#KJa9k
#jcHpM
Graliśmy w pewną grę, gdzie trzeba było przebiec całe kółko wokół ludzi i przejść pomiędzy nogami swojej pary. I tu wkraczam ja. Kiedy przechodziłam między nogami, zostałam potrącona, ktoś mnie uderzył w głowę. Jako że nie chciało mi się grać, postanowiłam wykorzystać to jako pretekst.
Dotknęłam czoło w miejscu, gdzie zostałam uderzona - patrzę, mam małego guza! Siadłam na bok. Przyszedł do mnie kierownik, pyta czemu nie gram. Opisałam mu sytuację i powiedziałam ze mam nawet małego guza.
Kierownik wziął rękę, dotknął tego, i nic nie mówiąc odszedł. Wróciłam do pokoju i poszłam do toalety. Gdy spojrzałam w nie to mało co nie spaliłam się ze wstydu.
To nie był guz tylko pryszcz...
#deiTS
Nie mając innego wyjścia stawiłam czoło chorobie. Początkowo miało się skończyć na operacji. OK, pomyślałam. Taki mały zabieg to dla mnie Pan Pikuś. Niestety jakiś czas później okazało się, że konieczna jest chemioterapia. Ale stwierdziłam, że i z tym sobie poradzę.
Wiedziałam, że gdybym się poddała, to moja rodzina załamałaby się totalnie. To mnie nakręcało. Dałam radę! Mój mały (wielki) życiowy sukces. Choroba, pobyt w szpitalu, czekanie na wyniki, stres, wiara (a czasem jej brak), to wszystko wpłynęło na moje obecne życie. Nauczyłam cieszyć się chwilą i nie przejmować drobnostkami.
Jednak najważniejszą rzeczą, którą odkryłam w sobie dzięki mojemu "koledze" raczkowi jest to, iż mam świadomość, że ze wszystkim sobie w życiu poradzę. Raz lepiej, raz gorzej. Nieważne. Ważne, że sobie poradzę. Wiem to!
#30imx
#nb2m2
Jak się pewnie domyślacie, byłem jedną z pierwszych ofiar. Kartkówka nie poszła mi źle, tylko cztery błędy... albo aż cztery. Miałem do napisania 3600 słówek. Uważałem tę karę za bardzo głupią, chciałem kobiecie porządnie utrzeć nosa.
Wiedząc, że nauczycielka sprawdza bardzo dokładnie ilość słówek, postanowiłem utrudnić jej to sprawdzanie. Wszystkie słówka zapisałem w dwóch kolumnach na połączonych kartkach A5. Cały "pergamin" miał długość ponad trzech metrów. Zadbałem również o wygląd. Na końcach przykleiłem po drewnianym klocku, zwinąłem z dwóch stron do środka (jak Torę) i zawiązałem czerwoną kokardką.
Finał miał dopiero nadejść. Przed lekcją angielskiego, kiedy to miałem wręczyć nauczycielce mój "prezent", dogadałem jedną kwestię z resztą klasy. Ja miałem wejść do klasy z kilkuminutowym opóźnieniem, oni mieli zareagować. Po tym, jak lekcja już się zaczęła, ja stanąłem pod klasą z bluzą przepasaną przez ramię jak tunika i z gałązkami za uszami (Cezar). Zapukałem energicznie do sali, otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Na mój widok cała klasa stanęła na baczność, uniosła ręce ku górze i krzyknęła: "Ave Cezar!", na co ja odparłem: "Ave ja!". Nauczycielka nie próbowała nam przeszkodzić. Wlepiała we mnie pytający wzrok. Po tym wszystkim podszedłem do niej i wręczyłem słówka. Zaczęła z wielce zaskoczoną miną rozwijać "pergamin". Klasa zaczęła się śmiać. Ja byłem pewien, że forma zdenerwuje ją, a ja będę zadowolony, że udała mi się zemsta. Byłem w błędzie. Nauczycielka uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: "Muszę wstawić ci piątkę za aktywność".
Nie potrafię się mścić.
#f4BXf
Narzekał, że się nie najadł, więc zaczęłam go przepraszać. Tak intensywnie, że zaczęliśmy się rozbierać. Niespodziewanie do pokoju wszedł mój współlokator, zrobiło się trochę niezręcznie. Mój wybranek szybko jednak rozładował napięcie słowami: "Widzisz, tacy byliśmy głodni, to się chociaż wstydu najemy".
#ggpe1
Miałam 10 lat i właśnie poszłam do 4 klasy. Byłam wzorową uczennicą i wszyscy z klasy mnie lubili. Znana byłam ze swojego poczucia humoru. Wszyscy zapewne uważali, że prowadzę beztroski styl życia. Po części to prawda. Miałam ojca, który miał dobrze płatną prace, mamę, na którą zawsze mogę liczyć, siostrę, która zawsze mnie wspiera, dach nad głową, ciepłą wodę, prąd, własny pokój. Żyć nie umierać! Jednak była jedna skaza. Mój ojciec lubił wypić, i to w nadmiernej ilości. We wczesnym dzieciństwie ja i siostra nie widziałyśmy w tym żadnego problemu i nie rozumiałyśmy, dlaczego mama czasem tak krzyczy na tatę i przez niego płacze. Później zaczęłyśmy to rozumieć. Co prawda było wiele chwil, gdy wszyscy razem śmialiśmy się i byliśmy szczęśliwi, ale były też okresy, o których chciałabym zapomnieć.
I to był jeden z tych okresów.
Gdy rozpoczęły się ferie świąteczne, mój ojciec miał urlop i postanowił go spędzić w domu z nami (bo pracował w Warszawie pięć dni w tygodniu). Na początku razem z siostrą ucieszyłyśmy się, że tata przyjeżdża, ale później rozpoczął się koszmar. Ojciec znów pił.
Zazwyczaj się upijał i albo robił z siebie idiotę, albo spał. Tym razem tak nie było. Mieszał alkohol z energetykami, a od tego połączenia miesza się w głowie. Ojciec o mało się nie zabił, chciał gdzieś wychodzić, nie było z nim kontaktu. Nigdy nie zapomnę łez mamy. Nigdy nie zapomnę, jak całą noc go pilnowała, żeby nic głupiego nie zrobił. Nigdy nie zapomnę strachu przed pójściem spać, czy on nas nie zamorduje we śnie. Na szczęście następne dni ferii mijały spokojniej. Ojciec pił już samą wódkę. Gdy ferie się skończyły, ojciec wrócił do Warszawy. Parę tygodni później zaczęły się kolejne ferie, i ojciec miał przyjechać, ale nie przyjechał. Nigdy więcej go nie widziałam. Zaginął, nigdzie go nie było, ani koło domu, ani u wujostwa. Policja rozpoczęła poszukiwania parę dni później. Moja mama na posterunku nawet słyszała, jak policjanci, którzy mieli się zająć tą sprawą, śmiali się między sobą, że mój ojciec pewnie sobie wziął pieniądze i poszedł w świat za jakąś babą.
Dwa miesiące później znaleziono ojca martwego. Prawdopodobnie zamarzł na śmierć.
Minęło parę lat od jego śmierci, a ja wciąż mam co do niego mieszane uczucia. Dziękuję mu za to, że dał mi życie, ale nigdy nie wybaczę mu łez mamy.
Trochę się rozpisałam... ale chciałam się jakoś wyżalić, choć minęło od tego już parę lat.
Pozdrawiam!
#5WepJ
Szkoda tylko, że ja w tym czasie myślałam o wymarzonej dziewczynie.
Nie mam serca i odwagi im tego powiedzieć, ani rodzinie, ani nikomu.
#v95jB
Koło 3 nad ranem impreza dobiegała już końca, to się zbieram. Pytają, czy mnie odprowadzić, a ja jak zwykle "nie", bo przecież mieszkam dosłownie 5 minut drogi od miejsca imprezy i nie lubię, gdy jestem traktowana jako "biedne dziewczę, które ktoś zgwałci".
No to wychodzę. Na osiedlu ciemność, gdzieniegdzie jakieś światła z domów świecą, a ja dumnie kroczę do domu. Nagle poczułam, że ktoś mnie chwyta za ramiona i przystawia mi coś zimnego do szyi. Myślę sobie, o nie, nie dam się napaść! Osoba, która mnie zaatakowała stała bardzo korzystnie dla mnie, bo z łatwością mogłam kopnąć ją w nogę, a że w tym okresie nosiłam glany, napastnik od razu poległ na ziemi puszczając przedmiot, który okazał się łyżką!
Nagle podbiegają moi znajomi, a osobą, która zwijała się z bólu był nie kto inny tylko mój chłopak. Nasza wcześniejsza rozmowa ich zainspirowała do sprawdzenia jak się zachowam w takiej sytuacji. Skutek? Złamałam chłopakowi kostkę.