Jak chodziłam do liceum, miałam zawsze spore problemy z językiem angielskim, dlatego też moja mama załatwiła mi korepetycje. Zwykle miałam je popołudniu, w drugiej klasie z rana, minimalnie godzinę, a przed ciężkimi egzaminami po 3 godziny. Przez prawie 3 lata uczyłam się z jednym "nauczycielem". I to o niego chodzi w tej historii.
Był tylko 3 lata starszy ode mnie, miał talent do tego języka i potrafił świetnie tłumaczyć, ale miał on również wielkie wybrzuszenie w spodniach... Żeby je bardziej Wam zobrazować - zwykle przychodził w dopasowanych spodniach, nie były obcisłe, po prostu dobrze leżały, a jego przyrodzenie było zawsze ustawione na bok, w stronę prawej kieszeni, albo powyżej kieszeni albo poniżej. Z początku myślałam, że ma erekcję, ale po kilku dniach sprawdziłam, że faceci również mogą mieć większe narządy w spoczynku, a on miał ogromne. Często nie mogłam się skupić, bo było to coś, czego nie widziałam u innych.
Po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do tego, aż w jeden dzień musiałam przełożyć korepetycje na inną godzinę, zadzwoniłam, powiedział, że nie ma problemu, że będzie wracał z basenu i mu pasuje. Okej, wszystko fajnie. Przyjechał, schodzę do drzwi mu otworzyć i pierwszy raz go zobaczyłam inaczej ubranego, miał na sobie szare dresy i na sto procent był bez bielizny, jego penis zwisał w nogawce. Próbowałam się przyglądać, gdy tylko nie patrzył... Był bardzo długi, nie dziwiłam się, że nie ma bielizny, nie wiem jak mógłby go powyginać, żeby go zmieścić, jedynie na bok mógłby wejść. W każdym razie cały czas jak siedział, to na niego zerkałam, leżał calutki w nogawce.
Po wszystkim opowiedziałam o tym koleżance, która zaproponowała mi, żebym go nagrała, jak korzysta u mnie z łazienki, a ja po kilku dniach namysłu zrobiłam to. Ukryłam kamerkę tak, żeby nagrało jak korzysta z toalety, no i w skrócie udało się. Nagranie zobaczyłam i byłam w szoku, ale poczułam się cholernie głupio, usunęłam je zaraz po zobaczeniu. Nikomu go nie pokazałam, ale poczułam się z tym co zrobiłam okropnie.
Zakończenie roku szkolnego.
Rozdaję świadectwa w II gimnazjum. Jakieś kwiaty, słodycze. Dochodzę do końca listy. Podchodzi chłopak, dostaje świadectwo, uścisk dłoni, gratulacje. A on: "Proszę pani, miałem dla pani kwiatka, ale jak jechałem na rowerze, to mi w szprychy wciągnęło...".
To był najpiękniejszy kwiat, jakiego nie dostałam. Mam go do dzisiaj... w pamięci.
Wydaje mi się, że jestem męską wersją feministki.
Zacznijmy sobie od tego, że znam pojęcie feminizmu oraz wiem, na czym polega.
Chodzi mi o ten typ feministek, którego te prawdziwe mogą się wstydzić...
O co chodzi ? Otóż dosłownie nienawidzę stereotypów o mężczyznach.
Za każdym razem, kiedy czytam jakieś wypowiedzi typu, że "chory facet zachowuje się jak umierający" czy "mężczyźni to duże dzieci", dosłownie się we mnie gotuje.
Strasznie boli mnie, że przemoc domowa wobec mężczyzn jest bagatelizowana.
Tak samo z wykorzystywaniem seksualnym. Wiecie, ilu mężczyzn zostało zgwałconych lub wykorzystanych przez kobietę ? Miliony.
Ale oczywiście, nikt nie bierze tego na poważnie, gdyż my, mężczyźni, chcemy TYLKO seksu, a coś takiego to nawet lepiej dla nas.
Nienawidzę też z całego serca dzieł typu "50 twarzy Greya" czy "Zmierzchu", w których to jakimś pieprzonym cudem jakiś pseudo-bożyszcze kobiet wchodzi w związek z totalną ''przeciętniarą". Równie dołujące jest dla mnie to, gdy kobieta narzeka na faceta z powodu braku spełnienia oczekiwań. Do wymagań wzrostowych zdążyłem się przyzwyczaić, ale no kurde...
I tak rzeczą, która wypełnia mnie największą furią jest to, gdy kobieta nie okazuje mężczyźnie czułości, a sama oczekuje, żeby być traktowana jak księżniczka.
Uwierzcie mi na słowo, że jeśli znajdę kiedyś partnerkę, która przytuli mnie podczas
snu sama z siebie, a nie będzie czekała aż ja to zrobię, popłaczę się, k##wa ze wzruszenia. Stąd też moje zainteresowanie tzw. "mommy doms", czyli kobietami, które zachowują się trochę niczym matka - są opiekuńcze, troskliwe, ale także potrafią przejąć inicjatywę.
Drogie kobiety. Jeżeli to czytacie, chcę, abyście wiedziały, że nie tylko ja jestem taki.
Wiedzcie, że jest na świecie wiele podobnych mi, którzy widzą problem, lecz są bezsilni wobec wręcz mizoandryjnego społeczeństwa.
My pomagamy wam w walce o wasze prawa, najwyższy czas stanąć u naszego boku, gdyż my, jak i wy, potrzebujemy dużo wsparcia w tej cichej, lecz okrutnej walce...
Sytuacja sprzed paru tygodni. Moja siostra niedawno przeprowadziła się do miasta, w którym studiuję. Świetna sprawa, bo widujemy się często, a kontakt mamy bardzo dobry.
Pewnej soboty umówiłam się ze znajomymi na alkoholizację, ale po skończonym piciu miałam pojechać do siostry (na drugi koniec miasta) na noc. Dzwonię do niej i pytam, czy mam przyjechać od razu do jej mieszkania, czy złapiemy się niedaleko jej znajomych, bo też pech chciał, że siostra umówiła się "na jedno piwko". Stanęło na tym, że mamy się spotkać w jej mieszkaniu...
Czekam więc już zadowolona na nią, ale siostry ni widu, ni słychu. No nic, zadzwonię:
- Gdzie jesteś?
- K***a, w zły autobus wsiadłam. - słyszę.
- Wysiadaj na następnym przystanku, będziemy szukać innego dojazdu.
No okej, plan zacny, ale kontakt nam się urwał na następne 30 min, lekko wystraszona dzwonię znowu:
- Jedziesz już?! - pytam.
- Taaaaak, dwaj panowie mnie podwożą...
W głowie tysiąc myśli, moja siostra to idiotka, z nieznajomymi wsiada do samochodu. Pytam wkurzona:
- Boże, spisałaś chociaż numery? Jak mam cię potem znaleźć, debilko?
Na co siostra rozanielonym wesolutkim głosem do panów z samochodu:
- Hihihihi, panowie siostra pyta, czy spisałam numery.
Nie no, za wiele tego, serce mam w gardle, przed oczami pogrzeb siostry, ale uspokoiła mnie:
- Spokojnie, Olcia, nie martw się, nic mi nie będzie, nie mogę rozmawiać, bo panowie są na służbie.
Dobra, lekko się uspokoiłam, wraca z Panami Bagietami, nie jest źle. Po godzinie w końcu przychodzi cała i zdrowa do domu, pytam kontrolnie: "Z policją do domu wracałaś?". Odpowiedź godna 30-letniej siostry: "Gorzej, młoda, śmieciarką".
To co teraz powiem zabrzmi żałośnie, ale dlatego jest to anonimowe wyznanie.
Mój mąż nie radzi sobie ze szkołą. Dokładniej z liceum. Po tym jak nie zdał w ostatniej klasie technikum postanowił ukończyć swoją edukację w szkole weekendowej dla dorosłych. Już wówczas byliśmy razem, więc jak najbardziej rozumiałam jego podejście. Jego mama nie kupowała do domu jedzenia, nie dawała mu na ubrania gdy ich potrzebował. To nie tak, że nie miała pieniędzy, ona po prostu uważała, że po skończeniu 18 lat to on powinien płacić na własne potrzeby. Wcześniej pracował na weekendy i w końcu uznał, że musi zacząć pracować na cały etat.
Wszystko byłoby dobrze gdyby nie fakt, że mój mąż kończy ostatnią klasę liceum już trzy lata. Ja zdążyłam w międzyczasie zrobić licencjat, a on dalej nie umie zdać liceum. Nie dlatego, że jest głupi. On nawet nie chodził na zajęcia. Gdy mówił, że na nie idzie to potrafił przesiedzieć 8 godzin w aucie, byleby je ominąć.
W technikum nauczyciele traktowali go dość brutalnie po przyniesieniu zaświadczenia od psychiatry o depresji. Nie wchodząc w szczegóły, mój mąż po kilku incydentach nabawił się jakiejś fobii względem szkolnictwa. Jakby tego było mało w pewnym momencie jego mama próbowała go przekonać do skończenia szkoły wmawiając mu, że będę go zdradzać na studiach z bardziej „ambitnymi mężczyznami”. Dlatego też każda próba rozmowy z nim na temat tego, że musi „wziąć się w garść i skończyć szkołę” kończyła się awanturą.
I teraz najbardziej anonimowa część. Obecnie mój mąż ma szansę na zdanie w szkole … ponieważ w niej pracuję. Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że wpisuję mu obecność, chociaż go nie było. Ja po prostu teraz mogę go „pilnować”. Wiem kiedy ma zajęcia, wiem czy doniósł prace na zaliczenie. Moim największym grzechem na ten moment było napisanie za niego rozprawki. Musiał ją napisać żeby zdać, ale gdy się za nią brał zaczął wpadać w jakąś furię i potrafił zanosić się płaczem. Sama byłam w szoku co się z nim dzieje. Widząc w jakim był złym stanie sama postanowiłam mu ten jeden raz pomóc.
Koronawirus jeszcze ułatwia moją pomoc. Nawet jeśli nie ma mnie przy nim to mogę wyciągnąć telefon i sprawdzić, czy zalogował się do nauczania zdalnego. Jeśli tego nie zrobił to dzwonię do niego i go ochrzaniam. Gdyby nie to, że pracuję w szkole, do której on chodzi to nigdy by nie zdał. Teraz ma na to realną szansę.
Wiem, że to wszystko jest dziecinada i nie powinnam pilnować dorosłego faceta. Chcę jednak by miał już to za sobą, a beze mnie jestem pewna, że nie da sobie rady psychicznie. Chodził do dwóch psychologów (jedna bardzo dobra), ale i tak nie dali oni sobie rady z jego fobią. Poza jego strachem do szkolnictwa naprawdę między nami się dobrze układa. Jest pracowity, ambitny, pokazuje jak mnie kocha. Tylko ta szkoła..
Kilka lat temu idąc z koleżanką do szkoły zauważyłyśmy, że przyjechał cyrk. Zainteresowane tym zdarzeniem chciałyśmy iść obejrzeć cyrkowe zwierzęta. Jak pomyślałyśmy tak zrobiłyśmy. Zauważyłyśmy mniejszego od pozostałych wielbłąda, który był tak po prostu wypuszczony na łąkę. Zaciekawione stanęłyśmy trochę bliżej. W pewnym momencie gdy ja sprawdzałam coś na telefonie, moja koleżanka spanikowana krzyknęła: "O Jezu" i zaczęła uciekać.
Podnosząc głowę zobaczyłam biegnącego wprost na mnie właśnie tego mniejszego wielbłąda. Stałam jak wryta, podczas gdy moja koleżanka była już sporo ode mnie. Całe wydarzenie rozgrywało się na łące, która posiadała dwie rozgałęzione ścieżki. Moja koleżanka biegła jedną, więc ja postanowiłam drugą. Zobaczyłam, że wielbłąd pobiegł za Karoliną, dlatego cieszyłam się, że uda mi się uciec. Niestety przeliczyłam się, bo kiedy ona zdążyła wybiec już na chodnik, zwierzę gwałtownie zawróciło i pogalopowało w moją stronę. Przerażona zbiegłam z powrotem w dół. Zobaczywszy, że wielbłąd jest już blisko mnie stwierdziłam, że muszę się zatrzymać, aby ten na mnie nie wbiegł. Tak zrobiłam, ale nie był to do końca dobry pomysł, bo już za chwilę wielbłąd stał obok mnie wydając dziwne dźwięki, a jeszcze chwilę później zacisnął zęby na moim plecaku.
Nie wiem co sobie wtedy myślałam, ale stwierdziłam, że zadzwonię do mamy. Odebrała, a ja w wielkim szoku wykrzyczałam, że goni mnie wielbłąd. Jednak mama coś źle zrozumiała i wykrzyknęła: "Zboczeniec cię goni? To uciekaj!". Po chwili kiedy wreszcie zrozumiała, że chodzi mi o wielbłąda, zaczęła się śmiać i stwierdziła, że w takim razie też mam uciekać.
Postanowiłam, że będę szła spokojnie, żeby zwierzak nie zaczął znowu mnie gonić. Tym oto sposobem przeszłam pół łąki z wielbłądem, który trzymał mnie za plecak, a następne pół idąc spokojnie obok niego. Kiedy wreszcie odpuścił sobie i wrócił na swoje miejsce, a ja wypadłam na chodnik, ujrzałam koleżankę, krzyczącą do robotników remontujących drogę, żeby dali jej łopatę, bo goni ją wielbłąd....
W obecnych czasach często słyszymy o tym, że jeśli wyjdziemy z domu będąc chorymi, przeziębionymi, to możemy zabić innych ludzi. Każda kaszląca osoba jest traktowana jak trędowata. A ja mam ochotę dać za to niektórym ludziom w twarz.
Jestem samotną matką, moja córka miała nowotwór. Obecnie, po kilku latach już wszystko jest w miarę ok, oprócz kilku skutków ubocznych po chemioterapii i kilku bliznach, nie ma śladu po nowotworze. Tak czy inaczej, przez ponad dwa lata byłyśmy zmuszone żyć w częściowej izolacji, jednak żyć trzeba, jeść trzeba, więc byłam zmuszona czasem wyjść z młodą do sklepu czy apteki, czasem też przyjmowaliśmy gości w domu (nie da się unikać wszelkich bo można oszaleć).
Mimo tego że wszyscy ludzie z którymi mieliśmy kontakt, nawet pracownicy sklepu wiedzieli o naszej sytuacji, to nie jestem w stanie zliczyć tego ile razy ktoś kaszlał mi nad wózkiem, ile razy znajomi przychodzili z katarem, czy sąsiadki zaczepiały na klatce schodowej żeby pogadać, a przy tym kichały, smarkały, dotykały moją córkę.
Niezależnie od szybkości mojej reakcji, dosyć często po takich sytuacjach lądowałyśmy w szpitalu, ponieważ dla mojego dziecka nawet przeziębienie rozwijało się w zagrażającą życiu infekcję. Czasem zabierała nas karetka w środku nocy bo córka zaczynała się dusić, żyłam ze spakowaną torbą do szpitala obok drzwi.
Obecnie te same osoby unikają kontaktu ze mną bo "dzieci są bezobjawowe" i ci sami ludzie mają do mnie pretensje o to, ze mogę przynieść wirusa do domu, na klatkę schodową, kiedy wracam z córką z przedszkola czy sklepu.
Ja wiem, krótka pamięć i egocentryzm, brak myślenia mimo moich uwag. Jednak mam nadzieję że chociaż część ludzi po obecnej pandemii pomyśli zanim wyjdzie z domu podczas obojętnie jakiej choroby, a także że ludzie będą dalej pamiętać o myciu rąk.
Osoby o skrajnie obniżonej odporności istniały zawsze i jeśli teraz potraficie krzyczeć o braku odpowiedzialności i zabijaniu innych poprzez roznoszenie wirusów, to pomyślcie o tym że i Wy mogliście kiedyś będąc chorym minąć w sklepie takie "dziecko z rakiem" i wysłać je do szpitala. Lub na cmentarz.
Mam nadzieję że ta społeczna odpowiedzialność i empatia wobec grupy ryzyka to nie tylko puste frazesy, że coś w naszych głowach jednak zostanie.
Moi rodzice poznali się, gdy byli młodzi. Moja mama była piękną dziewczyną, więc nic dziwnego, że tata zakochał się w niej od razu. Gdy ona miała 19, a on 24 lata, wzięli ślub. Huczne weselisko, obie rodziny się cieszą. Mama przeprowadza się do taty na Śląsk i zaczynają wspólne życie.
Po jakimś czasie zaczynają myśleć o dzieciach. Mija czas, a dzieci nadal nie ma. Zaczynają się martwić. I tu zaczyna się: wizyty u lekarzy, specjalistów, diagnozy, leczenie. To wszystko trwało lata. Ostatecznie mama usłyszała diagnozę: "Nie może mieć pani dzieci". Nie muszę wspominać, że był to dla nich cios? Osobista tragedia dwojga ludzi. Jednak moi rodzice się nie poddali. Po wielu przemyśleniach postanowili: adopcja. Bardzo pragnęli obdarzyć miłością jakąś małą istotkę. Przeszli całą drogę adopcyjną i wreszcie otrzymali odpowiedź: dwumiesięczna dziewczynka. Tak, to byłam ja :) Łzy szczęścia. W końcu mają dziecko. Zawsze powtarzają, że jestem dzieckiem wymodlonym. Jednak tu nie kończy się historia. Po tym, jak mnie dostali, mama zaszła w CIĄŻĘ! Między mną a bratem jest rok różnicy. Lekarze byli w szoku, widząc moją mamę w stanie błogosławionym. Mój brat jest cudem, a ja sprawcą tego cudu - tak powtarzają rodzice.
Kiedy miałam 16 lat, kolega, którego nienawidziłam, napisał mi wiadomość, że ma dla mnie ciekawy układ. Najpierw ja pomogłam mu w jego żarcie na kolegach, potem on pomógł mi, potem zaczęliśmy udawać parę...
Tak nam się te układy ciągną już 10 rok. Aktualnie zajmujemy się nieszkodliwymi żarcikami na naszym synku.
Tak biznes łączy ludzi! ;)
Mam dla was małą poradę na bazie swojego doświadczenia z tych świąt. Nigdy nie pakujcie wszystkich prezentów w taki sam papier z nadzieją, że będziecie pamiętać, który jest dla kogo.
Mój chłopak nie ucieszył się z apaszki. Babcia ze świecących prezerwatyw tym bardziej...
Dodaj anonimowe wyznanie