Z niewiadomych mi przyczyn, ochrzczono mnie, gdy miałam już 5 lat. Jako że byłam człowiekiem w miarę świadomym, rodzice pozwolili mi wybrać sobie sukienkę na tę ceremonię. Ucieszona jak diabli, jak to mały smark, któremu dorośli pozwalają na odrobinę samodzielności, znalazłam wymarzoną szatę.
Przejdźmy do meritum. Kościół, msza i chrzest. Musiałam wyjść przed wszystkich razem z ojcem, matką i chrzestnymi. Wiadomo, standardowa gadka, a potem pokropienie delikwenta. Ponieważ byłam dosyć duża, ksiądz stwierdził, że udzieli mi głosu i pytając mnie, czy mam coś do powiedzenia, podstawił mi mikrofon, coby wszyscy mogli usłyszeć. Ja ni stąd, ni zowąd wyrwana do odpowiedzi mówię więc pierwsze, co mi do głowy przyszło, a mianowicie „Ty głupku pochlapałeś mi nową sukienkę!”.
Zaraz po tym poczułam wściekłe szarpnięcie mojej matki, która trzymała mnie za rękę. W panice rozejrzałam się po twarzach moich braci w niedoli tej niezręcznej sytuacji i łatwo wywnioskowałam jedno – będzie tęgi opierdziel. Co by tu zrobić? ODWRÓT. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Wybiegnięcie z kościoła normalną drogą byłoby zbyt niebezpieczne – wiadomo, walka z wrogiem na otwartym polu bywa ciężka. Jedynym wyjściem było przemknięcie pod ławkami aż do wyjścia. „Zawijam kiecę i lecę”, na czterech, pod nogami obcych ludzi, czyszcząc podłogi z błota moimi białymi rajstopami. Gdzieś w połowie się odwracam w stronę ołtarza i widzę, że matka z chrzestną stoją jak wryte, nawet się nie odwróciły. No i super, jednak ucieknę. Ale co z ojcem i chrzestnym? A to, że lecą jak głupi, jeden z prawej strony ławek, drugi z lewej i syczą za mną jak Voldemort za Harrym Potterem.
Finalnie zostałam pojmana jak tylko ławki się skończyły, bo do wyjścia było jeszcze kawałek. Ochrzan był i to podwójny. Jednak mogłam sobie chociaż odpuścić rajd po podłodze.
Mąż robi mi awantury, bo czasem muszę jechać do swej chorej mamy.
Tak było i dziś, musiałam jechać, bo bardzo się źle czuła, krwotok z nosa, ale dla niego to nic. Darł się, bo nie wyniosłam mu kubka po herbacie do kuchni.
Jego słowa?
- NAJPIERW OBOWIĄZEK, POTEM PRZYJEMNOŚĆ.
Mając 18 lat często uczęszcza się na tzw "osiemnastki". Zostałem zaproszony na takową imprezę przez kolegę z klasy. Jako że ten kolega był mocno wierzący, przed samą imprezą była zorganizowana msza święta. Ja wraz z moimi trzema kolegami i koleżanka nie poszliśmy na tą uroczystość i wcześniej przybyliśmy na salę, na której miała odbyć się impreza.
Minęła godzina i goście przyszli z mszy. Wręczanie prezentów, tańce, itp., jak to impreza urodzinowa. Nagle nadszedł czas na solowy występ solenizanta (chodził on do szkoły muzycznej i śpiewał). Wszyscy skupieni odsłuchali jego śpiewu, on się cieszył.
Po skończonym występie postanowił wygłosić przemówienie. Dziękował za przybycie, za prezenty, zaczął mówić o Bogu, Jezusie, itp. ... Wszyscy obecni z lekką konsternacją dalej słuchali. Ale nagle stało się coś nieprzewidywanego! On zaczął rozpaczać, miał łzy w oczach. Nikt nie wiedział, o co chodzi i on nagle wypalił przez mikrofon, że ma wielki grzech i że Bóg mu na pewno nie wybaczy. Tym grzechem była masturbacja, do której się przyznał. Rozpaczał, że nie potrafi sobie z tym poradzić.
Nikt na sali nie wiedział jak zareagować. Zrobiło się dosyć dziwnie. A sam solenizant zniknął z imprezy na 3 godziny, bo poszedł do jakiegoś znajomego księdza porozmawiać o tym... To była najbardziej popieprzona impreza na jakiej w życiu byłem.
Kiedy miałam 8 lat, chodziłam z rodzicami do kuzyna.
Zawsze, gdy nasi rodzice delektowali się trunkami w kuchni, my w pokoju chowaliśmy się za fotelami i namiętnie się całowaliśmy.
Mama do tej pory nie wie, czemu ja tak chętnie i często chciałam odwiedzać ciocię i wujka.
Kilka lat temu zmarła moja babcia (mama mojego taty). Na pogrzeb przyjechała moja druga babcia, która w pewnym momencie mówi: "Ale ładna trumna". Na co mój brat (miał wtedy 5 lat) odpowiedział: "Nie martw się babciu, też ci taką kupimy".
Muszę czasami nosić przeciwzakrzepowe podkolanówki, bo z powodu niepełnosprawności mam problemy z nogami.
Któregoś dnia, gdy miałem na sobie białe podkolanówki założone do szortów, do siostry przyszła jej koleżanka, no i zobaczyła mnie w tych podkolanówkach, przez co poczułem się głupio, bo chłopaki nie noszą podkolanówek.
Żenująca sytuacja.
Może zacznę od tego, że od zawsze mam ciężki charakterek i nie lubię, gdy ktoś mnie do czegoś zmusza. Jako dziecko strasznie bałam się lekarzy i pielęgniarek (sama nie wiem dlaczego) i gdy tylko widziałam fartuch lekarski, to z krzykiem uciekałam jak najdalej się dało.
Historia miała miejsce, gdy miałam 3 latka. Mama miała do załatwienia parę spraw i zabrała mnie ze sobą. Jak się okazało, jedną z tych spraw było moje szczepienie! Wyobraźcie sobie, jak dziecko wchodzi do przychodni i na widok pielęgniarki zaczyna płakać, krzyczeć wniebogłosy i uciekać. Mamie trochę zajęło zanim mnie uspokoiła i jakimś cudem przekupiła, tak że weszłam do gabinetu i wytrzymałam to szczepienie, chociaż bez płaczu się nie obyło.
Niestety na tej histerii się nie skończyło. Otóż gdy było już po wszystkim, a ja stałam przy drzwiach pragnąc jak najszybciej wyjść, pani pielęgniarka zaczęła mnie wychwalać, mówić jaka to nie byłam dzielna i dawać mi naklejki dzielnego pacjenta, a wtedy ja już nie wytrzymałam. Stojąc przy drzwiach odwróciłam się do niej i z nienawiścią w oczach powiedziałam:
- Pociałuj mnie w diupe.
I dumna wyszłam z gabinetu.
Autorka wyznania #KTvgh zaczęła pić alkohol bardzo mocny ;). Też chciałem wyznać coś o piciu alkoholu, ale z innej strony.
Niektórzy spożywanie alkoholu zaczynają w wieku 18 lat, niektórzy trochę wcześniej a jeszcze inni dużo wcześniej...
Pierwszą wódkę pochłaniałem mając... około 5-6 lat. Tak, dobrze czytacie. Było to na początku lat 90-tych. Po rodzinnych imprezach kiedy goście zaczęli rozchodzić się do domów, resztówki wódki z kieliszków zlewałem do jednego i cyk, na raz obalałem, (i to chyba bez popotki). No ale bądźmy szczerzy, łącznie to nawet całego kielicha nie miałem. Tak czy siak kiedyś to się wydało i skończyło.
Dlaczego tak robiłem? Wydaje mi się, że to oznaka dorosłości i chciałem się wtedy poczuć dorosłym. Jeśli ktoś jest ciekaw, kiedy cały proceder wyszedł na jaw to oczywiście przez wiele lat alkoholu nie tknąłem...
Mój ojciec ma denerwujący nawyk prawienia mi umoralniających opowieści typu: co się powinno robić, czego nie wypada, itp. oraz przytaczania historii ze swojej młodości. Jako iż obecnie mam 20 lat i do tej pory nie miałem dziewczyny, "na tapecie" jest właśnie temat jej zdobycia.
Jak powtarza mój ojciec: "Aby zdobyć i utrzymać przy sobie kobietę, należy posiadać jedną z następujących rzeczy, czyli: seks, władzę lub pieniądze". Ponieważ nie byłem w najlepszym nastroju + ogólne rozdrażniony wtykaniem nosa w nie swoje sprawy, spytałem ojca czym on skusił mamę, ponieważ:
- władzy szczególnej nie ma (jest wykładowcą na jednym z uniwersytetów);
- pieniędzmi nie szasta na prawo i lewo (jesteśmy na pewno ponad poziomem przeciętnego Kowalskiego, ale do "bogatych" daleka droga).
Zapytałem go więc, czyżby był taki rewelacyjny w trzeciej opcji. I w tym momencie, ku naszemu zdziwieniu (mojemu i ojca), z sąsiedniego pokoju dobiega śmiech mamy, która przysłuchiwała się rozmowie i z uśmiecham na twarzy powiedziała: "Oj, ten punkt również możesz wykreślić".
Ja ryknąłem śmiechem jak nigdy, tata koparą w dół chyba przebił się do sąsiada piętro niżej i dosłownie zaniemówił (a do tej pory sądziłem, że to niemożliwe). Od tej pory minęły około 3 tygodnie, tata wciąż gada i opowiada, jednak na temat kobiet i jak je zdobywać się nie wypowiada.
Przez całe życie byłam prymusem w szkole. Nie kujonem, prawie nigdy się nie uczyłam. Po prostu mam ścisły umysł i dobrą pamięć. Pamiętałam wszystko z lekcji, w domu robiłam tylko prace domowe. Zawsze miałam jedną z lepszych średnich w klasie, a nawet szkole, przy zaangażowaniu na poziomie nauki na prace klasowe z jednego przedmiotu przez godzinę i to nie zawsze. Matura poszła mi z niektórych przedmiotów bardzo dobrze, z innych dobrze.
Poszłam na studia, na matematykę, byłam przygotowana na to, że dalej to będzie dla mnie głównie przyjemność przy niewielkim wysiłku. Jak ja się myliłam! Przez pół semestru studiów zdążyłam już kilka razy przemyśleć, czy naprawdę muszę studiować. To nie tak, że nie chcę, ale po prostu nie czuję się w tym momencie na siłach. Nie potrafię się uczyć, a w tym momencie dostałam już jedną dwóję i dwie tróje, a pisaliśmy na razie trzy kolokwia. Jak tak dalej pójdzie, to nie zdam pierwszego semestru i czuję się z tym nie za dobrze. Mam stypendium naukowe i jeśli nie zdam, to bezpowrotnie je stracę, a to sprawi, że moi rodzice, dostatecznie już oszołomieni tym, że mam średnią poniżej 4.0, nie zgodzą się mnie utrzymywać.
W przyszłym tygodniu następne kolokwia, a ja zamiast brać udział w ćwiczeniach piszę to wyznanie słuchając na słuchawkach, jak grupa rozwiązuje zadania. Bo i tak nic nie zrozumiem z tymi brakami, jakie mam.
Dodaj anonimowe wyznanie