty u ginekologa.
Jak wiadomo, wizycie u tego lekarza często towarzyszy stres i zakłopotanie. Jak to u ginekologa... pozycja "bierz co chcesz", a następnie badanie piersi.
A teraz wyobraźcie sobie, że podciągacie biustonosz, a z niego wylatuje wam 2,50 zł w 1-, 2- i 5-groszówkach, których wcześniej nie miałyście gdzie wsadzić... Brzdęk monet o płytki na podłodze powoduje zmianę koloru twarzy na wściekłą czerwień i nagle po 20 latach zaczynasz się jąkać. Szybka kalkulacja w głowie "wyginać się nago w poszukiwaniu miedziaków po podłodze czy udawać, że nic się nie stało?".
Pan doktor nie wytrzymał, parsknął śmiechem i oznajmił, że mają kontrakt z NFZ, więc wizyta jest bezpłatna.
Nawet nie pamiętam, jaka była diagnoza.
Jest wielka nagonka na koronę. Wszystko pozamykane, obostrzenia itp. Ale po co to, jeśli sam sanepid, po zgłoszeniu osoby zakażonej, potwierdzonej badaniem, po zgłoszeniu wszystkich domowników, nakłada obowiązek izolacji tylko na wybrane z nich?? Jeden z domowników nie został zarejestrowany na kwarantanne ponieważ... Uwaga! Nie podał numeru PESEL. Przy zgłoszeniu nieprzestrzegania przez niego zasad kwarantanny okazało się, że wcale nie musi jej odbywać. Dlaczego? Bo nie odebrał od nich telefonu i nie podał swoich danych. A rejestrując kolejno nas, podaliśmy, że mieszka z nami jeszcze jedna osoba. Podaliśmy jej imię, nazwisko i numer telefonu.
Facet wychodzi sobie parę razy dziennie po piwko, bo jest alkoholikiem, w dupie to ma, że był przez nas powiadomiony, że jesteśmy chorzy i musi pozostać w domu. Sam kaszle i pluje, ale co tam - hulaj dusza, w dupie ze wszystkimi, on browara musi mieć, podczas gdy mamusia załatwia mu wolontariusza, aby przyniósł synkowi pod drzwi jedzonko... No ku#!a mać! Coś jeszcze lepszego powiem - gdy po paru dniach udało się go zgłosić do sanepidu, dzięki czemu jest w końcu formalnie na kwarantannie, zadzwoniliśmy na policję zgłosić, że on parę razy dziennie wychodzi po piwo. Komisariat oddzwonił i stwierdził, że nic z tym nie zrobią, bo tym zajmuje się inna placówka - która z kolei nie odbiera telefonów, sanepid też kieruje nas gdzieś... Nic, wielka olewka, a on będzie tak sobie wychodził, dopóki wystarczy mu kasy.
Uprzykrza nam życie swoim pijaństwem, obsikiwaniem całej łazienki, nocnym wyciem... już nie będę mówić o zapachu, jaki po sobie pozostawia, przechodząc obok. Nieprzestrzeganie kwarantanny bezkarne, jak i zakłócanie spokoju domowników - czy to w dzień, czy w nocy. Policja reagować nie zamierza, bo to niska szkodliwość jest. Żeby ktokolwiek z mundurowych się tym panem zainteresował, musiałby nas chyba pozabijać.
Pozdrawiam i bardzo dziękuję za ten cały system i rządzących, którzy takie komedie tworzą.
Dodaj anonimowe wyznanie