#bVdk9

Historia, którą opowiedział mi tata.

Tata miał pewną koleżankę (nazwijmy ją Ania). A więc Ania miała znajomą, która mieszkała w Stanach (nazwijmy ją Kasia). Były to czasy PRL-u, więc Ania bardzo się ucieszyła, gdy dostała paczkę od Kasi z masą prezentów - słodyczami, mydełkami, napojami, ubraniami itd.
I właśnie wśród tych wszystkich rzeczy była pewna tubka, a że Ania nic po angielsku nie rozumiała, musiała sama odkryć co to jest. Otworzyła, powąchała - zapach bardzo ładny, truskawkowy. Dała trochę na palec - kolor taki jak zapach, konsystencja gęsta, jak polewa do ciast. Polizała... i okazało się strasznie smaczne! Wniosek? Lukier do ciasta!

Kilka dni później Ania zaprosiła koleżanki, żeby pochwalić im się co dostała. Na tę specjalną okazję upiekła ciasto właśnie z wyżej wspomnianym lukrem. Przyjaciółki wychwalały i zachwycały się niesamowicie, szczególnie pyszną polewą. Jakoś tak wyszło, że zjadły całą tubkę, a potem się pożegnały.

Kilka tygodni później przyjechała Kasia. Oczywiście opowiadała o Ameryce, ludziach itp. W końcu zapytała się, czy Ani spodobały się prezenty. No oczywiście, że się spodobały, a jakżeby inaczej? A potem Kasia zadała bardzo ważne pytanie:
- A spodobał ci się ten żel truskawkowy do higieny intymnej?

#097jd

Moja mama miała dziecko. Niechciane. Niekochane. Oddała je do adopcji ponad 30 lat temu. Nie, to nie byłem ja. To była moja siostra.

Pewnego dnia po śmierci mojej mamy znalazłem w jej papierach zdjęcie z noworodkiem. Mama na zdjęciu wyglądała bardzo smutno. Na zdjęciu nie byłem ja, ja nie mam czarnej skóry i czarnych włosów. Ja mam skórę bladą jak śnieg i rude włosy po mamie, a mój tato jest blondynem. Poszedłem do babci zapytać się o to dziecko. Babcia niechętnie stwierdziła "To mamy córka". Jak to? Mama miała córkę? "Tak. Jakiś człowiek zrobił jej wielką krzywdę lata temu. Ale nie szukaj, nie dopytuj, zostaw to tak jak jest. Jakby chciała, to sama by was znalazła".

I teraz nie wiem, czy szukać mojej siostry, czy nie szukać. Może wy mi podpowiecie co mam w takim wypadku robić, bo jestem naprawdę skonsternowany.

#Oxao9

Wiem, że zostanę za to zlinczowany ale trudno.

Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły średniej, była z nami też taka dziewczyna.
Jeździła na wózku, ale nic nie miała oprócz tego (sama nam mówiła, żadnych innych chorób oprócz związanych z nogami).
Była strasznie wścibska, obgadywała każdego za jego plecami (co szybko wyszło bo nie wiedziała kto z kim się przyjaźni), oczywiście potem fakt, że nikt jej nie lubi, zrzuciła na to, że jest na wózku (nie wspomnę, że nawet inny chłopak ze szkoły, fajny, na wózku, nie chciał z nią gadać).

Dziewczyna dostawała 2 razy łatwiejsze sprawdziany. Skąd to wiemy? Bo ktoś zauważył podczas sprawdzianu, że ma inne zadania niż my (które potem sprawdziliśmy). Nie wspomnę o tym, że podczas sprawdzianów mogła ściągać jawnie.

U mnie w szkole funkcjonował system, że jak masz więcej niż jedną jedynkę z sprawdzianu to nauczyciel MOŻE ale nie musi cie udupić.

Kolega: 1.4.1.5 - zagrożenie (sprawdziany wszystko).

Koleżanka: 1.1.1.2 - 2

Więcej? Proszę bardzo:
Potrafi sobie wyjechać na wakacje w środku roku szkolnego, oczywiście wszystko zaliczone, obecności też (tutaj sprawa przed pandemią).

Mówili, że szkoła średnia będzie inna, a widzę, że było jak w gimnazjum: byle przepchnąć.

#fL2BU

Jak to dzieciak bogatych rodziców (najlepsze szkoły, niania, markowe gadżety), rozpieszczony do granic, żyłem sobie beztrosko.

Będąc kiedyś w klubie z kumplem i zakładając się, kto wyrwie fajniejszą dziewczynę, zauważyłem pewną osóbkę. Raczej mój kumpel zauważył i postanowił "podbić", bo ma takie wyjątkowe oczy. Po chwili rozmowy, której się przyglądałem, i ocenieniu dziewczyny (cicha, niska, przeciętna, słowem: zupełnie inna od dziewczyn, do których startowaliśmy) kumpel mówił, że nie warto sobie nią głowy zawracać, myśli, że jest królową - taka wyniosła. Dla mnie była jedynie znośna; nic szczególnego, ale założyłem się, że będzie moja. Rozmawiałem, dostałem numer, ale ona totalnie mnie olewała. Nieprzyzwyczajony do obojętności walczyłem zaciekle. Udało się.

Była dla mnie najpiękniejsza, zabawna, inteligentna. Po jakimś czasie okazało się, że ma raka. Dobrze zniosła tę wiadomość, jest z natury pogodna, ale były chwile załamania. Znajomi, rodzina mówili mi daj sobie z nią spokój, po co ci chora, skoro możesz mieć każdą. Nie dałem sobie spokoju i walczyłem razem z nią, bo kochałem. Dziś patrzę na uroczy uśmiech i czarujące oczy mojej zdrowej żony. Gdybym wtedy się poddał, być może nie wygrałaby, a ja całe życie bym żałował.

Piszę to wyznanie, żeby powiedzieć coś ważnego: ludzie, jeśli coś kochacie, to walczcie o to, wbrew temu "co powiedzą ludzie" i nie rezygnujcie z tego, bo jest trudno. Ja dzięki temu, że walczyłem, mam najwspanialszą nagrodę, o jakiej nie marzyłem.

#tIknk

Jestem kierownikiem pociągu.

Dowodziłem pociągiem pospiesznym od Warszawy do Poznania. Ledwo ruszyliśmy z Warszawy i przyszła do mnie podróżna i zgłosiła mi, że ma 5 minut na przesiadkę w Poznaniu na pociąg osobowy. Następny był dopiero 4 godziny później. Powiedziałem jej, żeby przyszła do mnie dopiero jak będziemy opóźnieni, o czym pasażerowie będą poinformowani. Podróżna zagroziła mi, że jeżeli spóźni się na przesiadkę to dopełni wszelkich starań aby wyciągnięto wobec mnie konsekwencje. Ponieważ moim obowiązkiem jest zgłaszanie przesiadek. Powiedziałem, że 5 minut na przesiadkę przy podróży przez pół Polski jest raczej mało odpowiedzialne. Stwierdziła, że jestem bezczelny i arogancki, oraz że wylecę z pracy gdy nie dopełnię swoich obowiązków.

Podróżna była wyjątkowo upierdliwa. Jako, że miała miejscówkę w tym samym wagonie co przedział służbowy, to co stacje przychodziła pytać mnie czy mamy opóźnienie. Było to dla mnie niezwykle irytujące, bo pociąg cały czas nie dość, że jechał punktualnie to na niektórych stacjach zjawiał się kilka minut przed czasem. Gdy tylko postój trwał dłużej niż 2 minuty, to pani od razu materializowała się z pytaniem o jego przyczynę.

Kilka kilometrów przed stacją Poznań Główny, mieliśmy jeszcze postój na niewielkiej stacyjce o nazwie Poznań Wschód.

Zauważyłem, że poza jednym pasażerem, który miał bilet faktycznie do tej stacji wysiada ona. Oczywiście mogłem jej powiedzieć, że to jeszcze nie Poznań Główny. Lecz skoro wygłosiłem wcześniej odpowiedni komunikat to stwierdziłem, że nie należy to do moich obowiązków. Mam nadzieję, że miło jej się czekało.

#cdGGD

Miałem kiedyś żonę. Żona urodziła mi trzy piękne, mądre córki. Raz bliźniaczki, a drugi raz jedną.

Drugi poród niestety trochę się skomplikował i zostałem sam z trzema dziewczętami. Musiałem się od początku uczyć jak szybko przebierać pampersy, jak robić mleko, jak pogodzić pracę z obowiązkami ojca, jak ogarnąć sprzątanie przy trzech małych dziewczynkach itp. Żeby nie było, żona nigdy nie chciała aby ją wyręczać, ona sama chciała wszystko robić, nie pozwalała mi się do niczego dotknąć, tak więc skończyło to na tym, że nawet nie potrafiłem sam włączyć pralki. Jednak nigdy nie narzekałem, gdy żona umarła, zawsze starałem się dawać sobie radę.

Pierwszy kryzys przyszedł, gdy nadeszło ząbkowanie najmłodszej. Bliźniaczki miały wtedy ponad rok, najmłodsza 4 miesiące. To był koszmar, gdy mała się budziła, bliźniaczki też automatycznie zaczynały płakać. Myślałem, że z tego jej bólu i swojego niewyspania sam będę ryczał, bo mała całą noc na rękach lub przy butli, starsze też płakały. W tym momencie zastanawiałem się, gdzie ja byłem, gdy bliźniaczki były młodsze, gdy ząbkowały, gdy uczyły się mówić mamamama tatatata? Ja jeździłem w delegacje na drugi koniec Polski, aby dziewczyny miały co do gara włożyć. Drugi kryzys nastąpił gdy bliźniaczki miały około 4 lat i zaczęły się dopytywać, dlaczego po inne dzieci do przedszkola przychodzą mamy, a po nie tylko tata. To im wytłumaczyłem, że nie zawsze tylko mamy, ojcowie też mogą przychodzić po swoje dzieci. Kolejny kryzys nastąpił, gdy dziewczynki były w wieku dojrzewania. Wszystkie w jednym czasie zaczęły się buntować i uciekać ze szkoły. To też przeżyłem (mimo to, że bardzo często musiałem się zwalniać z pracy, bo dziewczynki mega rozrabiały).

Trochę wcześniej, bo gdy dziewczynki miały kolejno 7 i 8 lat, musiałem kupić mniejsze mieszkanie, bo z pensji 3 tys. nie dawałem rady utrzymać dużego mieszkania. I za to też dostałem zjebę od dziewczynek, ale to już swoją drogą.

Morału nie będzie, jednak chcę powiedzieć abyście szanowali i kochali drugą osobę. Bo nigdy nie wiadomo, co się może w życiu stać.

#jpmA4

Pewnie banalne i takich jest tu mnóstwo, ale gdzieś muszę o tym napisać/powiedzieć.

Kilkuletnie małżeństwo, znamy się jak łyse konie, w łóżku różne okresy, jak i w związku, jednak podczas jednego z dla nas najcięższych, gdzie żona skupiła się na dzieciach tak, że o mnie zupełnie zapomniała, pojawiła się ona. Koleżanka z pracy. Uroda trafiająca w mój gust, inteligentna, przez co jeszcze bardziej pociągająca, długo by wymieniać...

Zaczęło się niewinnie, spotkanie po pracy na kawę, raz, drugi, następnie u niej w domu popołudnie w łóżku przed TV, wspólne spędzone dni... Może to i żałośnie zabrzmi, ale żonę kochałem i pomimo kilkumiesięcznej znajomości nie zdradziłem jej. Wiem też, że tylko mi się tak wydawało, że się usprawiedliwiam, zdrada nie musi sięgać do spodni, żeby nią była, bo oczywiście każde spotkanie z tą drugą taiłem.

Kłamstwo ma krótkie nogi i wszystko wyszło na jaw. Przyznałem się do wszystkiego, do najmniejszej myśli, która mogła moja żonę zaboleć, i ziemia zadrżała mi pod nogami i w sumie drży do dziś. W domu kłótnie, awantury, poniżanie, moja próba samobójcza - czułem się niczego nie wartym zerem.

Minęło parę lat, a patrząc z boku wszystko się poukładało, tylko że nikt nie wie o tym, że nie było dnia, żebym o mojej emocjonalnej kochance nie myślał, nie tęsknił, nie wyobrażał sobie, jak spędzamy ten dzień. Wiem, że mnie kochała i ja ją też, nie wiem co u niej, a ona co nie wie co u mnie i nie wiem co robić. Kocham swoje dzieci, one są takie małe. Żony nie, choć się świetnie dogadujemy na poziomie partnerskim... Dziś choć kocham te wspomnienia, wolałbym tamtej kobiety nigdy nie poznać.

#loz80

Osiem lat temu w połowie ostatniej klasy liceum dowiedziałam się, iż jestem w ciąży. Przeżyłam szok. Byłam na tabletkach, a w dodatku mój (były) chłopak używał prezerwatyw - tak na wszelki wypadek. Mimo to jakimś cudem się stało. Gdy skończyliśmy rok, oboje postanowiliśmy oddać dziecko do adopcji. Miałam plany na przyszłość, dostałam się na wymarzone studia, nie potrafiłbym zapewnić mu warunków, a w dodatku byłam za młoda.

Urodziłam je tuż przed rozpoczęciem roku. Choć było to moje dziecko, nie patrzyłam na nie z matczyną miłością. Wiedziałam, że oddając je zapewnię mu dużo lepsze życie i warunki.

Patrząc na to z waszej perspektywy, pewnie powiecie jak wszyscy inni (w tym moi rodzice), że jestem bezduszna. Do dziś rodzina się do mnie nie odzywa, choć nawet moja mama namawiała mnie na usunięcie ciąży.
Gdybym go nie oddała, musiałabym zrezygnować ze studiów, nie miałabym dzisiaj dobrej pracy i nie dowiedziałabym się jak bardzo parszywą szumowiną był mój były (w tym ojciec tego dziecka). Co roku dostaję od tamtej rodziny zdjęcie mojego synka i pozwalam sobie, oczywiście za zgodą jego rodziców, na wysłanie mu prezentu pod choinkę. Nie podpisuje się, nie wtrącam w ich życie. Po prostu wiem, iż tamtej rodziny nie stać (nie przelewa się u nich) na takie rzeczy jak kupno dobrego telefonu komórkowego czy też jakiegoś sprzętu dla niego.

Nie żałuję swojej decyzji. Widząc uśmiech tego dziecka i miłość w oczach jego mamy mogę szczerze powiedzieć, że postąpiłam dobrze. Kobieta, która go przygarnęła jest bezpłodna i jej oraz jej męża jedyną szansą na dziecko była adopcja. Do dziś pamiętam jak mi dziękowała, gdy wybrałam właśnie ich rodzinę.

Teraz jestem już po studiach. Mam narzeczonego, który kocha mnie i rozumie, własny dom w jednym z większych miast. Oczekuję dziecka. Mimo iż to wszystko osiągnęłam, moja rodzina nadal się do mnie nie odzywa, a przyjaciele, którzy znali tę historię odwrócili się.

Morał? Mimo najlepszych intencji nie zadowolisz wszystkich.
Dodaj anonimowe wyznanie