Moja biologiczna matka ma 29 lat, mój biologiczny ojciec 76.
Nie wiecie co czuje chłopak, który dowiaduje się, że jest na tym świecie, bo 16 lat temu jakiś psychol zgwałcił nieletnią dziewczynę...
Było to już jakiś czas temu. Moja klasa wraz z inną wybrała się na wycieczkę do kina. Nie było daleko, ale trzeba było załatwić transport dla prawie 50 osób. Wynajęty autobus podjechał pod szkołę. Wszyscy wsiedli. Zostaliśmy przeliczeni itd.
Seans się podobał. Napisy końcowe, więc co zrobić? Trzeba się zbierać. Wraz z grupką osób ruszyliśmy więc ku wyjściu i czekamy na resztę uczniów i nauczycieli. Stoimy sobie ponad 10 minut, grzecznie rozmawiając, póki wspólnie nie dostajemy szoku. Z kina wyszli już wszyscy, a my dalej stoimy przy wejściu, a reszty jak nie było, tak nie ma. W końcu jedna osoba z naszej grupki zadzwoniła do kolegi z klasy:
- Hej, gdzie wy jesteście?
- No jak to gdzie? W połowie drogi do szkoły.
- Aha...
I tu moment zastanowienia i konsternacji co zrobić. W końcu nauczyciele dowiedzieli się od uczniów, że 10 osób zostało pod kinem. Oczywiście wrócili po nas, a cała grupa dostała brawa od uczniów przy wejściu i przeprosiny od nauczycieli.
Jak się później okazało - matematyk pomylił się w liczeniu.
Gdy miałam 3 latka urodził się mój brat. Dość długo mama karmiła go piersią. Mając już 4 latka, przy rodzinnym spotkaniu, ciocia zapytała się mnie, czy chcę być już duża. Ja odpowiedziałam, że nie, bo urosną mi cycki i będę musiała karmić mojego brata. Nie wiem, skąd wzięłam ten tekst, ale do dzisiaj ciocia mi to wypomina.
PS. Nie, nie urosły.
O czym chciałam napisać? O tym jak bardzo życie może się zmienić w przeciągu kilku miesięcy.
Na wstępie powiem, że od zawsze miałam pewna pasję (związaną ze sportem, ale nie do końca). Od kiedy skończyłam 9 lat (tak wiem, mały berbeć) wiedziałam co chce robić i zawsze miałam wiele przeszkód. Najpierw rodzice, którym się to nie podobało i nie pozwalali mi trenować, potem zgodzili się na jeden trening tygodniowo. Było to dla mnie mało, ale udało mi się wkręcić i poza treningami zostawałam by pomagać w organizacji zajęć i utrzymaniu, jeździłam nawet na 6 rano. Dojazd też był kiepski bo autobusów mało i kosztują, więc jeździłam 11km rowerem, dwa razy dziennie w dwie strony. Potem skończyłam 16 lat, poszłam do pracy, stać mnie było na więcej treningów.
I co się stało? Najpierw po kłótni straciłam dostęp do konta, a co za tym idzie wypłaty, potem zmieniło się szefostwo w pracy, które zlikwidowało umowy zlecenie, straciłam pracę. Wtedy rodzice zaczęli mnie nawet rozumieć, opłacali mi dwa treningi w tygodniu. Przez miesiąc. Na początku stycznia zaczęłam się kiepsko czuć. Po trzech tygodniach lekarz zalecił głodówkę, powiedział, że przejdzie. Pogorszyło się, wylądowałem na kilka tygodni szpitalu. Dostałam diagnozę nieuleczalnej, przewlekłej choroby. W dodatku nowej, która nie wiadomo skąd się wzięła (przy moim trybie życia to bardzo dziwne, prawdopodobnie geny) i nie do końca wiadomo było jak to leczyć. Kilka miesięcy leczenia, po pół roku wróciłam do treningów. Trzy tygodnie później nawrót choroby. Dużo cięższy przebieg, kiepskie wyniki, ledwo żyłam. W tym momencie nikt nie wierzył że wrócę do mojej pasji.
Skąd to wyzwanie? Szczerze nie wiem, chyba mówiąc wprost chciałam się pochwalić. Pomimo walki, braku wiary innych postawiłam na swoim. By nie obciążać zbędnie organizmu rozwinęłam firmę, pracując zdalnie, zarobiłam na prawo jazdy, samochód i niezwykle drogie kursy i mając 18 lat odebrałam legitymacje instruktora (oczywiście w pasjonującej mnie kategorii) i na znalazłam pracę, na razie wyjazdową w wakacje. Nie wiem co przynieście przyszłość, ale dziś wierzę, że się ułoży. Wystarczy chcieć...
Czasy przedszkola i metody wychowawcze mojego taty.
Gdy chodziłam do przedszkola, zaprowadziła mnie tam i odbierała mama. Tak było poza 3 pamiętnymi dniami urlopu mojego taty...
Pierwszego dnia, gdy miał mnie odebrać dostałam ataku histerii i siłą mnie stamtąd zabierał. W domu zagroził laniem, jeśli powtórzy się to kolejnego dnia "bo co sobie o nim przedszkolanka pomyśli".
Drugiego dnia urządziłam mu powtórkę z rozrywki, a on w domu tak mnie sprał, że cały wieczór mama robiła mi zimne okłady na zbite 4 litery.
Trzeciego dnia odbierał kochaną córeczkę, która nawet mu się na szyję rzuciła.
Do dzisiaj z dumą opowiada wszystkim jak to mnie wtedy "wychował".
Jaka była prawda?
Nie chciałam z nim wracać z przedszkola, bo się go bałam - pracował na nocki i na tygodniu tata był rozczochraną istotą w pidżamie, która wychodziła zaspana z pokoju, by skarcić mnie i młodsze rodzeństwo, że się za głośno bawimy. Na weekendzie albo był czymś zajęty, albo bardzo rzadko spędzał czas z nami i mamą.
A po tym laniu bałam się go jeszcze bardziej i jedyne czego się nauczyłam, to żeby tego strachu nie pokazywać, bo znowu będzie mnie tyłek bolał.
Mam wspaniałego chłopaka, z którym jesteśmy w związku od 4 lat. Mam obecnie 21 lat i jestem w 6 miesiącu ciąży. Kiedy się dowiedziałam o ciąży, byłam bardzo szczęśliwa, gdyż mimo relatywnie młodego wieku bardzo chciałam mieć dziecko, rodzinę i stabilne życie. Nie jestem typem karierowiczki, dlatego własna rodzina i ciepły dom były szczytem moich marzeń. Chłopak ma stałą pracę, stosunki między nami są świetne, więc nie ma czego żałować, płakać ani myśleć, że straciłam młodość, gdyż już poznałam jej smak. Chodziłam na imprezy, studiuję, jeździłam na wycieczki, szalałam z koleżankami, spałam do południa, wszystko jest świetnie. Byłam bardzo szczęśliwa.
Będąc na jednej z kontroli ginekologicznych dowiedziałam się, że będę mamą... trojaczków! Nadal jestem szczęśliwa, ale w tym momencie szczęście to przeplata się z niebywałym strachem, gdyż boję się jak sobie poradzę z trójką niemowlaczków. Chciałam jednego szczęścia, mam potrójne :)
Jestem niezorganizowana i nieodpowiedzialna - przyznaję to bez bicia. Ostatnio miałam "przyjemność" imprezować (koszmar introwertyka jednak sytuacja wymagała) w jednym z tzw. prestiżowych lokali. I, oczywiście, w trakcie mojego szalonego podpierania ścian zgubiłam numerek do szatni.
Stoję przy ladzie, za mną gigantyczna kolejka jak stąd do Mordoru przez Narnię. A ja, ku rosnącemu niezadowoleniu szatniarza (o kolejce nie mówiąc), usilnie przeszukuję torbę, wysypując na blat całą jej zawartość. Dokumenty, klucze, telefon komórkowy, kalendarz, zapalniczka (jestem niepaląca), nawet obcęgi. A numerka nie ma. Pan każe mi zejść na bok, ale ja zarzekam się, że zaraz znajdę (nie chciałam ponownie odstawać swojego w kolejce). Kolejna porcja zawartości mojej bezdennej torby ląduje na blacie: kosmetyczka, scyzoryk...
Wkurzony szatniarz każe mi spadać, przy czym informuje mnie, że zgubienie numerka równa się karze pieniężnej "pisiont złotych". Jezusku Internetowy! Numerek z płynnego złota? Przekalkulowałam, wniosek prosty: jestem spłukana, wychodzę bez płaszczyka, chrzanić to, że na zewnątrz temperatura na minusie.
Ale chwila! Przypomniałam sobie, gdzie schowałam ten nieszczęsny numerek!
Trzeba było zobaczyć (swoją drogą - bezcenną) minę szatniarza, gdy wsadziłam sobie dłoń w biustonosz, a następnie wyczarowałam z niego zaginiony numerek. Jednak to nie koniec mojej widowiskowej kompromitacji. Na końcu palnęłam: "Jest! Taki wygrzany..."
Kiedy byłam młodsza, wpakowałam się w bardzo nieciekawy związek. Szybko wpadliśmy, a facet okazał się być świrem, od którego bardzo ciężko się uwolnić. Tylko dzięki temu, że poszedł siedzieć, udało mi się od niego odejść. Udało mi się w sądzie ograniczyć mu władzę rodzicielską na czas odsiadki, wywalczyłam alimenty, znalazłam nowego faceta i zapomniałam, że mój były w ogóle żyje.
Dziś odebrałam list, w którym napisał, że za kilka tygodni wychodzi z więzienia, chce do mnie wrócić i składa wniosek do sądu o przywrócenie władzy rodzicielskiej. Prawie dostałam zawału. Nie wiem jak zdobył mój adres, ale jestem przerażona. Nie powiedziałam mojemu obecnemu facetowi całej prawdy. Zataiłam to, że mój były to psychol i siedzi w więzieniu z wyrokami za najróżniejsze rzeczy, żeby go nie przestraszyć. Bałam się, że go przepłoszę, że źle sobie o mnie pomyśli, że będzie się bał byłego. 4 lata szybko minęły. Boję się, po pierwsze, że mój facet straci do mnie zaufanie, bo go okłamałam, jak i boję się tego, że mój były go przestraszy. To jest napakowany psychol ze skłonnością do agresji, a mój obecny facet to spokojny, przeciętny chłopak, który z przemocą i patologią miał tyle wspólnego, ile widział na filmach.
Skoro on się dowiedział gdzie mieszkam, to pewnie też wie gdzie pracuję i boję się, że ten psychol znów będzie mnie nachodził w miejscu pracy i znów mnie przez niego zwolnią. Boję się o swojego faceta, że mój były coś mu zrobi. Doskonale wiem, do czego on może być zdolny. Mój synek tratuje mojego obecnego jak ojca i nie chcę narażać go na stres i mieszać mu w głowie.
Ten gnój zniszczy moje poukładane i spokojne życie.
Jestem synem przebrzmiałej gwiazdy. Moja mama jest wokalistką, swego czasu każdy ją znał. Była rozrywana, zapraszała ją telewizja, radio, jeździła w trasy koncertowe. Mój ojciec nie mógł znieść, że jej ciągle nie ma i zadowalał się innymi panienkami, aż w końcu doszło do rozwodu. Zostałem pod opieką rodziców mojej mamy, mój ojciec nigdy się mną przesadnie nie interesował.
Jak mama przeżyła rozwód - nie wiem. Nie było jej przy mnie. Dawała koncerty, udzielała wywiadów, rzuciła się w wir pracy zapominając o mnie kompletnie. Oczywiście, pieniędzy nie brakowało nigdy, miałem mnóstwo zabawek, ciuchów, rzeczy, których nie miał nikt z moich nielicznych znajomych. Rzeczy...
Zostałem nagle sierotą! Ojca nie ma, matka w rozjazdach, miałem raptem 11 lat i siedziałem rozbity z babcią i dziadkiem. W domu babci i dziadka panowała bezwzględna cisza, tylko tykanie starego zegara i śpiew kanarka. Jak się chciałem bawić to na podwórku albo w ciszy. Siedzieli, czytali książki, rozwiązywali krzyżówki, nawet niewiele ze sobą rozmawiali. Komu ja się miałem wygadać, pożalić? No, najnowszym zabawkom z zagranicy, od mamy.
Wyjątek od ciszy w babcinym domu stanowił wieczór wigilijny, kiedy włączali radio i słuchali kolęd. Nie urządzali świąt. Mamy malutką rodzinę, mama była jedynaczką, rodzeństwo dziadków dawno umarło, babcia zwykła mawiać, że nie opłaca się robić wystawnej kolacji dla dwóch starców i dzieciaka. Tak że nie czułem magii świąt. Na kolację kanapki z dżemem i mleko z miodem, posłuchać kolęd i spać.
Często płakałem przed snem. Ale na Gwiazdkę płakałem podwójnie, ściskając w ramionach mojego super-robota, który umiał sam chodzić, i słuchając z radia, zza ściany, piosenkę mojej mamy. Zasłaniałem szczelnie zasłony, żeby przypadkiem kątem oka nie zerknąć w czyjeś okno, gdzie przy stole siedzi jakieś dziecko ze swoimi rodzicami. Zasypiałem z mokrymi od łez oczami.
Dziś mam dziewczynę, w tym roku spędzę pierwsze, normalne święta Bożego Narodzenia odkąd pamiętam, z jej rodzicami. Z moją mamą nie utrzymuję już kontaktu, wiem, że czasami grywa dla Polonii za granicą. Ona też jest sama, ale nie ma we mnie tyle siły, żeby wyciągnąć rękę. Moja ręka była wyciągnięta przez 20 lat, ona ją odtrącała śpiąc po hotelach i śpiewając obcym ludziom.
Nikt nie wie, że wącham łapy swojego psa. Kocham ten zapach :)
Dodaj anonimowe wyznanie